Józef Krzyk: Stanisław Płatek [szef komitetu strajkowego w "Wujku" w 1981 r., ranny w czasie pacyfikacji i skazany] ma pretensje do władz "S" o to, że nie zaprosiły na zjazd w Gdyni górników z Wujka. Chciałby pan być wtedy na sali, gdy gwizdano i buczano na premiera, a potem na Henrykę Krzywonos? Jerzy Wartak: Nie chodzi w tym o brak zaproszenia dla Płatka, Krzysztofa Pluszczyka albo mnie, ale o tych wszystkich ludzi, którzy w grudniu 1981 r. nadstawiali karku na Wujku. I o rodziny tych, którzy wtedy stracili życie. Skoro organizatorzy obchodów 30-lecia "S" w Gdyni zapomnieli o Wujku, a jednocześnie zaprosili wielu polityków, którzy w 1980 r. nic nie robili, bo byli za młodzi albo im zabrakło odwagi, to nie dziwię się Płatkowi, że nie chce na swoich uroczystościach oglądać władz związku.
Janusz Śniadek, przewodniczący "S", mówi, że sala gwizdała na Donalda Tuska, bo ich sprowokował. - To wszystko było ustawione. Moi koledzy, którzy byli w gdyńskiej hali, opowiadali, że nie gwizdano z rzędów zajmowanych przez związkowców, ale z tych, w których siedzieli goście. Wszystkim dyrygował, jak słyszałem,
Jacek Kurski poseł
PiS. Koledzy wyszli zniesmaczeni i zdziwieni, bo wyglądało to tak, jakby "S" działała na partyjne zamówienie.
Dlaczego związkowcy nie odcięli się od tych gwizdów? - Większość chce mieć święty spokój. Poddają się obowiązującej w danej chwili linii "S". Bo po co się wychylać? A poza tym, nawet jak nie mają zaufania do PiS-u, to PO ich drażni. Kaczyńscy przynajmniej od czasu do czasu mówili im coś, czego chcieli słuchać - że państwo nie pozwoli na rozkradanie, że górnictwo, energetyka, stocznie itd. to branże strategiczne. No i że nie będą nam tu
Niemcy, Rosjanie grali kosztem polskich interesów.
A Platforma każe się cieszyć, ze jesteśmy zieloną wyspą. Dla zwykłego związkowca to brzmi jak zapowiedź: "zaciskaj pasa, bo lepiej już nie będzie, pracuj, aż garb ci urośnie!
Dlatego wolą PiS. Przypominają mi się czasy, kiedy związek firmował własnym logo politykę rządu AWS-u. Przez kilka lat musiał potem się z tego tłumaczyć i dużo stracił na swej wiarygodności.
Ale dzisiaj "S" atakuje rząd, a współpracuje z opozycją. - Wiele haseł PiS-u ma wydźwięk socjalny, a rządząca PO uchodzi za liberalną, więc w pewnym stopniu to się da uzasadnić. "S" nie powinna jednak wchodzić w tak bliską komitywę z partią. To różnym partiom powinno zależeć na uzyskaniu poparcia "S". Tymczasem teraz działacze związku poparli PiS i nie dostają nic w zamian.
Może Platforma sama jest sobie winna, że związkowcy jej nie znoszą? - Mnie też generalnie PO zawiodła. Spodziewałem się energicznych działań, a tymczasem rządząca ekipa kisi się we własnym sosie, jakby się bała własnego cienia. Pewnie myśli, że jak weźmie się do reform, to słupki z poparciem polecą w dół.
Wolałbym, żeby wzięła przykład z premiera Jerzego Buzka. On wiedział, że sporo ryzykuje, że reformy będą bolesne, ale nie stchórzył, bo zmiany były konieczne. Jednak bez względu na błędy i słabości Platformy "S" zaszła za daleko w popieraniu PiS-u.
A jakie ma inne wyjście? - "S" powinna być apolityczna i walczyć o obronę praw pracowników. Na tym polu jest wiele do zrobienia, bo są takie miejsca jak sieci handlowe, gdzie pracodawca pomiata ludźmi jak w XIX wieku. Na bliskich związkach "S" z partią prosty człowiek nic nie zyska. Skorzystają co najwyżej działacze, z których wielu siedzi na stołkach już od 20 lat i oderwało się od życia. Interesuje ich tylko dalsze wygodne funkcjonowanie, kasa i tych kilka minut sławy, które zapewnią im politycy.
Złośliwi powiedzą, że im pan zazdrości. - Nie. Wiem, że musi następować zmiana pokoleniowa. Mówiliśmy o tym już 30 lat temu, dlatego wprowadziliśmy przepis, żeby działacze mogli sprawować swoje funkcje tylko przez dwie kadencje. Ten przepis jednak usunięto, no i teraz można siedzieć na stołku nawet dożywotnio. To nie jest dla "Solidarności" dobre rozwiązanie. Ludzie, którzy się temu przyglądają z boku, patrzą na związek tak, jak myśmy kiedyś patrzyli na komunistyczną Centralną Radę Związków Zawodowych.
Ona miała w nosie zwykłych pracowników, bo jej aparatczycy myśleli tylko o sobie. Do tego związki czują się jak ryba w wodzie w państwowych molochach. Tutaj działacze są pod ochroną. W dodatku czerpią profity z zasiadania w radach nadzorczych. Jakoś nikomu przez głowę nie przejdzie, że to konflikt interesów. Przecież nie można skutecznie postawić się dyrektorowi czy prezesowi, skoro idzie się z nim pod rękę i bierze pieniądze.
Co tu się dziwić, że w kopalniach związków namnożyło się na pęczki. Działacze tak przywykli do wygodnego życia, że gdy się komuś przez przypadek zdarzy utrata funkcji, to raz dwa zakłada nowy związek i na tej podstawie znowu jest pod ochroną.