http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Hura, nadciąga cyfryzacja

Krzysztof Kopczyński*, ks. Andrzej Luter**
2010-09-17, ostatnia aktualizacja 2010-09-16 12:45
Kwiecień 2009 r., Bytom. Anteny satelitarne na ścianie bloku
Kwiecień 2009 r., Bytom. Anteny satelitarne na ścianie bloku
Fot. MARCIN TOMALKA / AG

TVP rezygnuje z prawdziwej sztuki. Trwa zabójcza walka o widza. W pasmach wysokiej oglądalności TVP niczym nie różni się od stacji komercyjnych. Takie same filmy, teleturnieje, telenowele, kabarety

ZOBACZ TAKŻE
Powołanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz podpisanie przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowelizacji ustawy medialnej stworzyło możliwość dokonania zmian w TVP. Mamy jednak wrażenie, że dyskusje na ten temat dotyczą przede wszystkim zależności między rynkiem mediów i politykami, a także personaliów.

Minęła kanikuła i na giełdzie zaczynają się pojawiać pierwsze nazwiska kandydatów do objęcia stanowisk na Woronicza. Mało natomiast mówi się o tym, co konkretnie należy tam zrobić. Być może słabość takiej debaty wynika z powszechnego wśród profesjonalistów pesymizmu i silnego przekonania, że nikt, nigdy i żadnymi środkami nie będzie w stanie radykalnie przekształcić mediów publicznych.

Tymczasem przekształcenia będą stopniowo wymuszane przez cyfryzację telewizji. 31 lipca 2013 r. zostanie wyłączony w Polsce sygnał analogowy i telewizja będzie docierać do odbiorców wyłącznie za pośrednictwem platform cyfrowych - naziemnych i satelitarnych. Doświadczenia innych krajów wskazują, że zmieni to sposób traktowania mediów publicznych przez odbiorców.

W Wielkiej Brytanii, której przykład jest uważany w Europie za wzorcowy, odbiorcy w chwili wyłączenia sygnału analogowego otrzymali w ramach abonamentu, który wynosi 11 funtów miesięcznie i jest ściągany w 95 proc., dostęp do ponad 80 kanałów telewizyjnych i radiowych, w większości nadawanych przez BBC, stację utrzymywaną w 75 proc. z abonamentu. Około połowy z nich stanowiły kanały służące rozrywce, pięć - zakupowe, dostępnych było sześć kanałów dla dzieci i kilkanaście regionalnych.

Podstawową zatem różnicą w sytuacji obecnego i przyszłego odbiorcy polskich mediów publicznych będzie świadomość tego, co uzyskuje w ramach abonamentu lub innej opłaty, którą będzie ponosić wprost albo pośrednio. O ile obecnie, im więcej wie on o gospodarce finansowej TVP, tym mniej chętnie płaci, o tyle w przyszłości będzie płacić za konkretną ofertę dostępu do telewizji cyfrowej. Im bardziej będzie ona różnorodna i konkurencyjna na rynku, tym łatwiej będzie uzyskać akceptację opłaty, bez uciekania się do gróźb i apeli. Jeśli KRRiT określi wiarygodną perspektywę dojścia do takiej oferty i stworzy skuteczny mechanizm obrony przed marnotrawieniem pieniędzy, widzowie mogą zacząć płacić, zanim plan zostanie w pełni zrealizowany.

Jest bardzo źle

"Trzeba bić na alarm" - pisał kiedyś reżyser Mikołaj Grabowski w "Gazecie" po informacji o kryzysie finansowym w TVP. Słusznie zauważył, że moment, w którym telewizja publiczna ogłosi, iż nie ma pieniędzy na "Wesele" Wyspiańskiego, a jednocześnie nie będzie żałowała grosza na kolejne odcinki telenowel, będzie oznaczać degrengoladę kulturalną. Dziś jego dramatyczna wizja realizuje się na naszych oczach, a i wydaje się, że niektórzy się z nią pogodzili. Jan Paweł II - spróbujemy powołać się na najwyższy autorytet - mówił wielokrotnie, że kultura jest właściwym sposobem istnienia i bytowania człowieka. Kultura zakłada wolność, ale zarazem kultura tę wolność i duchową tożsamość człowieka (i narodów) kształtuje i chroni.

Jeśli telewizja publiczna papieski sposób myślenia o misyjności zaakceptuje, to zapis o wartościach chrześcijańskich nabierze sensu. Zapis atrapa kompromituje te wartości, nawet jeśli optymistycznie założymy, że przegłosowano go ze szlachetnych, a nie ideologicznych pobudek.

Wielu publicystów, a nawet twórców kultury, na samo słowo "misja" reaguje alergicznie. Są to "ofiary duchowe" totalnej komercjalizacji TVP. Oni chyba naprawdę uwierzyli, że misja to "M jak miłość" i piłka nożna (przy całym szacunku dla ich widzów, w przypadku futbolu sami do nich należymy). Jeśli uznamy, że "misja" to promowanie człowieka myślącego, to oznacza, że w TVP musi znaleźć się miejsce na wysokiej jakości teatr, film, publicystykę i rozrywkę. A więc zapytajmy: co z tą kulturą? co z filmem? co z teatrem?

Jan Dworak, jeszcze jako przewodniczący Rady Programowej TVP, szukał (w 2001 r.) wyjścia z dramatycznej sytuacji telewizji publicznej. Minęło prawie dziesięć lat i jest znacznie gorzej. Kluczem do uruchomienia właściwej dynamiki zmian miał być - według Dworaka - konsensus głównych sił politycznych dotyczący telewizji publicznej, oparty na następujących założeniach:

"1. Telewizja publiczna jest domeną kultury, jedną z najważniejszych instytucji odpowiedzialnych współcześnie za tworzenie tożsamości narodowej i tożsamości innych wspólnot społecznych.

2. Telewizja publiczna powołana jest do rozpowszechniania i tworzenia programu, a nie generowania zysku. To odróżnia ją od innych spółek prawa handlowego, nie zwalnia jej jednak ani z konkurencji na rynku mediów, ani ze stałego doskonalenia struktury wewnętrznej.

3. Rolą polityków jest dbałość o bezstronność i maksymalną neutralność telewizji w debacie publicznej, natomiast kierowanie nią powierzone zostaje osobom kompetentnym i obdarzonym niezbędnym do pełnienia tych funkcji autorytetem".

Na koniec Dworak apelował: "Dziś najwyższy czas zmienić reguły gry - jasno odgraniczyć prawa i odpowiedzialność polityki od odpowiedzialności i kompetencji ludzi kierujących publiczną telewizją". Koncepcja ta na największy opór trafiła wśród polityków. Nie widać było ani po lewej, ani po prawej stronie woli do zmiany i eliminowania patologicznych zjawisk w mediach publicznych. Myślenie obywatelskie, państwowotwórcze przegrywało z mocnym pragnieniem promowania własnej partii, która akurat przejęła stery w telewizji.

Nic więc dziwnego, że tak rozumiana misja stawała się fikcją, a w czasach IV RP próbowano podporządkować ją ideologii, i to dość - niestety - skutecznie. Wiecznym alibi dla kierownictwa TVP był Teatr Telewizji, jako zjawisko unikatowe w skali światowej. Niestety, teatr praktycznie przestał istnieć, przy milczeniu środowisk twórczych, które potrafiły się upominać tylko o abonament. Zlikwidowano więc scenę poniedziałkową, teatr dla młodzieży i dzieci, Teatr Sensacji, nie mówiąc już o małych formach poetyckich, niegdyś bardzo popularnych. Pozostała tylko Scena Faktu albo inaczej - scena IPN-u.

Produkuje się spektakle na podstawie scenariuszy pisanych na kolanie, według tego samego schematu: bohater i podły esbek - i tak od kilku lat, podobno w imię polityki historycznej. Inne premiery to niewielki procent produkcji teatralnej. W tej ogromnej masie "czytanek historycznych" pojawiały się spektakle dobre: "Słowo honoru" Krzysztofa Zaleskiego, "Inka" Natalii Korynckiej-Gruz i "Śmierć rotmistrza Pileckiego" Ryszarda Bugajskiego, kilka innych można uznać co najwyżej za interesujące.

"Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego w reżyserii Macieja Englerta, jakby z innego świata artystycznego, tylko przypadkiem znalazły się na Scenie Faktu. Wcześniej nie mogły powstać, z IPN-u dochodziły bowiem iskrówki, że jest "coś" na Moczarskiego i dopiero, kiedy okazało się, że nic nie ma, pozwolono na realizację. Pisał o tej kuriozalnej sprawie Tadeusz Nyczek w "Dialogu".

Spektakle Sceny Faktu to w większości współczesny soc, tylko odwrotnie. A gdzie miejsce na prawdziwą sztukę, zarówno współczesną, jak i klasyczną? Gdzie miejsce na eksperymenty i poszukiwania artystyczne? Musi się także znaleźć przestrzeń dla sztuki niszowej, która ma swoich wiernych odbiorców, a telewizja publiczna nie może ich lekceważyć. Scena Faktu zaś, niewątpliwie potrzebna, choć nie najważniejsza, powinna zdecydowanie poszerzyć krąg swoich poszukiwań tematycznych, bo przeszłość to wiele pasjonujących wydarzeń i życiorysów, które trzeba odkryć na nowo.

Prawdula i żyćko

Polska telewizja publiczna powinna (tak jak np. niemiecka i francuska) uczestniczyć w produkcjach filmowych. Tymczasem praktycznie wycofała się z produkcji filmów fabularnych i znacznie zmniejszyła udziały w produkcji dokumentów. Gwałtownie też zmalała liczba seriali z prawdziwego zdarzenia. Telenowele to ani film, ani serial, to formaty, w których dominują "prawdula i żyćko".

  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':