Ta przemiana prezesa nie mogła się spodobać autorom prezydenckiej kampanii wyborczej: Joannie Kluzik-Rostkowskiej, Pawłowi Pocyljuszowi czy Elżbiecie Jakubiak. Grupa tzw. gołębi chciała szerokiej formacji prawicowej i spokojnego Kaczyńskiego z kampanii wyborczej. Gdy lider PiS zaczął atakować ostro politycznych konkurentów i media, „gołębie” zaczęły szemrać. Kaczyński postanowił zdusić bunt w zarodku. Stąd jego przyzwolenie na krytykę kampanii, jaką wygłasza
Zbigniew Ziobro czy
Jacek Kurski. Ziobro w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że łagodna kampania była błędem, przed którym przestrzegał razem z Kurskim. Mimo to tę błędną strategię przyjęto „pod presją środowisk związanych z »Gazetą Wyborczą «” (a jak wiadomo, nie ma chyba większego grzechu dla radykałów w PiS, jak robienie czegoś pod dyktando „Gazety”!).
Ten atak zirytował Jakubiak, która w wywiadzie dla "Wprost" zarzuciła Ziobrze kłamstwo. Jednocześnie eurodeputowany PiS Marek Migalski ogłosił list otwarty do prezesa PiS, w którym przestrzegał, że ostry kurs Kaczyńskiego skazuje partię na wieczną opozycję i izolację na scenie politycznej. Poparła go Kluzik-Rostkowska, Poncyljusz i Jakubiak.
Efekt: Migalski wyleciał z frakcji PiS w Parlamencie Europejskim, a Jakubiak została zawieszona. O ile wyrzucenie Migalskiego było przyjęte ze względnym spokojem, o tyle potraktowanie Jakubiak - najwierniejszej z wiernych - było dla wielu ludzi PiS szokiem. Kluzik-Rostkowska oświadczyła wczoraj w Radiu RMF FM, że ona w takiej jednolitej partii, gdzie nie można mieć innego zdania, nie chce być. Jakubiak wczoraj spotkała się z prezesem i wyszła zadowolona. Być może spór został chwilowo zażegnany, a właściwie schowany i będzie się toczył w zaciszu gabinetów.
Groźny prezes izoluje PiS Kaczyński swoje racje wyłożył 1 września w liście do członków partii. Żąda bezwzględnego posłuszeństwa: "Musimy koniecznie uporać się ze zjawiskiem nielojalności w naszym ugrupowaniu", "członkowie Klubu Parlamentarnego PiS i inne osoby z naszej partii (...) muszą wybrać lojalność lub pójść własną drogą". Kwestionuje "skuteczność tzw. miękkiej kampanii", "nienawiązywania do sprawy Smoleńska". Przypomina, że tam, gdzie Ziobro podnosił sprawę Smoleńska, np. w województwie lubelskim, wynik w wyborach prezydenckich był znakomity.
Po tragedii smoleńskiej Kaczyński zrozumiał, co jest najważniejsze. I nie jest to odzyskanie władzy, bo na to nie ma widoków. Stracił nadzieję po przegranych wyborach prezydenckich. Nie jest też ważne budowanie szerokiej formacji zdolnej wygrywać wybory czy zawierać koalicje. Najważniejsza jest misja, której lider PiS podporządkuje wszystko i wszystkich. I dla tej misji zdusi brutalnie każdy bunt. Reszta jest nieważna. Dlatego prezes nie zważa na sondaże. A wynik w wyborach samorządowych uważa za rzecz drugorzędną.
"Bieg historii uczynił nas depozytariuszami wartości narodowych" - napisał prezes we wspomnianym liście, "Polską nie mogą dłużej rządzić ludzie (...) biorący się do zniszczenia tego, co stanowi jedyną moralną podstawę funkcjonowania naszego społeczeństwa, czyli religii katolickiej". "Serwilistyczna polityka wobec Rosji" - pisze prezes - oraz "klientelizm wobec Niemiec" oznaczają, że "sprawa Smoleńska w ostatecznym rozrachunku dotyczy statusu naszego kraju jako państwa niepodległego".
W wywiadzie dla środowej "Gazety Polskiej" idzie jeszcze dalej. Sugeruje, że Polska jest albo za chwilę będzie "kondominium rosyjsko-niemieckim". Ponadto chce, by symbolem "Solidarności" zamiast Lecha Wałęsy był Lech Kaczyński, co z całym szacunkiem dla śp. prezydenta zakrawa na tragifarsę. Do tego dochodzą sugestie, że legenda Wałęsy ostatecznie zostanie zniszczona, bo jeszcze parę książek na jego temat się ukaże.
Lider PiS tym samym dokonał rzeczy naprawdę wielkiej. Sprawił, że przedstawiciele i opozycji, i koalicji rządzącej wystąpili w środę wspólnie na konferencji prasowej. Zaprotestowali przeciwko kłamliwym sugestiom, że Polska jest kolonią zależną od obcych mocarstw. Izolacja PiS stała się już faktem zgodnie z przewidywaniami "gołębi".
Abdykacji nie będzie Na Kaczyńskim nie robi to wrażenia i pewnie będzie dyscyplinował dalej. A w każdym razie nie przejmuje się lamentami Jakubiak i groźbami Kluzik-Rostkowskiej. Wciąż jest niekwestionowanym autorytetem dla większości członków partii. Siłą Kaczyńskiego jest też poparcie Kościoła, zwłaszcza Radia Maryja. Jest jeszcze mocne wsparcie "Solidarności", która z blisko 700 tys. członków nadal jest poważną siłą. Dlatego prezes w liście do członków PiS zdementował pogłoski o swojej "abdykacji" czy dymisji. Pogłoska pojawiła się po tym, gdy po przegranych wyborach prezydenckich sam powiedział w zaufanym gronie, że zastanawia się nad wycofaniem się z polityki i zajęciem wyjaśnianiem przyczyn katastrofy. Jako następczynię miał wskazać Kluzik-Rostkowską.
- To nie pierwszy raz, gdy prezes wypuszcza taki próbny balon, by sprawdzić, kto jest za, czyli tak naprawdę przeciwko niemu - powiedział nam prominentny polityk PiS.
Kluzik-Rostkowska miała natychmiast stwierdzić, że Kaczyński musi być nadal szefem partii, bo bez niego PiS się rozpadnie.
Zaraz po kampanii wyborczej grupa "gołębi" wcale nie myślała o "Sulejówku" dla Kaczyńskiego. Chcieli obsadzić Jarosława w tej samej funkcji, którą w PO pełni Tusk. Bo w Platformie jest i antyklerykalny Janusz Palikot, który nie przebiera w słowach, i prawicowy
Jarosław Gowin. A Tusk z wysokości swojego majestatu czasami wypowie kilka słów, ale generalnie w te spory się nie wikła.
Tak samo miało być w PiS. Po jednej stronie zwolennicy spokojnej retoryki. Po drugiej Macierewicz i Ziobro brylujący w Radiu Maryja i "Gazecie Polskiej". A nad tym wszystkim Kaczyński zachowujący powściągliwość i trzymający dystans wobec obu frakcji. I obu stronom daje ważne stanowiska w partii i klubie.
Według "gołębi" to najlepsza recepta na wygrane wybory i samorządowe, i parlamentarne. "Gołębie" nie miały nic przeciwko temu, aby szefem klubu był ktoś z zakonu PC. Chciały zaś, by Kluzik-Rostkowska została wicemarszałkiem Sejmu, a następnie stanęła na czele zespołu ws. Smoleńska zamiast Macierewicza. Takiego zespołu nie dałoby się zbyć wzruszeniem ramion. Gdyby prokurator generalny Andrzej Seremet odmówił przyjścia na jego posiedzenie, media skwapliwie by to podchwyciły.
Tymczasem Kaczyński stanął po stronie Ziobry i Macierewicza. I sam atakuje najostrzej.
Ziobro rośnie w siłę Jak to możliwe, że chwaleni za dobrą kampanię wyborczą politycy PiS nagle znaleźli się na cenzurowanym? "Gołębie" tłumaczą to sobie tak: Ziobro i Macierewicz wystraszyli się dobrego wyniku w wyborach prezydenckich. Ten wynik oznacza, że nie są potrzebni, że i bez nich ten najtwardszy elektorat jest przy PiS.
Dlatego też Ziobro wspólnie z zakonem PC, zwanym także "talibanem", przekonali Kaczyńskiego, że ludzie tacy jak Kluzik-Rostkowska czy Poncyljusz chcą paktować z Platformą, myślą o wspólnym rządzie. Oboje zresztą mówili to w wywiadach w czasie kampanii. Powtarzali, że PiS jest otwarty na różne warianty i właśnie odzyskuje zdolności koalicyjne.