Adam Leszczyński: Przyglądał się pan "obrońcom" krzyża? Kto tam stoi? Krzysztof Michalski: Niewielka grupa ludzi z różnych pewnie powodów stoi pod tym pałacem. Dzięki politykom, którzy wykorzystują tych ludzi do swoich interesów - na pewno też i dzięki mediom - zrobiła się z tego ogólnopolska awantura.
Ale protest nie był stworzony przez polityków. Nie można czegoś takiego wykreować. - Być może w tej awanturze wychodzi na jaw także polskie rozumienie religijności. Siła polskiego Kościoła brała się długo ze związku z "ludem": z krajobrazem, z rytmem dnia codziennego, przede wszystkim na wsi.
Kościół opiera się więc w dużej mierze na gestach, na symbolach. Stąd szaty, budowle, obrazy; rzeczy nabierają czasem w polskim życiu religijnym większego znaczenia, niż powinny, i zasłaniają to, co znaczą.
"Krzyż", o który chodzi w chrześcijaństwie, to przecież nie dwie skrzyżowane belki, to nie jakaś rzecz: to pewne zachowanie, do którego trzeba dążyć, mimo że, jak się zdaje, przekracza ono ludzkie możliwości (miłość bliźniego). "Obrona" krzyża to zatem nie obrona tych belek (np. przed przeniesieniem w inne miejsce), tylko wysiłek traktowania innego człowieka jak bliźniego, bez względu na wszystko.
Zakorzenienie Kościoła katolickiego - a więc powszechnego - w życiu Polaków kryje w sobie też inne niebezpieczeństwo: utożsamienia polskości z katolicyzmem. Często w polskich kościołach flagi narodowe zasłaniają tabernakulum. Głośna mniejszość już nie tylko domaga się, rzekomo w imieniu Kościoła, by każdy Polak był katolikiem - ale, jak się zdaje, by każdy katolik był Polakiem.
Nawet jeśli przywiązanie do Kościoła siedzi w trzewiach Polaków, to coś się jednak w Polsce zmieniło. Pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu wydarzyły się dwie ważne rzeczy: pierwsza - to demonstracja obrońców, druga - przeciwników. Nie wiem, która była ważniejsza. Biskupi nie mogli uwierzyć, że ktoś może z przekonania demonstrować przeciw krzyżowi. Niektórzy mówili w wywiadach, że ktoś tymi młodymi ludźmi manipulował, albo im zapłacił. Ta demonstracja to było coś nowego. Pamięta pan, co spotkało Marka Siwca - wtedy ministra w Kancelarii Prezydenta - za parodiowanie papieża kilka lat temu? I to w sytuacji prywatnej? Pozywano go nawet do sądu. A tu mieliśmy tłum młodych ludzi i happening... - I bardzo dobrze. W polskiej tradycji katolicyzm często szedł w parze ze zdrową szczyptą antyklerykalizmu. Dziś, gdy Kościół w Polsce zdaje się starać bardziej o wpływ polityczny czy o potęgę gospodarczą, niż o autorytet moralny, przydałaby się tego antyklerykalizmu więcej niż szczypta.
W tradycji polskiej obecny jest zresztą też nurt śmiechu, również śmiechu z samego siebie, z tego, co dla nas ważne i nam drogie. Jeśli naprawdę ważne i naprawdę drogie, to śmiech nic mu nie zrobi, tylko wzmocni, oczyści może z głupstw, co zawsze się do tych ważnych spraw przyczepiają. Tradycja Tischnerów, Słonimskich, Wojtyłów (daję Panu słowo honoru, że śmiałem się w jego towarzystwie do rozpuku). Tylko ludzie, co noszą swoje przekonania jak ubranie, nie potrafią się z nich śmiać.
Do niedawna w polskiej publicystyce prawicowej bardzo popularny był pogląd, że jesteśmy w Europie wyjątkiem i sekularyzacja nas ominie. Mamy inną tradycję i doświadczenie historyczne. W dodatku socjologiczne wskaźniki religijności - uczestnictwo w mszach, odsetek ślubów kościelnych, liczba powołań - bardzo nie spadały, przynajmniej za życia Jana Pawła II. - Ale teraz spadają. Pytanie, co to znaczy, że spadają. Na świecie toczy się właśnie bardzo ciekawa dyskusja o sekularyzacji. Rzeczywiście, religijność - o tyle, o ile da się zmierzyć (a więc zachowania zwykle definiowane jako religijne) - wszędzie w Europie spada. W innych, niewątpliwie nowoczesnych krajach - np. w Stanach Zjednoczonych - nie. Przeczy to rozpowszechnionej wcześniej tezie, że modernizacja idzie z konieczności ręka w rękę z sekularyzacją: że religia powoli niknie.
Być może jednak sekularyzacja nie oznacza zaniku religii - lecz raczej zmianę warunków życia religijnego: "wierzyć w Boga" ma inny społeczny sens dziś (w dzisiejszym przesiąkniętym nauką zachodnim społeczeństwie, z istoty pluralistycznym) niż w dwunastowiecznej Francji.
"Bóg" nie jest już pojęciem naukowym, nie pojawia się w fizyce czy biologii, inaczej niż w dwunastym wieku, rzadko kto (choć, słyszę, są tacy nawet w Sejmie) wzywa Boga w sprawie deszczu, żaden system wierzeń religijnych nie zamyka w swych ramach całego życia społecznego.
Z czego nie wynika, że w dwunastym wieku ludzie bardziej - lepiej, prawdziwiej - wierzyli w Boga, niż to robią ludzie dzisiaj. Nie bardziej, nie prawdziwiej: inaczej.
Być może nowoczesność - na Zachodzie, ale także w innych cywilizacjach;
Indie,
Chiny to przecież także nowoczesne, choć inaczej, społeczeństwa - nie zabija religii, lecz rodzi nowe formy religijności. Kanadyjski filozof (i mój kolega w wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku) Charles Taylor, autor książki "A Secular Age", wokół której organizuje się dzisiejsza dyskusja o sekularyzmie, nazywa taką nową formę "religią poszukiwaczy Boga".
Czy tradycyjne instytucje religijne - a więc także Kościoły chrześcijańskie, także Kościół katolicki - potrafią znaleźć odpowiedź na tę nową, nowoczesną religijność, na nowoczesność, przyjąć ją, zaadaptować się do niej; to inna kwestia. Kościół katolicki ma z tym w wielu krajach bardzo poważne problemy. Skandale z molestowaniem dzieci - i reakcje kościelnych hierarchów na nie (zwieranie szeregów funkcjonariuszy w imię obrony "Kościoła", tak jakby to tylko oni, ci funkcjonariusze, a nie my, wszyscy wierni, byli Kościołem) - powiększyły te problemy w wysokim stopniu.
A polski Kościół potrafi? - Nie wiem, oby. Być może nasze doświadczenie historyczne dało Kościołowi w Polsce dodatkową szansę, której nie miał w innych krajach. Nie szanse na większy wpływ polityczny czy na większe bogactwo materialne - ale, być może, na ludzkie zaufanie, zdobyte w trudnych czasach, na bliskość ludziom, takim jakimi są, także w postrzeganej często jako zagrożenie a nieuchronnej przecież społecznej zmianie.