http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Fala wzbiera

Halina Flis-Kuczyńska*
2010-09-03, ostatnia aktualizacja 2010-09-02 17:06

Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński zwątpił w możliwość wygrania wyborów w 2011 r. bez wzbudzenia sytuacji wyjątkowej. Jak ją wzbudza?

Nawet kilkaset tys. złotych będzie kosztowała akcja straży miejskiej pod Pałacem
Fot. Dominik Dziecinny / Agencja Gazeta
Nawet kilkaset tys. złotych będzie kosztowała akcja straży miejskiej pod...


Miało być inaczej. Wybory miał wygrać Lech Kaczyński, a w osłonie jego drugiej kadencji PiS miał wygrać wybory parlamentarne roku 2011.

Katastrofa samolotu pod Smoleńskiem nie zmieniła tego planu w sposób zasadniczy.

Wybory prezydenckie miał wygrać Jarosław Kaczyński. Zrobił dla osiągnięcia tego celu bardzo dużo, tyle, ile mógł. Zmienił retorykę wyborczą, przedstawił siebie jako człowieka przemienionego bólem po stracie brata, który w swoim cierpieniu stał się wrażliwszy na cierpienia innych, skłonny do rozumienia różnych racji i dążący do powszechnej zgody. Także do pojednania z Rosją okazującą w dniach żałoby życzliwość, delikatność i pomoc.

Politycy znający naturę i przebieg kariery politycznej Jarosława Kaczyńskiego rozumieli, że jest to tylko - albo głównie - strategia wyborcza. Niepolitycy, czyli zwykli ludzie, uwierzyli w przemianę. Współczuli osamotnionemu bratu, a ich współczucie wzmagały rozpuszczane przez nie wiadomo kogo plotki o rosyjskim zamachu na twardo stawiającego się Kremlowi prezydenta Lecha. Zamachu, w którym maczał ręce premier Tusk.

Stąd znakomity wynik wyborczy kandydata PiS, dwukrotnie przewyższający tradycyjny twardy elektorat tej partii. Tak, wynik wspaniały, jednak niewystarczający. Prezydentem został marszałek Bronisław Komorowski, charakterologicznie przeciwstawieństwo Jarosława Kaczyńskiego.

Jakie uczucia rozgorzały w polityku przegranym, widać było na twarzy i słychać było w słowach prezesa Kaczyńskiego już w wieczór wyborczy, po ogłoszeniu wstępnych wyników. Uważajcie - zwracał się do swoich zwolenników liczących głosy w komisjach wyborczych - dając do zrozumienia, że wybory mogą być sfałszowane.

Od tamtej chwili mamy w kraju systematyczne, nieprzerwane rozkołysywanie nastrojów społecznych i pobudzanie do otwartego buntu. Wygląda to tak, jakby Jarosław Kaczyński zwątpił w możliwość wygrania wyborów w przyszłym roku w normalnych warunkach, bez wzbudzenia sytuacji wyjątkowej. Buduje więc tę sytuację wyjątkową, czyli otwartą rewoltę.

Skrzywdzonych przez los i nieszczęśliwych na świecie nie brakuje. U nas jest ich niemało z powodu największego społecznego nieszczęścia, jakim jest bezrobocie.

Nie znały takiego zjawiska całe pokolenia dzisiejszych osób starszych, bo w PRL-u nie tylko każdy, kto chciał, mógł pracować (chyba że miał wilczy bilet za politykowanie), ale nawet musiał pracować, inaczej był traktowany jak pasożyt. Dużo sprytu trzeba było, żeby się wykręcić z istniejących wtedy nakazów pracy, czasami równających się wysłaniu na daleką prowincję i życie w hotelu robotniczym.

Kiedy nie ma pracy, pogarszają się stosunki pracownicze, ogranicza się przywileje, uszczupla pobory, to upokarza. Rodzi złość. Bezrobotny czy pracownik marnie opłacany poprze każdą partię czy ruch społeczny dający nadzieje. Poza tym jednak w Polsce żyje się bogaciej, dostęp do europejskiego rynku pracy jest coraz swobodniejszy. Nie same plagi i nieszczęścia nas spotykają w tej zjednoczonej Europie.

Żeby więc podgrzać nastroje do stanu rewolucyjnego, trzeba czegoś dodatkowego, jakiegoś wyjątkowego poczucia krzywdy, lekceważenia przez rządzących i poczucia okłamywania w jakiejś istotnej sprawie. Grona gniewu muszą mieć swoje słońca, aby dojrzeć.

To katastrofa smoleńska ma być dla PiS tym słońcem, w którym dojrzeją grona gniewu. Tu ma się ukrywać owo kłamstwo rządu, które ma być zdemaskowane za pomocą paliwa rewolty. Pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu sprzedawana jest broszura zawierająca "prawdę" o smoleńskiej katastrofie. To broń wymierzona w prezydenta i premiera. Może być użyta 10 września, może przy kolejnej miesięcznicy.

Oto sekwencja wydarzeń. Od momentu katastrofy budowana jest legenda wspaniałego polityka Lecha Kaczyńskiego, któremu zawistne elity odebrały szacunek za życia, a ukrywając prawdę o katastrofie, która była zamachem, nie chcą dopuścić do należnego mu uhonorowania pośmiertnego.

To nic, że prezydenta pochowano w królewskiej nekropolii na Wawelu, że państwo urządziło mu królewski pogrzeb. Jest tablica z 96 nazwiskami w kościele garnizonowym, buduje się wspaniały pomnik na Powązkach. To wszystko za mało, a jeżeli nie za mało, to nieszczerze, z powodu wyrzutów sumienia premiera mającego krew na rękach, gdyż dokonał zbrodni w sensie potocznym, pomagając ruskim uśmiercić prezydenta.

Głoszeniem takiej prawdy zajmuje się grupa "obrońców" krzyża. Najpierw chcieli albo tablicy, albo pomnika. Gdy tablica się pojawiła, zażądali tablicy z 96 nazwiskami i pomnika. Gdyby dziś w nocy na Krakowskim Przedmieściu stanął pomnik, pojawiłyby się kolejne życzenia. Jak w bajce o rybaku i rybce.

Fala wzbiera i przyśpiesza. Na zjeździe "Solidarności" w 30. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych Jarosław Kaczyński opowiadał o wielkiej roli Lecha Kaczyńskiego w czasie strajku w Stoczni Gdańskiej. Miał on tam bronić robotników przed manipulacjami ekspertów dążących do ugodowego i lękliwego zakończenia strajku.

Poderwało to obecną na sali Henrykę Krzywonos-Strycharską, która w sierpniu 1980 roku zatrzymała komunikację w Gdańsku, była w Stoczni, podpisywała porozumienia z rządem. Powiedziała Kaczyńskiemu w oczy, że kłamie.

Ośmieliła mnie też, żebym napisała to ostrzeżenie. Bo rewolucyjna robota trwa. "Obrońcy" krzyża pojawili się 31 sierpnia na mszy na placu przed Stocznią Gdańską z petycją-apelem o postawienie premiera Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu. Tu już nie sposób wmówić komukolwiek, że to inicjatywa tych starszych osób z różańcami spod krzyża. Ktoś ich do Gdańska przywiózł.

Co więcej, obrońcy krzyża rozesłali list do parafii w całej Polsce, zachęcając do przyjazdu pielgrzymek 10 września, na miesięcznicę katastrofy smoleńskiej. Zapowiadają, że tych pielgrzymów przybędą tysiące i że nikt nie powstrzyma tłumu od przełamania barier.

Odwagi dodało "obrońcom" zachowanie Kancelarii Prezydenta. Dolaniem oliwy do ognia była opublikowana w prasie zapowiedź na dzień przed planowanym przeniesieniem, że nikt krzyża przemocą sprzed Pałacu nie będzie usuwał.

Czy trzeba lepszej zachęty, żeby sobie pohulać, żeby księży, którzy przyszli po krzyż, wyzwać od gestapo, harcerzy - od zomowców, strażników - od ubeków? Że w takiej sytuacji trzeba było odstąpić od przeniesienia krzyża, to zrozumiałe, ale dlaczego od tamtej chwili nie zrobiono nic? Przepraszam: powieszono tablicę z tekstem, któremu nic zarzucić nie można i który po latach ludzie czytać będą z szacunkiem. Ale umocowano ją na Pałacu cichcem.

Z jednej strony mamy chłodny, wyrachowany umysł polityka, który prze do władzy wsparty przez swoją partię, przez "Solidarność" i przez część Kościoła z jego wiernymi. Z drugiej - dziwnie bezradne władze i niejednolicie reagujący Kościół, w znacznej części wspierający to zamieszanie.

Nie chcę, żeby od tej sprawy umywały po kolei ręce władze Warszawy, prezydent, premier. Nie na tym polega bycie prezydentem wszystkich Polaków, aby siedzieć cicho i tolerować rosnący w siłę wywrotowy ruch.

* Halina Flis-Kuczyńska - dziennikarka, tłumaczka

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 21 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    36 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':