Bo "Solidarność" tak jak władza w Polsce należy teraz do różnych panów. W dodatku panów, którzy się bardzo nie lubią.
Obchody "Solidarności" zgromadziły wielu notabli, zawistnych działaczy i - chyba - zwykłych chuliganów, którzy wygwizdywali, kogo chcieli. Piękne słowa Tuska czy Komorowskiego nie miały znaczenia.
Dzisiejsza "Solidarność" jest niestety związkiem, którego siła jest wprost proporcjonalna do roszczeń i agresji jej członków, bez praktycznie żadnej legitymizacji moralnej czy historycznej. Coś jak zgrupowanie kibiców dużego klubu piłkarskiego, którzy politykę rozumieją jako okazywanie nienawiści do wroga, czyli kibiców innego klubu piłkarskiego. W poniedziałek "ogrywali" PO w hali Oliwia, w najbliższych tygodniach wyjdą pewno na ulice miast, by pod pozorem interesów pracowniczych wspierać Kaczyńskiego. Bo dziś "Solidarność" to partia
PiS.
Krzywonos powiedziała to, co myślą tysiące myślących, ale nie mają odwagi, możliwości czy takiej jak Henryka legitymizacji, by to powiedzieć. Mówiła też z wielkim szacunkiem o zmarłym prezydencie.
Lech Kaczyński pojawił się wreszcie w kontekście swoich historycznych zasług, a nie politycznej pomsty, gdzie umieszcza go jego brat.
Jej wypowiedź nie miała żadnych motywów politycznych. Była spontaniczna i pełna tego, czego w dzisiejszej polityce ani za grosz: zdrowego rozsądku. Podobnie zrobiła podczas Kongresu Kobiet, w czerwcu tego roku, gdy zdenerwował ją kandydat PO na prezydenta, który próbował obrócić w żart postulat parytetów dla kobiet na listach wyborczych. Pod wpływem jej wypowiedzi Komorowski zmienił ton (choć obietnic jeszcze nie dotrzymał).
Miała kiedyś odwagę zatrzymać tramwaj, była na strajkach, miała też odwagę wychowania kilkanaściorga adoptowanych dzieci. I to w ciężkich czasach. Jest bohaterką z krwi i kości, nie podrabianą, jak wielu z tych, co ją wygwizdywali i nie podawali ręki.
Politycy i prawicowi publicyści czym prędzej jednak wzięli się za bagatelizowanie Krzywonos i całego wydarzenia. Piotr Semka, który wziął sobie do serca słynne powiedzenie jego guru Jarosława Kaczyńskiego, że "jak ktoś ma pieniądze, to je skądś ma", powiedział (w
TVN 24), że jak Krzywonos ma jakieś poglądy, to je skądś ma, i wskazał na znajomość z Kwaśniewską i udział Krzywonos w kongresie feministycznym.
Rzeczywiście Jolanta Kwaśniewska w pewnym okresie pomagała Krzywonos i jej dzieciom. Nie robiła tego dla splendoru, ale z potrzeby serca. Tak jak z potrzeby serca Henryka przyjaźni się z mnóstwem kobiet - pielęgniarek, pisarek, nauczycielek, w tym również feministek. Jednak według Semki kobieta, która zabiera publicznie głos, musi być wyszkolona przez jakąś komunistyczną czy feministyczną jaczejkę, no bo skąd miałaby poglądy? Skąd miałaby odwagę? Skąd w ogóle kobiety mogą mieć jakieś poglądy lub własne zdanie?
Jego kolega, publicysta Dominik Zdort (te same poglądy, skąd oni je mają?) napisał o wystąpieniu Henryki, że było "nazbyt emocjonalne" (bo oczywiście wystąpienia Kaczyńskiego i Śniadka były racjonalne) i że "chciałoby się o nim jak najszybciej zapomnieć" ("Rzeczpospolita" 31 sierpnia).
Panowie! To o was wszystkich chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Czyż nie powtarzam od lat: "czas na kobiety!".