Bartłomiej Sienkiewicz, w przeszłości współtwórca rządowego Ośrodka Studiów Wschodnich, a obecnie członek siedmioosobowej Rady Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, jest jednym z najaktywniejszych uczestników debaty o polskiej polityce wschodniej. Do niedawna jego strategia sprowadzała się do miażdżącej krytyki tej polityki. Trudno jednak było w jego tekstach znaleźć odpowiedź, co proponuje.
Po artykule, który opublikował w "Rzeczpospolitej" ("Idee na smyczy", 17-18 lipca 2010 r.), wiemy już, co nam chce zaproponować, oraz jak definiuje sytuację za naszą wschodnią granicą. W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów, w których odcinał się od historycznych analogii, definiując wschodnie sąsiedztwo Polski, tym razem sięga po język rodem z pierwszej połowy XX wieku.
Oto jak wygląda język spuszczony ze smyczy: <i>Na Wschodzie mamy klasyczną
strefę buforową, którą trzeba współzarządzać w takim sensie, by nie uległa tam zanadto wzmocnieniu
Rosja, ale i sami nie mamy ambicji, by te państwa przeciągnąć ostatecznie na swoją stronę; tj. włączyć w obręb instytucjonalnego Zachodu<i>. Przyjęcie takiego założenia, według znanego publicysty, ma zasadniczy plus - mianowicie otwiera możliwość dialogu z Rosją. Jeżeli bowiem
Ukraina nie musi należeć do UE czy NATO, to możemy z Rosjanami rozmawiać i nie będzie to automatycznie oznaczać porozumiewania się ponad głowami Białorusinów i Ukraińców. Doprawdy nie wiemy, skąd ta troska u Sienkiewicza, by nasz dialog z Rosją miał pozory, że nie toczy się ponad głowami naszych najbliższych wschodnich sąsiadów - wszak to tylko strefa buforowa
Dialog z Rosją ma bardzo konkretny cel - biznes. Musimy bardzo szybko przystąpić do rzeczy, bowiem <i>za jakiś czas Francuzi lub
Niemcy mogą handlować energią elektryczną wolną od reżimu CO2 i pochodzącą z Rosji (a być może gazem) na polskim rynku z oczywistym ryzykiem takiego scenariusza. Na dłuższą metę w polskim interesie jest wejście w takie układy handlowe z Rosją, by uniemożliwić scenariusz „pośrednictwa” niemieckiego lub francuskiego - czy to w energii, czy w dialogu o bezpieczeństwie europejskim, i ochronić równocześnie własny rynek przed złupieniem go przez konglomerat zachodnio-rosyjski</i>.
Wszystko to możemy osiągnąć pod jednym warunkiem, takim oto - że zaprzestaniemy toczyć <i>samotny bój o rozszerzenie UE na Wschód</i>. Rozumiemy, że tak mogą myśleć Rosjanie (którzy ciągle nie mogą pożegnać się z imperialnymi marzeniami o „zebraniu ziem ruskich”), ale doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego Bartłomiej Sienkiewicz proponuje nam zaniechanie dotychczasowej polityki, która przyniosła naszemu krajowi bezpieczne dwadzieścia lat rozwoju, w imię mgławicowych interesów z Rosjanami?
Nie zgadzamy się z wizją Sienkiewicza przede wszystkim dlatego, że w najgłębszym interesie Polski jest rozszerzenie stabilności i bezpieczeństwa w Europie poprzez takie instrumentarium jak
Unia Europejska, a nie sąsiadowanie ze strefą buforową, która, jak wiadomo, stanowi obszar pomiędzy stronami potencjalnego konfliktu. W ogóle wprowadzenie przez Sienkiewicza terminu "strefa buforowa" wydaje nam się bałamutne (nie mówiąc o tym, że skrajnie uprzedmiotawia naszych wschodnich sąsiadów), bowiem autor doskonale zdaje sobie sprawę, że celem rosyjskiej polityki nie jest tworzenie żadnej strefy buforowej, lecz pełne zwasalizowanie sąsiadujących z nimi państw.
Wykorzystywane są tu nie tylko instrumenty polityczne czy gospodarcze (m.in. kontrakty gazowe), ale również konfesyjne (patriarcha Cyryl zadeklarował niedawno, że Rosjanie i Ukraińcy są jednym narodem). Oczywiście o żadnym polskim "współzarządzaniu" strefą buforową nie może być mowy. Tak więc propozycja Sienkiewicza, by uznać naszych wschodnich sąsiadów za strefę buforową, jest w istocie zgodą na rozszerzenie dominacji Rosji po granicę na Bugu. W jaki sposób ma to zwiększyć nasze bezpieczeństwo, trudno nam dociec. Dziwne, że Sienkiewicz, nawołujący swoich polemistów do stawiania kropek nad "i", sam tej kropki nie postawił.
Na marginesie zauważmy, że w trakcie debaty stanowisko Sienkiewicza uległo wyostrzeniu. Przed dwoma miesiącami w swoim tekście w "Rzeczpospolitej" ("Pożegnanie z Giedroyciem", 29-30 maja) pisał, że naszą ceną za współpracę z Rosją będzie certyfikowanie tego kraju jako "normalnego", po paru tygodniach jest to już niewystarczające i okazuje się, że ceną może być zatrzaśnięcie na dobre unijnych drzwi przed takimi krajami jak Ukraina.
Zadziwiająca jest dla nas wizja Sienkiewicza relacji z naszymi partnerami unijnymi - Francją i Niemcami. Wprawdzie jesteśmy razem w strukturach europejskich, niemniej - jak wynika z tekstu Sienkiewicza - tylko porozumienie z Rosją ochroni nas przed ich łupieskimi ciągotami. Oczywiście w ramach UE istnieją i długo będą istnieć partykularne interesy, niemniej Rosja jako gwarant zabezpieczenia polskich interesów wydaje nam się pomysłem co najmniej egzotycznym.
Przy okazji warto zwrócić uwagę na niekonsekwencję samego Sienkiewicza. Strefa buforowa to obszar oddzielający strony potencjalnego konfliktu - czyżby więc nasz autor zakładał konflikt między UE a Rosją? Skąd takie założenie? Wszak sam pisze, że <i>potrzebujemy Rosji jako partnera do biznesu, tak jak to czynią inne kraje Europy</i>. Jeżeli jednak Rosja ma być stroną potencjalnego konfliktu z UE, to jak można traktować ją jako antidotum na „zachodnie łupiestwo”? Pomijamy fakt, że sformułowania „konglomerat zachodnio-rosyjski”, czy też „francuscy i niemieccy pośrednicy” jako żywotne zagrożenie polskich interesów do tej pory wydawały nam się charakterystyczne dla publicystki „Naszego Dziennika”, a nie debaty w jednej z najpoważniejszych gazet w naszym kraju.
Reasumując, propozycja Sienkiewicza sprowadza się do tego, by w zamian za przyszłe i wysoce niepewne korzyści ze współpracy handlowej z Rosją (bo czy wdzięczność tej ostatniej jest dostateczną rękojmią przyszłych sukcesów?) zrezygnować z polityki otwartych drzwi do UE, która ma zasadnicze znaczenie dla bezpieczeństwa Polski i całego regionu Europy Wschodniej. Oczywiście jesteśmy za jak najlepszymi stosunkami z Rosją, jednak bliskie jest nam stanowisko prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego, który stwierdził, że
Dążenie do dobrych stosunków z Rosją nie może oznaczać rezygnacji Polski ze wspierania prozachodnich aspiracji Ukrainy. ( ) Nikt przy zdrowych zmysłach nie sugeruje, że polityka wobec Rosji powinna polegać na przyjęciu rosyjskiego punktu widzenia jako warunku współpracy ("Gazeta", 12 lipca).
To m.in.polityka współpracy (obopólnie korzystnej) z naszymi wschodnimi sąsiadami przyniosła nam dwadzieścia lat stabilności i bezpieczeństwa, które mogliśmy poświęcić na rozwój naszego kraju. Przyniosła nam również prestiż na arenie międzynarodowej, który w polityce ma również swoją wartość. Aby z tego zrezygnować, musiałyby istnieć poważniejsze przesłanki niż przyszłe i wirtualne interesy handlowe z Rosją.
Rezultaty dotychczasowej polityki wschodniej są poważnym argumentem na rzecz jej kontynuowania, choć - jak słusznie zauważył premier Tusk -
nasi partnerzy na Wschodzie przez długie lata będą trudnymi partnerami".
Oczywiście niezależny publicysta ma prawo stawiać każdą, nawet najbardziej karkołomna, tezę. Ma prawo nazywać ją nawet pragmatyzmem. Sytuacja komplikuje się, kiedy tenże publicysta jest członkiem elitarnej rady rządowego Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Pojawia się bowiem wątpliwość czy "Idee na smyczy", w których autor i idee ,i język "spuścił ze smyczy", odzwierciedlają poglądy samego Sienkiewicza, czy też w jakiejś mierze stanowisko PISM?
Jesteśmy za aktywną polityką wschodnią, w szczególności wobec Ukrainy, nie dlatego, że za taką opowiadał się Jerzy Giedroyc czy
Jacek Kuroń, lecz dlatego, że w naszym najgłębszym przekonaniu polityka ta dobrze służy Polsce i całemu regionowi Europy Środkowo-Wschodniej.
**** W reakcji na tzw. pucz Janajewa (próba przejęcia władzy w ZSRR przez twardogłowych komunistów, m.in. Giennadija Janajewa, Władimira Kriuczkowa, Dmitrija Jazowa, Borisa Pugo, Waleria Pawłowa), do którego doszło w Moskwie 19 sierpnia 1991 r., Rada Najwyższa Ukrainy Radzieckiej 24 sierpnia 1991 r. przegłosowała Akt Niezależności Ukrainy ("za" głosowało 346 deputowanych spośród nieco ponad 400 obecnych na sali obrad).
Na mocy Aktu Ukraina stawała się państwem niepodległym, demokratycznym, na którego terytorium - nietykalnym i niepodzielnym - miały obowiązywać konstytucja i ustawodawstwo Ukrainy.
Akt Niezależności Ukrainy został potwierdzony w ogólnoukraińskim referendum, które zostało przeprowadzone (wraz z wyborami pierwszego prezydenta Ukrainy, którym został Leonid Krawczuk - ówczesny szer Rady Najwyższej Ukrainy) 1 grudnia 1991 r. W referendum wzięło udział 84,18 proc. uprawnionych do głosowania; za niepodległością kraju opowiedziało się 90,32 proc. Ukraińców. Najwyższe wsparcie dla niepodległości odnotowano w obwodzie tarnopolskim (98,67 proc.); najniższe na Krymie (54,19 proc.).
Polska była pierwszym państwem na świecie, które uznało niepodległość Ukrainy.