Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Mecenas Paulina Kieszkowska-Knapik jest zaangażowana w tę sprawę nie tylko jako prawnik. Sama oczekuje dziecka. - Nie zgadzam się, że muszę rodzić bez znieczulenia i nie obchodzi mnie stanowisko
NIK ani minister Kopacz. Przeszukuję rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia i nie widzę prawa, na które może się powołać NIK i ministerstwo - mówi rozżalona.
W lipcu na stronach internetowych Najwyższej Izby Kontroli ukazał się protokół z kontroli szpitalnych oddziałów położniczych. W ośmiu z 43 skontrolowanych placówek pobierano od pacjentek opłaty za niektóre usługi związane z porodem - oddzielną salę z łazienką, wannę do porodu w wodzie, ale przede wszystkim za znieczulenie zewnątrzoponowe na życzenie pacjentki. Choć raport z kontroli ukazał się dopiero teraz, NIK przeprowadził kontrolę w ubiegłym roku. Według prawników to ważne, bo dotyczy starej rzeczywistości prawnej, sprzed ustawy koszykowej.
NIK uważa, że dodatkowe opłaty za porody, w tym za znieczulenie na życzenie pacjentki, pobierane są bezprawnie i powołuje się tu na art. 65 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej. Ten artykuł mówi o zasadzie - wszyscy ubezpieczeni mają mieć zapewniony równy dostęp do świadczeń i prawo wyboru placówki medycznej.
Skutek ujawnienia protokołu jest taki, że jedne ciężarne boją się, że będą musiały rodzić w bólach, choć były przygotowane na dodatkową opłatę za znieczulenie, a inne matki pozywają szpitale o zwrot już poniesionych opłat związanych z porodem. Zanim zapadną prawomocne wyroki, zanim któryś z nich doczeka się orzeczenia Sądu Najwyższego, na który można by się powoływać, trwa zamieszanie.
Minister zmienia zdanie trzy razy Rzecznik praw pacjenta już w maju, jeszcze przed opublikowaniem raportu NIK, zwróciła się do minister zdrowia jako jednostki założycielskiej Instytutu Matki i Dziecka z pytaniem, jakie kroki wobec szpitala ma zamiar podjąć. Jeszcze w maju minister
Ewa Kopacz odpowiedziała jej, że wezwała dyrektora do złożenia wyjaśnień "w sprawie naruszenia zbiorowych praw pacjentów i wyeliminowania praktyk wskazanych przez NIK".
Ale już pierwszego lipca po wyjaśnieniach dyrektora uznała, że "nie występują przesłanki do formułowania opinii, że IMiD bezpodstawnie pobiera opłaty związane z porodem", czyli uznała je za legalne. Krystyna Kozłowska zdezorientowana tym stanowiskiem pod koniec lipca zwróciła się do prezesa NIK z prośbą o wyjaśnienie, czy dopłaty pacjentek do porodów są dopuszczalne, czy nie.
Jeszcze nie zdążyła dostać odpowiedzi, kiedy to 6 sierpnia otrzymała kolejne pismo od minister Kopacz. W ciągu miesiąca resort zmienił zdanie diametralnie. Teraz oznajmia, że poród jest świadczeniem gwarantowanym, więc bezpłatnym. System prawny w ochronie zdrowia nie definiuje świadczeń standardowych i ponadstandardowych, więc nie można pobierać opłat za te ostatnie.
O znieczuleniu zewnątrzoponowym, jak o każdej procedurze medycznej, decyduje lekarz, kierując się wskazaniami. Przepisy prawa nie przewidują żadnej formy opieki zdrowotnej "na życzenie pacjenta", a jedyna dopuszczalna opłata może dotyczyć kosztów dodatkowej opieki pielęgnacyjnej.
Po takim dictum trudno mieć wątpliwości - każdą opłatę pobieraną dodatkowo od pacjentek za znieczulenie na życzenie czy za oddzielną salę resort zdrowia uważa za niedopuszczalną. Pytanie tylko, czy na pewno w świetle prawa są one nielegalne.
Czy pacjent ma prawo? Otóż prawnicy z profesorem Michałem Kuleszą na czele twierdzą, że interpretacja prawa zmieniła się zasadniczo wraz z wprowadzeniem koszyka gwarantowanych usług zdrowotnych. Teraz każde świadczenie medyczne, za które
NFZ nie płaci, może być zaoferowane pacjentowi odpłatnie, i to bez względu na to, czy placówka jest publiczna, czy niepubliczna. Ubezpieczenie ma bowiem granice co do jakości i liczby świadczeń kupowanych przez NFZ. Profesor, powołując się na nadrzędne, konstytucyjne prawo obywatela do ochrony swojego zdrowia, uważa, że jeśli pacjent chce zapłacić np. za operację, która mu się należy w ramach ubezpieczenia, ale na którą musi czekać w kolejce, to ma do tego prawo.
A szpital ma prawo wykonać taką operację ubezpieczonemu, jeśli wykonuje ją ponad limit finansowy NFZ. Bo dzieje się to poza systemem ubezpieczeń, który działa w ramach dostępnych środków. Podział na placówki publiczne, które nie mogą tego robić, i niepubliczne, którym to wolno, automatycznie przestał obowiązywać.
Przedtem ustawa o świadczeniach finansowanych ze środków publicznych wymieniała tylko te świadczenia, które się ubezpieczonym nie należą. Było ich niewiele, można je było wyliczyć. Stanowiły tzw. koszyk negatywny.
Rok temu parlament uchwalił tzw. ustawę koszykową, a prezydent jej nie zawetował. Ustawa odwróciła sposób myślenia o prawach ubezpieczonych, bo państwo musiało określić wszystko to, co się ubezpieczonym należy. To oznacza setki stron zadrukowanego papieru i tysiące pozycji. I minister zdrowia znalazła się w wielkim kłopocie, bo w ciągu dwóch miesięcy musiała to wszystko określić w rozporządzeniach. Wybrnęła z tego, kopiując do rozporządzeń wszystkie zarządzenia prezesa NFZ. Odbyło się to na zasadzie, że wszelkie działania medyczne, za które do tej pory NFZ płacił, automatycznie znalazły się w gwarantowanym koszyku.
Operacja powinna więc przebiegać bezboleśnie, ale tak naprawdę kłopoty dopiero się zaczęły. Ujawniły się już w styczniu. Chodziło o zamieszanie z chemioterapią niestandardową. Ale teraz dochodzą coraz to nowsze kłopoty z interpretacją koszyka i związanej z nim zasady równego dostępu do świadczeń.
Wylać znieczulenie z koszykiem "Koszyka" od lat domagali się wykonawcy usług medycznych - dyrektorzy szpitali, lekarze, związki zawodowe z ochrony zdrowia. Chcieli wiedzieć, za co dokładnie płaci NFZ, bo nigdy to nie było i w dalszym ciągu nie jest do końca jasne. Chcieli też, choć tego się wyraźnie nie mówiło, by nie płoszyć pacjentów, mieć prawo do pobierania opłat za to, za co NFZ nie płaci.
Czy płaci za znieczulenie do porodu? Stawka za poród jest zryczałtowana. Mieści się w niej również znieczulenie, ale ze wskazań medycznych. Znieczulenie na życzenie jest więc dodatkową usługą. Szpital ponosi koszty. Kto ma je pokryć?
Biorąc pod uwagę ostatnie sierpniowe stanowisko resortu, znieczulenia na życzenie pacjentki w ogóle nie powinny mieć miejsca. Tylko że stanowisko resortu to nie jest obowiązujące prawo, ale jedna z jego interpretacji.
- W świetle prawa nie wolno pobierać opłaty od pacjenta za to samo, za co płaci NFZ, ale nie ma określonych granic, za co NFZ płaci. Jeśli obowiązuje ustawa koszykowa, to granice powinny być dokładnie wytyczone. Niejasności prawne nie mogą działać przeciwko pacjentom. Taka interpretacja, że ja nie mogę zapłacić, żeby mieć znieczulenie, to bezczelność państwa wobec mnie. Bo jak nie będę mogła mieć znieczulenia, to nie zdecyduję się na następne dziecko - mówi Paulina Kieszkowska.
Co to jest równość Standard porodów, nad którym prace zaczęły się ponad trzy lata temu, jeszcze nie został ogłoszony. A jeśli standard uwzględni możliwość znieczulenia z powodów medycznych, to co dalej?
W ubiegłym roku 10 proc. porodów drogami natury (poza cesarkami) odbywało się w znieczuleniu. Część z nich była opłacana przez pacjentki, część ze wskazań medycznych. Chęć poddania się znieczuleniu zgłaszało 60 proc. pacjentek. Czy minister ma prawo zabronić im kupić tę usługę?
Wymowa pisma minister zdrowia z 6 sierpnia jest taka: znieczulenie zewnątrzoponowe tak jak cesarskie cięcie to procedury medyczne, o których decyduje lekarz. Prawo nie przewiduje świadczeń medycznych "na życzenie pacjenta". Odpłatne udzielanie takiego świadczenia jest więc nadużyciem interpretacyjnym. Tak uważa resort.
Nie rozumiem wobec tego, dlaczego minister zdrowia w ogóle dopuszcza w Polsce chirurgię estetyczną. Żadne prawo nie zabrania korekty nosa, ale wiadomo, że za taką operację pacjent płaci.
Pewnie, że im bliżej natury, tym zdrowiej. Tylko że nie wszystkie pacjentki chcą rodzić zgodnie z naturą. Zadaniem lekarza i położnej może być tu przekonywanie pacjentki i łagodzenie bólu metodami pozafarmakologicznymi, ale nie zmuszanie. A system ubezpieczeń nie może wymuszać równości w braku dostępu do osiągnięć medycyny.
Wygląda na to, że minister Kopacz, ogłaszając sukces koszyka, strzeliła sobie w stopę. Bo teraz musi określić dokładne standardy postępowania w każdym rodzaju terapii. I pogodzić się z tym, że za to, co wykracza ponad standard, szpital może pobrać opłatę, a pacjent ma prawo to sobie kupić. W ten sposób ustawą koszykową obaliła własny dogmat, że ubezpieczony nie dopłaca do leczenia. Ale może nie warto trzymać się tego dogmatu, skoro nie zadowala on pacjentów.