Prawicowi publicyści biją na alarm, że ta ostra retoryka prowadzi do marginalizacji
PiS i roztrwonienia kapitału politycznego uciułanego z wielkim wysiłkiem w czasie kampanii wyborczej. A ich rozpaczliwe apele o opamiętanie są podyktowane troską o los Prawa i Sprawiedliwości. Jednego z tych publicystów, którzy dobrze życzyli PiS i sekundowali Kaczyńskiemu, prezes PiS zaatakował bardzo brutalnie, włażąc z butami w jego życie osobiste.
Można to tłumaczyć wielką traumą. To nic, że
Jarosław Kaczyński traci sojuszników medialnych, to nic, że macierzysta partia straci na znaczeniu. On musi pomścić śmierć brata. Chodzi jednak o to, że lider PiS tak naprawdę niszczy pamięć śp. prezydenta RP. Niezwykle silny musi być ów gen destrukcji, skoro jest w stanie pozbawić Jarosława Kaczyńskiego racjonalnej kalkulacji i sprawia, że lider PiS ośmiesza swego tragicznie zmarłego brata. Sprawia, że wzmacnia złą pamięć o prezydencie.
Po katastrofie smoleńskiej wielu Polaków - także tych, którzy nie głosowali na Lecha Kaczyńskiego i byli wobec niego krytyczni - było wstrząśniętych. Mieli poczucie, że zginął prezydent Polski, nasz prezydent. Zginęli politycy różnych opcji, nasi politycy. Dlatego ruszyli masowo pod Pałac Prezydencki. Śmierć na chwilę unieważniła, a przynajmniej osłabiła, negatywne oceny wobec tych, którzy zginęli w katastrofie. Chcieliśmy zachować w pamięci to, co w działalności tych polityków było dobre. Także to, co było dobre w tej prezydenturze. Przyzwoite stosunki polsko-żydowskie, wysiłek Lecha Kaczyńskiego, by zmienić wizerunek Polski jako kraju antysemickiego, rozsądna polityka wobec Ukrainy. Odważna obrona Gruzji.
"Niesłychanie wysoko oceniam podróż prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi. Pierwszy raz poczułem się dumny, że prezydent w tak godny sposób, a zarazem zgodnie z etosem wolności, honoru, tradycji historycznej i rozumu politycznego, dał temu wyraz w Gruzji" - pisał wówczas
Adam Michnik. ("Gazeta", 10 września 2008 r.)
Po katastrofie z żalem wspominano zbyt ostre słowa, jakie padły pod adresem tych, których wśród nas już nie ma. To naturalne. Tak wtedy wielu z nas myślało. Ten stan mógłby trwać dłużej, gdyby nie aktywność PiS i jego medialnych zwolenników. Oczywiście część Polaków nadal byłaby bardzo krytyczna wobec Lecha Kaczyńskiego i podpisywałaby się pod wszystkim wypowiedziami Janusza Palikota. Ale spora część wyborców, nawet tych głosujących na kandydata PO, zachowałaby cieplejsze uczucia wobec prezydenta.
Pierwszym krokiem do zburzenia tej atmosfery była decyzja o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. PiS wtedy dość brutalnie przerwał czas żałoby i namysłu, prowokując dyskusję o dorobku śp. prezydenta. Kazał nam odpowiedzieć na pytanie, czy jego zasługi dla Polski rzeczywiście są równe zasługom marszałka Piłsudskiego. Dla wielu Polaków było oczywiste, że nie. Jednak i ta dyskusja szybko się skończyła, bo większość niechętnych Kaczyńskiemu ludzi nie chciała eskalowania konfliktu. Chciała jedynie wyrazić swoje zdanie.
Potem atmosferę szaleństwa w sprawie katastrofy nakręcali publicyści goszczący w telewizyjnej "Jedynce", a także "Wiadomości"
TVP. Ale sami politycy PiS byli wstrzemięźliwi. Dziś wszelkie hamulce puściły. Szaleństwo pod krzyżem. Absurdalne i obsesyjne wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. Przypomnę tylko jedno. Kaczyński cytował - błędnie - starą wypowiedź Bronisława Komorowskiego o Lechu Kaczyńskim: "Prezydent gdzieś poleci i może będzie po wszystkim". - Ta wypowiedź powinna być przedmiotem działań śledczych. Mam nadzieję, że będzie, jeśli nie teraz, to kiedyś - powiedział prezes PiS.
To każe naprawdę się zastanowić nad kondycją tego polityka. Komorowski planował zamach? To chciał nam powiedzieć lider największej partii opozycyjnej? Jakie są granice paranoi? Wiadomo zresztą, jaki był kontekst wypowiedzi Komorowskiego: chodziło o blokowanie przez prezydenta nominacji ambasadorów, ale kiedy prezydent Kaczyński leciał gdzieś z wizytą, to łatwiej było rządowi taką nominację uzgodnić z Pałacem Prezydenckim. Nie wypada bowiem, aby w kraju wizytowanym przez głowę państwa nie było polskiego ambasadora. Lider PiS to wie, ale i tak opowiada rzeczy pozbawione sensu. I podgrzewa atmosferę na Krakowskim Przedmieściu. A mógł przecież załagodzić spór po krzyżem. Mógł stać się rozjemcą. Swoją postawą i spokojem mógł zbudować pozytywny pomnik swojemu bratu, nieporównywalny z żadnym spiżowym monumentem.
Jak napisał Marek Magierowski z "Rzeczpospolitej" we "Wprost", ludzie spod krzyża poszliby za Kaczyńskim w dym, nawet gdyby własnoręcznie zaniósł krzyż do kościoła św. Anny. Mógł. Ale gen destrukcji jest silniejszy.
Jak więc teraz będzie wyglądać pamięć o katastrofie smoleńskiej, a przede wszystkim o śmierci prezydenta? Będzie kojarzyć się z nakręconymi emocjami.
Z "ruską trumną", do której zdrajca Tusk złożył ciało prezydenta i w ten sposób - jak mówił polityk PiS Joachim Brudziński - pohańbił majestat RP. Będzie kojarzyć się z chęcią odwetu na przeciwnikach politycznych, pozbawioną racjonalnych podstaw.
Z szaleństwem, ze starszą panią, która nie odstępuje krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Z nieszczęsną dziewczyną, która pod krzyżem w amoku szarpie za ręce księdza. Z antysemickim okrzykami pod adresem rządu.
Na drugim biegunie - z ludźmi, którzy szaleństwo krzyżowe wyśmiewają. I trudno się dziwić: ten rodzaj egzaltacji radiomaryjnej będzie wywoływał drwiący odruch sprzeciwu. Dzisiaj ludzie przychodzą pod Pałac Prezydencki nie po to, by odmówić modlitwę za zmarłych, ale po to, by pooglądać cyrk.
Lech Kaczyński - przy całym moim krytycyzmie wobec jego osoby - na coś takiego nie zasłużył.