Gorszące wydarzenia rozgrywające się pod krzyżem ustawionym w dniach żałoby narodowej pod Pałacem Prezydenckim przy Krakowskim Przedmieściu pobudziły głosy domagające się debaty na temat relacji Państwo -
Kościół i miejsca religii w życiu publicznym. "O jeden krzyż za daleko" oświadczył poseł Martyniuk z
SLD.
Grzegorz Napieralski, lider tej formacji, zwołał wiec w centrum Warszawy, żądając świeckości państwa (z marnym odzewem - przyszło około 200 osób). Niektórzy publicyści formułują podobne opinie i w ekscesach na Krakowskim Przedmieściu widzą dowód, że Polska w praktyce nie jest państwem świeckim.
Czy naprawdę w tych wydarzeniach trzeba widzieć ekspansję religii katolickiej w przestrzeń publiczną i "rozpychanie się" Kościoła hierarchicznego? Wiadomo, że tak nie jest. To nie biskupi zainstalowali krzyż przed Pałacem, i to nie oni sprzeciwiają się jego przeniesieniu do kościoła. Wielu z obrońców - rzekomo zagrożonej - świeckości państwa zachowuje się niekonsekwentnie. Mają oni przecież pretensje do Kościoła nie o to, że za dużo robi w tej sprawie, ale że robi zbyt mało i zbyt późno. Chcą więc większej ingerencji hierarchii kościelnej w rozwiązanie sporu o krzyż. Ale czy rzeczywiście o krzyż tu chodzi?
Istota problemu polega na tym, że miejsce, które w dniach żałoby narodowej skupiało rzesze Polaków różnych przekonań zjednoczonych w hołdzie dla ofiar katastrofy smoleńskiej, zostało przekształcone w forum demonstrowania wrogości, a nawet nienawiści do władz Rzeczypospolitej, w szczególności jej prezydenta, traktowanego jak uzurpator.
Największym grzechem popełnionym przez Jarosława Kaczyńskiego było doprowadzenie do sytuacji, w której symbol męki Chrystusa i znak wielokrotnie jednoczący Polaków, użyty został jako narzędzie podziału społeczeństwa. Kaczyński uczynił to w interesie swojej partii. Tę prawdę ukazały z całą jaskrawością wydarzenia z 3 sierpnia, kiedy w trakcie nieudanej próby przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny jego "obrońcy" obrzucali wyzwiskami księży.
Z jednej strony mamy więc do czynienia ze sfanatyzowaną sektą, ale pobudzoną do działania przez lidera największej partii opozycyjnej: polityka, który przed kilkoma tygodniami uzyskał 47 proc. poparcia w wyborach prezydenckich. Z drugiej strony oglądaliśmy nocną demonstrację kilku tysięcy "przeciwników" krzyża pod Pałacem, skrzykniętą 9 sierpnia. Przeważała na niej młodzież dająca wyraz nie tylko swej niechęci do "obrońców" krzyża, ale także - nierzadko - pogardy dla Kościoła i religii. Grzegorz Napieralski w tej młodzieży widzi inne oblicze Polski: nowoczesnej i europejskiej, które napawa go nadzieją na przyszłość.
Redaktor Andrzej Jonas komentujący wydarzenia tamtej nocy w
TVN 24 stwierdził, że zobaczyliśmy jedną z twarzy Polski, a także, że to oblicze budzi jego sympatię. Otóż ja żadnej sympatii dla tej nowej twarzy Polski nie odczuwam. Owszem odnotowuję, że jest zjawisko do tej pory w takiej skali niespotykane i w jakiejś mierze sprowokowane postawą sekty spod Pałacu Prezydenckiego. Ekstrema wzajemnie się napędzają. Zbiorowe kpienie z symboli religijnych w atmosferze zabawy, w miejscu, w którym w kwietniu rzesze Polaków składały hołd ofiarom smoleńskiej katastrofy, to coś gorszego niż pokaz złego stylu, to demonstracja moralnego nihilizmu.
Zwolennicy rozpoczęcia dyskusji o świeckości państwa i nowym modelu relacji Państwo - Kościół często zwracają uwagę na rzekomą anachroniczność i zaściankowość polskiego modelu, przeciwstawiając go europejskim wzorcom. Jednak każdy, kto choć trochę interesował się tą problematyką, wie, że nie ma jednego europejskiego wzorca regulującego relacje między państwem a wspólnotami religijnymi. Jest ich bardzo wiele: od państw, w których istnieją kościoły narodowe, po całkowity rozdział państwa od Kościoła. Przykładem tego ostatniego jest
Francja, ale i w niej w wielu miejscach publicznych znajdują się krzyże, a po śmierci prezydentów (także socjalisty Mitterranda) w katedrze Notre Dame odbywają się uroczyste msze z udziałem najwyższych władz republiki i zagranicznych przywódców.
W III Rzeczypospolitej dopracowaliśmy się własnego modelu relacji pomiędzy Państwem a Kościołami. Jest on oparty na naszej tradycji i polskich doświadczeniach historycznych. Warto się go trzymać, chyba że pragnie się wzbudzić klimat zimnej wojny religijnej, co bezskutecznie próbowano kilkakrotnie podejmować na początku lat dziewięćdziesiątych.
Czy nie ma więc żadnego problemu z Kościołem? Jest, gdyż jego autorytet uległ zachwianiu.
Dlaczego? Bliski jestem poglądowi sformułowanemu niedawno przez Cezarego Gawrysia na łamach „Newsweeka”: „Wiele osób duchownych z biskupami na czele manifestuje od lat swoisty radykalizm polityczny. Nieustannie słyszymy z ambon bardzo krytyczne sądy o współczesnej cywilizacji i kulturze, także negatywne oceny konkretnych ludzi. Karmieni jesteśmy nieufnością wobec ludzi spoza „naszych »szeregów «. Wobec „liberałów” i »ateistów «. Jednocześnie Kościół milczy, gdy ludzie są publicznie obrażani i poniżani. Nic dziwnego, że po 20 latach takiej postawy zaczyna płacić rachunki”. Dla mnie było smutną i zastanawiającą sprawą, że tak duża grupa księży, spośród tych ujawniających swe sympatie polityczne, zachęcała w ostatnich wyborach do głosowania na Jarosława Kaczyńskiego. A przecież księża - z racji swego powołania i zawodu - powinni orientować się w psychice i osobowościach ludzi.
Po wyborach mamy do czynienia z nowym zjawiskiem. Po gwałtownej zmianie oblicza Jarosława Kaczyńskiego, który z polityka koncyliacyjnego z czasów kampanii znowu przeistoczył się w polityka agresywnego, bez skrupułów rozgrywającego kartę tragedii smoleńskiej, kilku znaczących publicystów do tej pory wspierających tego polityka i jego ugrupowanie, zaczęło dystansować się od niego, uznając za samobójczą linię polityczną, którą obrał po przegranych wyborach prezydenckich. Mają kłopot, ponieważ przez długie lata głosili pogląd, że Jarosław Kaczyński jest dalekowzrocznym strategiem, z rozmysłem rozgrywającym wielką grę na politycznej szachownicy. Nie znają tego polityka albo z rozmysłem wprowadzali w błąd opinię publiczną.
Owszem, Jarosław Kaczyński ma wiele talentów i twardy charakter. Jednak wielokrotnie na swej politycznej drodze postępował całkowicie nieracjonalnie, powodowany wielkimi emocjami, najczęściej negatywnymi. To one kazały mu po sformułowaniu diagnozy, że Polsce grozi powrót do władzy sił politycznych wywodzących się ze starego systemu, wziąć udział w obaleniu rządu Suchockiej wiosną 1993 r. i samotnie pójść do wyborów, w których jego ugrupowanie przegrało z kretesem. Wybory wygrało SLD.
Te same złe emocje kazały mu w 1995 r. porzucić Adama Strzembosza, którego przez wiele miesięcy lansował jako najlepszego kandydata Polski posierpniowej i w wyborach prezydenckich wystawić swego brata Lecha, który z poparciem zbliżonym do zera na kilka dni przed wyborami wycofał się z wyścigu. Tych działań nie wytłumaczy się żadnymi racjonalnymi czynnikami. Nie przeczytamy jednak o tym ani w ostatniej biografii Kaczyńskiego autorstwa Piotra Zaremby, ani w "Alfabecie braci Kaczyńskich" Zaremby i Michała Karnowskiego. Jednak ci, którzy interesują się polską polityką, powinni o nich pamiętać. Także księża, zwłaszcza ci, którzy zachęcają wiernych do konkretnych wyborów politycznych.
*** Jest dla mnie oczywiste, że w realiach stabilnej demokracji, gdy nie występują jakieś nadzwyczajne zagrożenia, dla autorytetu i perspektywicznych interesów Kościoła lepiej jest, gdy zajmuje stanowisko na poziomie metapolitycznym, niż gdy udziela poparcia konkretnym siłom politycznym. Biskupi i księża są jednak obywatelami i mają to tego prawo. Nie wyobrażam sobie, aby w Polsce za takie wybory Kościół był karany wszczynaniem debaty na temat świeckości państwa.
Refleksja nad stosunkiem do polityki i spraw publicznych jest natomiast niewątpliwie potrzebna samemu duchowieństwu, zwłaszcza biskupom, i może do niej zachęcić postawa świeckich. Wielu z nich odczuwało ból i zgorszenie, wychodząc ze świątyń w okresie ostatniej kampanii wyborczej.
* Aleksander Hall w PRL-u działacz opozycji demokratycznej, współzałożyciel i przywódca Ruchu Młodej Polski. W rządzie Mazowieckiego minister ds. kontaktów z partiami. Poseł w latach 1991-93 i 1997-2001. Publicysta i historyk