Jeśli wyborcze hasło Jarosława Kaczyńskiego traktować poważnie, to trudno dziś nie zadać kilku pytań, na które odpowiedzi wydają się proste.
Pierwsze: czy w interesie Polski kiedykolwiek w przeszłości był zamęt w kraju? Rokosze, zrywanie sejmów, zajazdy - kłótnie i awantury, wywoływane przez stronnictwa, partie bądź jednostki? Jakakolwiek wojna polsko-polska?
Odpowiedź jest jedna: nie. Skutki takich działań zawsze osłabiały nasze państwo. A jednak wydaje się, że dziś
Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy odpowiadają: "Tak, dzisiaj jest potrzebny Polsce zamęt". Wykorzystują przecież katastrofę prezydenckiego samolotu i dzielą polskie społeczeństwo. Mówią o "krwi na rękach", "zbrodni" i "poległych". Podsycają antyrządowe nastroje. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu uczynili już symbolem polskiej kłótni. Więc to wszystko ma służyć Polsce? Tej Polsce, która jest "najważniejsza"? Jakiej logice podporządkowane jest takie rozumowanie?
Pytanie drugie. Jeśli ta potrzeba wywołania zamętu w kraju uzasadniana jest przez zwolenników Jarosława Kaczyńskiego nieufnością wobec Rosji, a w skrajnych wypadkach nawet spiskiem między Donaldem Tuskiem a Władimirem Putinem - to czy z tego powodu, skłócając Polaków, nie działają raczej w interesie Rosji?
Odpowiedź także wydaje się prosta: tak. Jeśli komukolwiek zamęt w naszym kraju jest na rękę, to właśnie Rosji. Tej złej Rosji, której obraz ukształtowany jest przez historię. Rosji wiecznie prowadzącej jakąś grę, dążącej do osłabienia Polski i podporządkowania swoim wpływom. Czy zatem Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy nie dostrzegają, komu idą na rękę?
O ile skuteczniej strona polska mogłaby negocjować z Rosjanami, gdyby stanowisko było wspólne - jedno, bez podziałów? A przy tym - jeśli istnieje cień szansy na poprawę relacji z Rosją, na zmianę jej wizerunku - czy nie należałoby iść razem w tę stronę? Nie przekreślać z góry szansy? Bo jeśli Polska jest "najważniejsza", to jaka
Rosja jest dla niej lepsza: wroga czy przyjazna ?
Pytanie trzecie. Jeśli jednak Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy wiedzą już, że pod Smoleńskiem 10 kwietnia popełniono zbrodnię, i to zbrodnię, za którą odpowiadają Rosjanie i rząd Donalda Tuska - jeśli są już pewni, że ofiary katastrofy to "polegli", jak na polu bitwy żołnierze - to co dalej? Jaka jest perspektywa? Zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją? Wypowiedzenie wojny? Trybunał Stanu dla Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego? Wojna domowa? Czy "najważniejsza Polska" tego właśnie oczekuje?
To przecież absurdalna perspektywa. Jeśli Polska jest rzeczywiście "najważniejsza", to czy Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy nie widzą tych setek spraw trudnych i nierozwiązanych, które - wobec powstałego zamętu - zejdą na plan dalszy i pozostaną nierozwiązane? Czy naprawdę nie widzą, że katastrofa samolotu pod Smoleńskiem i krzyż na Krakowskim Przedmieściu mogą wpłynąć na przyszłość Polski, na jej los? Że to może zahamować rozwój kraju, uniemożliwić osiągnięcie poziomu życia takiego jak na Zachodzie? Zakłócić życie ludzi tu mieszkających? Polaków?
Wielu polskich polityków, ale szczególnie Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy, nadużywają słów "Polska" i "Polacy". Tymczasem, jak wszyscy wiemy, nasza ojczyzna nie jest krajem idealnym, a nasi rodacy nie są ludźmi nieskazitelnymi. Niemal połowa mieszkańców Polski nie bierze udziału w wyborach. Stan oświaty, wykształcenia, czytelnictwa są zatrważająco niskie. Co potwierdzają liczne badania socjologów. Zainteresowanie sprawami publicznymi jest na dalekim planie. Często świadomość narodowa nie istnieje lub ogranicza się do wspólnoty języka i religii. Ale język jest coraz bardziej zwulgaryzowany, a religijność powierzchowna lub taka, jaką widzimy na Krakowskim Przedmieściu pod krzyżem. Obyczaje polskie, z pijaństwem przy byle okazji, nie przynoszą nam chwały. Powiedzenie "pijany jak Polak" jest dość często powtarzane na świecie. A tu, w Polsce? Ileż to razy, w naszym codziennym życiu, spotykamy się z chamstwem, pogardą dla prawa, z korupcją? Czy nie trzeba raczej, jeśli "Polska jest najważniejsza", pomyśleć o tej prymitywnej, pijanej i chamskiej części naszego narodu? Jak tym ludziom podać rękę? Jak przekonać, że warto lepiej żyć?
Żeby wiedzieć o tym - usłyszeć i zobaczyć - wystarczy przecież mieszkać tutaj, w tej Polsce naszej powszedniej. Oglądać telewizję, czytać gazety. I choćby z tego powodu stonować ten patriotyczny patos. Przytłumić te patriotyczne arie wyśpiewywane przez poetów i prozaików, zwolenników Jarosława Kaczyńskiego. Są wynikiem, zapewne, patriotycznej egzaltacji, jakiej wielu ludzi ulega na starość. Bo chyba nie skutkiem nieznajomości realnego życia.
Można by powiedzieć, podsumowując, że prawdziwy polski patriotyzm poznawaliśmy w czasie wojny i po wojnie. To była zdolność powiedzenia "nie" tym, którzy nasz kraj okupowali i zniewalali. Nie wszyscy współcześni hurrapatrioci potrafili to "nie" wtedy powiedzieć. Za to w roku 2010, w wolnym i demokratycznym kraju, wymachują sztandarami i prześcigają się w patriotycznych deklaracjach. I tkwią jakby dalej w tamtej atmosferze - oporu i walki. Tymczasem - jak wiadomo - nasz kraj jest w zupełnie innym miejscu i czasie, o czym przypominanie jest żenujące. Stoi dziś wobec perspektywy wyjątkowej. Jako mieszkańcy Wspólnoty Europejskiej mamy przed sobą, zapewne, wiele lat pomyślnego rozwoju. Członkostwo w NATO daje jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. Czy to nie jest dla Polski najważniejsze?
Czy zatem Jarosław Kaczyński i jego partia - wywołując w kraju zamęt, kłótnie i awantury, dzieląc społeczeństwo, obrzucając inwektywami konkurentów politycznych, traktując ich jak wrogów, których trzeba "zmieść" - nie przekreślą tej wyjątkowej szansy?
Historia oceni ich surowo, jeśli dopiszą tylko kolejny rozdział do dziejów polskiej anarchii.
Sierpień 2010 * Kazimierz Orłoś, ur. 1935 r. Pisarz, publicysta, scenarzysta, autor sztuk radiowych. Z wykształcenia prawnik