http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dość! Jarosław musi odejść

Wojciech Mazowiecki
2010-08-16, ostatnia aktualizacja 2010-08-18 17:04

Jarosław Kaczyński
Jarosław Kaczyński
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Z Jarosławem Kaczyńskim nie zrobimy ani jednego kroku do przodu. To najważniejszy powód, by się z nim rozstać

Wojciech Mazowiecki
Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM
Wojciech Mazowiecki
Dlaczego Jarosław Kaczyński powinien odejść z polskiego życia politycznego? Stawiając takie żądanie wobec swoich przeciwników politycznych, Kaczyński sam się na podobny ostrzał i osąd opinii publicznej wystawił. Ten błąd należy wykorzystać. Przekroczywszy granicę przyzwoitości, polityk nie może liczyć na inne traktowanie niż sam okazuje swoim rywalom. To pierwszy i bezpośredni powód, dla którego trzeba dziś otwarcie postawić wniosek co najmniej równouprawniony z jego żądaniami - Jarosław Kaczyński powinien zniknąć z polskiego życia politycznego.

Nie chodzi o wykluczenie i niedopuszczalny zamach na jego osobę, jak chętnie by to odczytał Kaczyński. Chodzi tylko o równorzędne potraktowanie "tego pana" (cytat z jego arsenału środków wyrazu) i odrzucenie stałego, ale już męczącego szantażu, że PiS-owi, a w szczególności Jarosławowi, wolno więcej.

Dziś rozdaje na prawo i lewo cenzurki. Osądza przeciwników bez pardonu za rzekome winy wobec swego brata. Sugeruje, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego nie była katastrofą lotniczą, ale męczeństwem dla Polski - co jest oczywiście bzdurą, ale pozwala na insynuacje, że krytycy i oponenci Lecha Kaczyńskiego mogli doprowadzić do tragedii. A wyrok po przeprowadzeniu tak irracjonalnego wywodu bez czekania na wyniki śledztwa brzmi: wskazani oto wrogowie prezydenta Kaczyńskiego powinni zniknąć z życia politycznego, bo w normalnym cywilizowanym kraju dawno już by zniknęli.

Krytycy szefa PiS-u nie powinni się ograniczać do oburzenia. Powinni - broniąc demokracji - podnieść tę nieopatrznie przez niego rzuconą rękawicę i otwarcie odpowiedzieć, że to raczej on powinien zniknąć z politycznej sceny.

Sprawy zaszły za daleko. Nie można odpuszczać i wielkodusznie tłumaczyć coraz ostrzejsze ataki Jarosława niezrównoważeniem wynikającym z jego ciężkich przeżyć. Nie można dla świętego spokoju schodzić mu z drogi - drogi, która dla niego jest konsekwentnym i wyrafinowanym marszem do władzy.

Źle się zaczyna w Polsce dziać, atmosfera jest obrzydliwa. Nie można milczeć, jeśli się nie chce być współodpowiedzialnym za osłabianie państwa przez Kaczyńskiego. A w dalszej perspektywie nawet za czającą się faszyzację życia publicznego, choć to określenie wiele osób uważa jeszcze za przesadne.

Jarosław jaki jest, każdy widzi

Powód drugi - to ocena dorobku politycznego Jarosława Kaczyńskiego. Nikt w Polsce nie wniósł tyle zła i złości do polityki. Najgorsze rzeczy, jakie się działy w ostatnim dwudziestoleciu, wiązały się na ogół z jego nazwiskiem i imieniem, bo to Jarosław był motorem i niedobrym duchem działań obu braci.

"Wojna na górze" w roku 1990, podział i zniszczenie wielkiej "Solidarności" to jego osobiste dzieło na starcie III RP. Tylko po to, by po niecałym roku bracia Kaczyńscy zaczęli niszczyć swoją ikonę - Lecha Wałęsę - za pomocą której wcześniej rozwalali wszystko w rodzącym się niepodległym państwie. Na początek Jarosław palił kukłę Wałęsy, na końcu bracia Kaczyńscy zaangażowali się po stronie instytucji oskarżającej przywódcę "Solidarności", że przy obalaniu komunizmu w Polsce kolaborował z jego aparatem bezpieczeństwa (co prowadzi do absurdu, że komunizm obalił się sam).

Kłamstwa i insynuacje były od dawna narzędziem polityki Jarosława. W 1992 r. gotów był obalać rząd Jana Olszewskiego, ale tego nie zrobił, bo nowa wyłaniająca się większość sejmowa nie chciała na premiera jego brata. Po latach Jarosław sławił rząd Olszewskiego jako najlepszy po 1989 r., zmilczawszy o swej ówczesnej roli, by zasugerować, jakimż to wiernym był jego sojusznikiem.

O IV RP wspomnijmy hasłowo. Najbliższych sojuszników PiS upatrzył sobie w Samoobronie i LPR-ze, czego nawet Jarosław się później wstydził (ale taka była przecież konieczność dziejowa), tyle że jakoś na aferę o molestowanie kobiet przez przywódców Samoobrony ani prawo, ani sprawiedliwość braci Kaczyńskich zbyt pospiesznie nie reagowały.

Śmierć Barbary Blidy może i mogłaby wyzwolić idiotyczne popisy retoryczne o krwi na rękach władzy. Nic takiego się nie stało. A przyjaciele Jarosława bez najmniejszego usprawiedliwienia używali tego zwrotu w kontekście tragedii smoleńskiej. On sam zaplątał się podczas zeznań przed sejmową komisją śledczą. Jak twierdzi, żadnych narad w sprawie aresztowania Blidy u niego nie było (przecież aresztowanie to nie zatrzymanie), tak tylko mimochodem apelował o delikatność i niezakuwanie kobiety w kajdanki. Tego wątku i w ogóle śledztwa odpuścić mu nie wolno.

Jarosław wskrzesił nieudacznika i człowieka politycznie już skończonego - Antoniego Macierewicza, który najpierw położył lustrację w rządzie Olszewskiego, a potem zawalił likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych. W procesach, które z tych spraw wynikły, Macierewicz tchórzliwie schował się za państwem polskim, by uniknąć osobistej odpowiedzialności za krzywdy, które wielu ludziom wyrządził opublikowanymi kłamstwami. Odpowiedzialność ponosi więc państwo, czyli my. Polityczna odpowiedzialność spada jednak na Kaczyńskiego.

To właśnie Macierewicz jest dziś oskarżycielem państwa polskiego w sprawie katastrofy smoleńskiej przemawiającym w imieniu Jarosława. Zgodnie z zasadą "mówcie, a coś z tego zostanie", mówi często na konferencjach zwoływanych w parlamencie, snuje domysły, sugeruje, że państwo odpowiada za tragedię.

Choćby dlatego warto powiedzieć: dość.

Nie uciekniemy od prawdy o Lechu

Musimy zacząć spokojnie oceniać nie tylko to, co się stało 10 kwietnia - czego bez rezultatów śledztwa nie zrobimy, choćbyśmy nie wiem jak zgrzytali na opieszałość prokuratur i komisji, a przecież długość dochodzeń wynika tu, niestety, z natury i stopnia skomplikowania materii, a nie z sabotażu, jak się nam usiłuje to wmówić.

Przede wszystkim nadeszła już pora - po okresie narodowej traumy, która nie sprzyjała trzeźwości myślenia - by zacząć oceniać spokojnie, ale stanowczo, to, co się działo przed i po 10 kwietnia. Bez przemilczeń zrozumiałych bezpośrednio w obliczu niewyobrażalnej tragedii, ale odczytanych po katastrofie fałszywie i ze złą wolą jako hołd oddany złemu władcy przez niby skruszonych jego wcześniejszych krytyków.

Z Jarosławem Kaczyńskim nie zrobimy tu ani jednego kroku do przodu. To najważniejszy powód, by się z nim rozstać. Bo to on uniemożliwia dziś jakąkolwiek sensowną próbę odpowiedzi na najważniejsze wyzwania polskiej polityki. I zupełnie nie pasuje do oczekiwań większości ludzi aktywnie obserwujących życie publiczne. Jeśli bowiem coś po tym wstrząsie dobrego w Polakach zostało, to awersja do wojny wewnętrznej i oczekiwanie, by ważne spory politycy rozstrzygali w spokoju, powadze i wzajemnym szacunku. Co wcale nie oznacza przyzwolenia na rozmywanie i zakłamywanie przeszłości.

Co ciekawe, nawet sam Kaczyński zauważył takie zapotrzebowania i odpowiedział na nie obiecująco w kampanii, dzięki czemu osiągnął dobry wynik. Nigdy w III RP nie było bardziej perfekcyjnie wyreżyserowanej, a jednocześnie tak nieszczerej realizacji hasła "siła spokoju" po to tylko, by zaraz po przegranych wyborach zmienić stanowisko o 180 stopni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6
  • 1
  • 7
  • 3
  • 250 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    551 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':