Spór o krzyż na Krakowskim Przedmieściu ma oczywiście znaczenie polityczne. Nie trzeba go przeceniać, ale nasze historyczne doświadczenie powinno być dla nas poważnym ostrzeżeniem. I nie kojarzy się to z rokoszami (z węgierskiego - buntami), jak to zaczęto ostatnio mówić, bo bunty z różnych powodów zawsze się zdarzały.
Sprawa jest dużo groźniejsza, bo kojarzy się przede wszystkim z konfederacją barską, która była wielkim narodowym nieszczęściem. Została utworzona z powodów czysto politycznych i nabrała od razu charakteru walki religijnej. Chodziło o zdetronizowanie króla, odebranie władzy stronnictwu tzw. Familii Czartoryskich oraz zablokowanie niektórych reform godzących w interesy magnatów, ale naród szlachecki poderwano do walki głównie hasłami religijnymi: obrony wiary i pozycji Kościoła przed innowiercami.
Główny inicjator i mózg konfederacji biskup kamieniecki Adam Krasiński - pisze prof. Władysław Konopczyński - był dumnym oligarchą, pełnym pogardy dla „hołyszów”, ale nie znał w polityce przesądów, a śmiałością poglądów postępowych wyprzedzał wielu. Wcale nie był fanatykiem religijnym i nie zależało mu na walce z innowiercami. Prof. Szymon Aszkenazy też to podkreślał: „Naczelnicy konfederaccy to nie byli jacyś ciemni fanatycy, jak ich opisywał Fryderyk II i Voltaire byli to ludzie światli Fanatyzmu religijnego nie było w nich ani cienia, choć używali go z konieczności jako potężnej dźwigni dla podniesienia i obrony swojej »dobrej sprawy « czysto politycznej”.
A "dobra sprawa" polegała właśnie na zdetronizowaniu niewygodnego króla, odebraniu władzy Czartoryskim, serdecznie znienawidzonym przez większość magnaterii, oraz zablokowaniu reform, które ograniczały samowolną władzę dożywotnich hetmanów i podskarbich na rzecz zależnych od króla i sejmu komisji. Krasiński wspierany przez niektórych innych biskupów oraz przez Potockich, Radziwiłłów, Mniszchów, Branickich i wielu innych potrafił ich zjednoczyć, ale aby dokonać pełnego politycznego przewrotu, trzeba było wezwać społeczeństwo do walki, a można to było zrobić, tylko broniąc wiary i Kościoła. Zrobiono to na zimno i z pełną świadomością, choć oczywiście wielu konfederackich przywódców, np. Pułascy, wiążąc sprawy religijne i narodowe, traktowali je dużo poważniej od swych upolitycznionych arcypasterzy.
Chaotycznie i nieskutecznie znaczna większość województw stanęła do walki i przysporzyła sporo kłopotów armii rosyjskiej, która pilnowała polskiego wasala. Straty były duże. Zniszczony pięcioletnią wojną kraj, kilkadziesiąt tysięcy zabitych i rannych, kilkanaście tysięcy pojmanych konfederatów na Sybirze i w końcu pierwszy rozbiór Polski.
Istota polskiego nieszczęścia polegała jednak na tym, że pogodzenie się króla z "Generalnością" konfederacką było możliwe. Cesarzowa Maria Teresa twierdziła wtedy, że zgodziła się, a właściwie sama zainicjowała rozbiór Polski dlatego, że Polacy nie szanowali swego prawowitego króla. Polskie zaś porozumienie miało szanse i - być może - ratowałoby nas przed rozbiorem, ale okazało się niemożliwe z powodu zdumiewającej zajadłości polskich oligarchów i polityków opozycyjnych oraz żarliwości religijnej konfederackich żołnierzy. Po latach zresztą wielu z nich się z królem pogodziło.
Historia rzadko nas poucza o tym, co mamy dziś robić, natomiast mówi nam zwykle prawdę o tym, jacy my sami jesteśmy. I o tym warto przypominać.
* Andrzej Wielowieyski - były poseł i senator Unii Demokratycznej, Unii Wolności Partii Demokratycznej
Źródło: Gazeta Wyborcza