Współczesny kryzys lewicy na świecie pojawił się wraz z kryzysem samej demokracji. System demokratyczny skolonizowany przez mechanizm rynkowy zamienił politykę w jedną z branż marketingu. Sprowadził ją do doraźnego zabiegania - metodami charakterystycznymi dla handlu - o głosy wyborców traktowanych jak konsumenci. Zniknęła granica między agorą i rynkiem. I różnice między praktyką rywalizujących ze sobą partii w podejściu do gospodarki.
Biznes, cynizm, błędne koło
Otoczeniem współczesnej polityki są media, sondażownie, agencje PR, agencje reklamy, czyli wszystko to, co jednocześnie przynależy do sfery biznesu. W Polsce traktowanie wyborców jak konsumentów, a polityków jak produktów zostało stosunkowo łatwo zaakceptowane z powodu utożsamienia po 1989 r. wolnego rynku z demokracją, po tym jak komunistyczna dyktatura wykluczała je na równi. Tymczasem logika demokracji i logika wolnego rynku stoją ze sobą w sprzeczności, podobnie jak cenzus majątkowy i zasada równego głosu. Tam, gdzie pieniądz rozstrzyga o sile politycznej, kiedyś mówiliśmy, że istnieje plutokracja, a nie demokracja.
Marketing polityczny to handel tożsamością, wartościami, życiem. Wartości poddane wymianie towarowej przestają być wartościami. Współczesne oblicze plutokracji zwykło się nazywać postpolityką. Marketing polityczny sprzyja partiom, które tworzą konglomeraty rozmaitych wartości sprzedawane w kampaniach wyborczych różnym targetom. Zupełnie otwarcie i bez skrupułów partie formułują całkowicie sprzeczne komunikaty, które marketingowcy dobierają pod różnych adresatów. Siłą rzeczy więc najlepszymi akwizytorami są politycy cyniczni.
Zdominowanie polityki przez marketing na całym świecie sprzyja powstawaniu nierówności ekonomicznych, bo politykę formatuje biznes medialny, sam stargetowany na bogatszą część populacji (18-59 lat, duże miasto, odpowiedni dochód), co z kolei sprzyja dalszemu urynkowieniu kolejnych sfer życia. W tym błędnym kole skurczyło się miejsce dla lewicy. Właśnie dlatego lewica szuka ratunku w prostym dostosowywaniu się do zachodzących przemian. Zmieniając program lub porzucając go w ogóle.
Najlepiej znanym przykładem była idea "trzeciej drogi", czyli akceptacji dla wolnego rynku. Ta droga wszędzie skończyła się klęską. Partie "trzeciej drogi" straciły najpierw zaufanie wyborców, a później rządy.
Rewersem "trzeciej drogi" jest populizm. Wszędzie na świecie opuszczeni przez socjaldemokrację ludzie wpadają w objęcia populistów. Rewersem III RP jest IV RP. Dlatego płonne są nadzieje tych, którzy upatrują szans na pokonanie populizmu, odtwarzając wciąż źródła jego popularności, czyli promując tę samą politykę sprzed sukcesu populistów. Strategicznym celem lewicy jest wyjście poza tę zabójczą dla niej alternatywę.
Zrób wynik, wykończ rywala
Lewica przestaje być sobą, gdy daje się obezwładnić "realiom". Nigdy nie brakuje tych, którzy dowodzić będą, że trzeba się "pogodzić z regułami gry" (co zazwyczaj oznacza: z ich łamaniem). Nie brakowało ich za czasów sanacji, nie brakowało za Gierka, nie brakuje także dzisiaj. Skoro "robią to wszyscy", za frajerstwo polityczne uchodzi odmowa udziału w takiej rozgrywce. Nie weźmiesz ty, weźmie kto inny. Program w telewizji, pieniądze na kampanię, miejsca na liście.
Realia polskiej polityki to obecnie pseudospory partii, które dysponując pieniędzmi z budżetu przesadnie wielkimi i przyznawanymi tylko najsilniejszym, a także zawłaszczonymi mediami, uczyniły warunkami uczestnictwa w polityce cynizm, oportunizm, serwilizm wobec wodza, bezideowość lub błazenadę obliczoną na wzrost rozpoznawalności. Jeśli w ten sposób się wypromujesz, "zrobisz wynik", wszyscy przecież zapomną o skażonych źródłach twojego sukcesu.
Lewica nie może ani schodzić z drogi, ani iść na skróty. Kłamstwo w polityce może ma i długie nogi, ale do żadnych pozytywnych zmian nie prowadzi. Tymczasem wielu komentatorów politycznych wciąż ekscytuje najbardziej to, co sami utożsamiają z siłą. Wydaje im się, że to oznaki siły. Ceni się tych, którzy "chcą chcieć", "mają parcie" albo po prostu umieją wykończyć konkurenta. W aparacie partyjnym albo w wyborach. Czyż w polityce nie chodzi o władzę?
Czy chodzi nam jednak tylko o władzę w czyichś rękach, o zapanowanie na scenie politycznej, o "zrobienie wyniku", "pokonanie konkurencji"? To nierzadko przeciwieństwo siły i objaw słabości. Prawdziwa siła to moc tworzenia rzeczywistości. Zmiany otaczających nas warunków. Siła i władza budowana głównie w oparciu o słabość przeciwnika prędzej czy później słabnie. Blichtr władzy jest pociechą tylko dla słabych. Ci często nie są w stanie nawet samodzielnie się określić. Zmieniają poglądy, transferują polityków, odwołują się do trików - nie są pewni siebie ani nie są sobą.
W szczególności lewica nie powinna być reaktywna, odtwórcza, uzależniona od zastanych realiów, oglądająca się na innych. Jeśli swoją obecność w polityce sprowadzi do odtwarzania zestawu nawet słusznych haseł, to znaczy, że politykę uprawia ktoś za nią. Jeśli ograniczy się do trików marketingowych, zawsze będzie w stanie jedynie reprodukować zastane status quo. Chorobę będzie zwalczać chorobą, nie przechodząc do stanu zdrowia.
Krzywdzą mnie, więc jestem
Lewica nie może być reaktywna, bo celem lewicy jest upodmiotowienie ludzi. Gdy lewica walczy o minimum materialne dla każdego obywatela, gdy mówi o prawach pracowniczych, o progresji podatkowej, to po to, aby każdy miał możliwość samorealizacji. Lewica wcale nie wybiera między wolnością i równością. Jeśli naprawdę cenimy wolność, to powinniśmy równo dystrybuować ją między ludźmi. Gdy lewica walczy o neutralność światopoglądową państwa, to właśnie po to, żeby każdy miał te same możliwości realizowania swoich życiowych planów, niezależnie od wyznawanego światopoglądu. Gdy postuluje zrównanie w prawach osób o różnych orientacjach seksualnych, myśli o każdym człowieku jako o podmiocie.
Obywatel w pojęciu człowieka lewicy to ktoś, kto ma wpływ na swoje życie, nie jest biernym obiektem oddziaływania wolnego rynku, Kościoła katolickiego albo jakiejkolwiek większości. Przede wszystkim jednak to ktoś, kto nie jest sfrustrowany.
Nie rekompensuje własnych kompleksów nienawiścią do obcego. Żyjemy w społeczeństwie, które historia traumatyzowała niemal w każdym pokoleniu. Z pokolenia na pokolenie wynosiliśmy rozmaite obciążenia emocjonalne, braki, niską samoocenę. Kto nie lubi siebie, nie ufa sobie, nie czuje się bezpiecznie - będzie nienawidził innych. Będzie oczekiwał rekompensaty. Lecząc siebie poprzez zwalczanie obiektu swojej nienawiści, nigdy jednak nie będzie potrafił stanąć o własnych siłach, określić siebie i swoich pragnień. Nie będzie podmiotem.
Skrzywdzony będzie potrzebował swojej krzywdy, bo bez niej przestałby istnieć. Będzie potrzebował swojego prześladowcy, by umieć powiedzieć, kim jest. Wrogów wskażą politycy, którymi kierują te same motywacje, bo także żyją w poczuciu krzywdy. W Polsce postępują oni na dwa sposoby.
Jedni chcą rekompensować nam poczucie krzywdy z przeszłości poprzez jej sakralizację w teraźniejszości. Drudzy uspokajają nas, że rekompensata przyjdzie w przyszłości, o ile pozwolimy poprowadzić się za rączki, ufając mitowi wolnego rynku, modernizacji, "500 dni spokoju", albo wystraszeni tym, co robią politycy używający pierwszej metody.
Płynie lawa
Lewica powinna kreować wizję przyszłości, ale takiej, w której jesteśmy zdolni do przezwyciężenia naszych frustracji. Przezwyciężenie takie nie polega ani na tym, że ktoś wypełni w nas emocjonalne braki, ani na tym, że o swoich potrzebach zapomnimy. Frustracje ustaną, gdy przyznamy się do nich, przepracujemy je i uwierzymy, że możemy kreować rzeczywistość wokół siebie. Uwolnienie się od poczucia krzywdy oznacza wywalczenie dla siebie wolności, a nie oczekiwanie, że ktoś lub coś ją zagwarantuje albo chociaż ukoi w jakimś symbolu lub wytłumaczy w micie.
Jeśli wciąż będziemy niewolnikami swoich frustracji, to wciąż będziemy poszukiwali ich rozładowania w krzyżach, w micie Smoleńska, w podatku liniowym, lustracji albo po prostu w objęciach "wodzów" politycznych. Nigdy nie poczujemy się jednak pewni samych siebie.
Nikogo nie trzeba przekonywać, że nienawiść w polskiej polityce odgrywa kluczową rolę. Nowa nomenklatura, która zorganizowała się wokół bezproduktywnego odpowiadania na frustracje i w tym czasie odpowiednio zabezpieczyła finansowo, daje nam pozór zaspokojenia naszych potrzeb, tak jak daje nam pozór pluralizmu, a w nim pozór lewicowości. Ale to wcale nie uniemożliwia twórczego działania.
Spod tej skorupy wypływa dziś lawa, a jej znakiem są przebłyski nowej polityki, już nie opartej na uspokajaniu frustracji, ale oddającej Polkom i Polakom możliwość decydowania o własnym życiu.
Politykom przestało opłacać się ignorowanie haseł ruchów społecznych. Na razie refleksem odbijają się od klasy politycznej, ale trend, aby rodziny wywalczyły sobie prawo do in vitro, kobiety - faktyczne uczestnictwo w polityce, uczniowie - wolność światopoglądową w szkołach, pracownicy - respektowanie swoich praw etc. etc., wydaje się trwały. Ci, którzy umieją jedynie zarządzać frustracją, mogą najwyżej opóźniać tych, którzy chcą tworzyć.
Źródło: Gazeta Wyborcza