http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie rozumiem

Olga Walendziak
2010-08-10, ostatnia aktualizacja 2010-08-10 15:18

Krzyż pod Pałacem Prezydenckim ustawiony po katastrofie smoleńskiej
Krzyż pod Pałacem Prezydenckim ustawiony po katastrofie smoleńskiej
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Mam 23 lata. Może jestem zbyt młoda, aby zrozumieć traumę wojny i walkę z PRL-em, ale coraz częściej mam wrażenie, że polska debata publiczna utraciła kontakt z rzeczywistością dawno temu.

Olga Walendziak
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Olga Walendziak
Gdy włączam telewizor lub otwieram gazetę, przecieram oczy ze zdumienia. Odkąd pamiętam, przedmiotem debaty publicznej są prawie wyłącznie religia i historia, niemal zupełnie pomija się zaś tak mało frapujące kwestie jak budżet, edukacja czy polityka imigracyjna. Świętem jest, gdy ktoś zacytuje rzeczowo wskaźniki gospodarcze. Badań naukowych nie cytuje chyba nikt.

Polityka imigracyjna? Po co? To nic, że Polska jest bodaj jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie ma absolutnie żadnego pomysłu na ułatwienie imigrantom integracji z rdzennym społeczeństwem. To nic, że na warszawskim targowisku dochodzi do starcia imigrantów z policją i ginie człowiek - ta śmierć nie przyczynia się do budowy narodowego mitu, nie jest więc godna uwagi.

Młodzi polscy genetycy zajmują czołowe miejsce w prestiżowym konkursie na MIT, ale w mediach widzę tylko polityków zainteresowanych genetycznym... patriotyzmem. Prawa autorskie? Polityka innowacji? Granty dla młodych naukowców? Ogólnodostępne przedszkola? Pod względem ilości zgłaszanych co roku patentów Polska wlecze się w ogonie Europy, a mimo to spory o system edukacji zajmują w debacie publicznej trzecio- lub nawet czwartorzędne miejsce. Jeśli w ogóle się pojawiają.

Równouprawnienie? Po co? Ten temat nie był nawet wart uwagi w kampanii prezydenckiej.

Nie twierdzę, że politycy i dziennikarze nie robią nic. Czasem ktoś napomknie o znaczeniu młodzieży, ktoś zapowie reformę szkolnictwa wyższego, ktoś powie o planach otwierania przedszkoli. Jednak dyskurs medialno-polityczny nie polega w naszym kraju na jasnym deklarowaniu celów i strategii przez polityków, a następnie rozliczaniu klasy rządzącej przez media, lecz na emocjonalnym przekrzykiwaniu się.

Zamiast dyskusji o realnych problemach można się rozkosznie pospierać o symbole. Do takiej debaty nie potrzeba specjalistycznej wiedzy, a jedynie emocjonalnego zaangażowania. Każdy może powiedzieć "Jestem za krzyżem!" lub "Jestem przeciwko krzyżowi!".

Sformułowanie rzeczowej strategii integracji imigrantów, opartej na dyskusji rozwiązań wprowadzanych w innych krajach Unii Europejskiej, USA i Australii, a także popartej wynikami badań psychologów publikowanych w periodykach branżowych - to zadanie nieco trudniejsze.

Ze zdziwieniem obserwuję, jak ludzie o kilka dekad ode mnie starsi - tacy, w których chciałabym widzieć autorytety czy chociażby godnych adwersarzy - zachowują się jak dzieci w piaskownicy. "Psze Pani, on mnie obraził!", "Psze Pana, on kłamie!", "To oni zaczęli!", "A twój tata był ubekiem!".

Moje zdziwienie i brak zrozumienia wobec działań polityków i dziennikarzy nie wynika z występującej między nimi a mną różnicy zdań. Wynika z faktu, iż w ogóle nie mają zdania w kwestiach naprawdę dla mnie istotnych.

Nie czuję, żeby brakowało mi piątej klepki. Rozumiem zasady funkcjonowania ludzkiego układu nerwowego, komunikaty na lotniskach czy podstawy zbilansowanej diety. Wiem, jak działa komputer czy nawet Wielki Zderzacz Hadronów. Ciągle uczę się nowych rzeczy, co dzień rozumiem więcej i mam coraz więcej pytań. Jednego tylko nie rozumiem i nie mogę zrozumieć - polskiej debaty publicznej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 85 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    246 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':