http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pomagajmy zwierzętom. Jak Lech Kaczyński

Jagienka Wilczak "Polityka"
2010-08-06, ostatnia aktualizacja 2010-08-05 16:53

Lech Kaczyński
Lech Kaczyński
Fot. Maciej Swierczynski / AG

Czy pomniki powinny dawać satysfakcję i cieszyć wyłącznie tych, którzy je stawiają? A może raczej powinny kontynuować dzieło, myśl lub ideę bliską upamiętnianej osobie?

Lech Kaczyński był miłośnikiem zwierząt. W jego domu zawsze żyły psy i koty wyrwane śmierci. Znalezione gdzieś w rowie, uratowane z wypadku, błąkające się na stacji benzynowej, gdzie Lech Kaczyński dostrzegł je i nie mógł na ich cierpienie nie zareagować. Należał do grona osób, wcale nie tak licznego, które zwierzę potrzebujące pomocy zawsze dostrzegą i nigdy nie odwracają głowy, nie przechodzą obok, nie pozostawiają bez pomocy. Piękna jest historia kota Rudolfa, którego Maria i Lech Kaczyńscy adoptowali ze schroniska dla bezdomnych zwierząt i który mieszkał z nimi w Pałacu Prezydenckim. Ich łaciata suczka Lula to też znajda.

Znałam Lecha Kaczyńskiego wiele lat i bardzo wiele razy z nim rozmawiałam. Od pierwszego spotkania na poddaszu plebanii św. Brygidy w Gdańsku, kiedy jeszcze upadek komuny wydawał się czymś mało realnym, zwierzęta były obowiązkowym tematem, ważną częścią każdej rozmowy. Zwykle też najmilszą jej częścią: Lech Kaczyński był radosny, kiedy opowiadał o swoim zwierzyńcu, i zatroskany, niepogodzony, gdy mówił o losie zwierząt porzuconych, chorych, bezdomnych, głodnych.

Próbował temu zaradzić. Jako pierwszy, będąc prezydentem Warszawy, wydzielił w budżecie miasta specjalną kwotę na dokarmianie bezdomnych kotów. Apelował o uchylanie zimą okienek w piwnicach, żeby zwierzęta miały gdzie schronić się przed mrozem. Wiem, że własne pieniądze regularnie przekazywał karmicielkom bezdomnych kotów, a one kupowały pokarm. Interesował się sytuacją w warszawskim schronisku Na Paluchu. Interweniował w sprawie koni dręczonych w Tatrach, a w swej kancelarii utworzył stanowisko pełnomocnika ds. zwierząt.

Myślę, że prawdziwym upamiętnieniem Lecha Kaczyńskiego z pewnością nie jest stawianie pomników, wmurowywanie tablic, nazywanie jego imieniem ulic, placów czy instytucji. To proste i banalne. W dodatku jednorazowe: wmurowuje się tablicę i z głowy. Stawia pomnik, a potem raz do roku kładzie wieniec u stóp. Łatwe, nieabsorbujące nadmiernie. Podobnie nazwanie ulicy: zmiana tabliczki i odfajkowane. Ale czy o to chodzi?

Myślę, że prawdziwym upamiętnieniem tragicznie zmarłego prezydenta byłaby stała, staranna opieka nad zwierzętami. W każdej gminie w Polsce, w każdym mieście, także w Warszawie. Niechby się samorządy zobowiązały uchwałą, że w hołdzie, dla upamiętnienia Lecha Kaczyńskiego i jego żony Marii, otoczą opieką bezdomne psy żyjące na terenie gminy, że skontrolują, czy właściciele nie trzymają zwierząt na krótkich łańcuchach, bez wody, nie karmią ochłapami. Doprowadzą przed sąd wszystkich, którzy maltretują bezbronne konie czy koty. Że ta opieka nie będzie incydentalna, na dziś tylko, lecz pozostanie na zawsze, przez szacunek dla Lecha Kaczyńskiego właśnie.

To z pewnością trudniejsze zadanie niż wmurowanie tablicy. Sądzę jednak, że Lech Kaczyński, jeśli patrzy z góry, byłby takim postanowieniem usatysfakcjonowany bardziej niż dziesiątkami zniczy czy krzyżem z kwiatów, które jutro zwiędną.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 48 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':