To tu właśnie w 1861 roku podczas wielkiej manifestacji patriotycznej miał miejsce słynny wypadek: ksiądz niosący krzyż został trafiony kulą - wtedy krzyż przejął żydowski gimnazjalista Michał Landy. Obaj zginęli od rosyjskich kul.
Dziś krzyża "bronią" ludzie kierowani w gruncie rzeczy nienawiścią do polskiej demokracji. Ale mniejsza o nich. Są, jacy są. I nie ich postawa tak głęboko rozczarowuje i dotyka. Jedynym, kto mógłby powstrzymać warcholski tłum z Krakowskiego, jest
Jarosław Kaczyński. Ale on właśnie - jak wskazują na to jego niedawne słowa - stoi za nimi.
Nie to również jest najbardziej dotkliwe - w końcu "jaki jest koń, każdy widzi". Istotne jest to, że władza okazuje taką bezradność, a
Kościół w osobach swoich hierarchów umywa ręce, tchórzliwie oddając inicjatywę "obrońcom krzyża". Nie potępiając, milcząco zezwala na szermowanie hasłami: "Polska", "wiara", "Katyń", przez ludzi, którzy depczą demokratyczną tradycję i działają na szkodę Polski, stając się symbolem anarchii. Ci sami hierarchowie, którzy z taką pasją występują przeciwko liberalnemu prawu, teraz, umywając ręce. Budzi to podejrzenie, że myślą podobnie jak tamci spod krzyża.
Niedawno od znajomego księdza usłyszałem wyznanie, o które nigdy bym go nie podejrzewał: "Czuję się samotny i nie wiem, co poza sakramentami łączy mnie dziś z tą instytucją...". Miał na myśli Kościół katolicki. Ten Kościół zdradza mnie krok po kroku.