Ta przenikliwa analiza i przepowiednia przypomniała mi się, kiedy oglądałem żałosną rejteradę Kancelarii Prezydenta przed rozjuszonym tłumem uniemożliwiającym przeniesienie krzyża spod Pałacu.
Słowa Churchilla odnosiły się do ważnego epizodu w historii powszechnej, z którym tutaj nie robię żadnego porównania. Ale mają one też wymiar uniwersalny, a mianowicie taki oto, że przestrach przed ceną stanowczości prowadzi zwykle do zapłacenia o wiele wyższej ceny ustępliwości.
Mówi się często o potrzebie wzmocnienia państwa. Otóż pierwszym tego warunkiem jest wyleczenie jego kadr z choroby mięczaków, z lęku przed podejmowaniem trudnych decyzji i z machania ręką dla świętego spokoju.
Jeżeli Kancelaria Prezydenta zaangażowała się w przeniesienie krzyża - przecież nie samowolnie, lecz w uzgodnieniu z prezydentem elektem - to krzyż w miniony wtorek powinien zostać przeniesiony. Tego wymagała powaga urzędu i autorytet państwa, skoro decyzję o przeniesieniu podjęto. Aby ją wykonać, należało przygotować wszystko, co trzeba, na łatwą do przewidzenia trudną sytuację, a przeszkadzających w wykonaniu decyzji zidentyfikować i zatrzymać w celu ich ukarania za naruszenie porządku publicznego.
Jeżeli władze nie były na to zdecydowane, to nie należało decyzji o przeniesieniu krzyża podejmować, wystawiając autorytet państwa na upokarzający blamaż.
Krzyż na Krakowskim Przedmieściu to nie jest żaden symbol religijny, lecz makieta ukrywająca partyjny emblemat
PiS - wskazująca, że tu, naprzeciw Pałacu, w którym lada dzień zasiądzie wróg Polski, jest okop jedynej partii prawdziwie polskiej. I stąd rozgorzeje płomień.
We wtorek władza cofnęła się przed próbą zgaszenia małego ognia, a warszawski
Kościół unikami swego zwierzchnika schował głowę w piasek. A pod krzyżem ogień się pali.
I oby nie zapaliło się bardziej, bo nic bardziej nie sprzyja podpalaczom niż straż złożona z mięczaków.