http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Katyń" Wajdy i słoweńska Antygona

Drago Janear*
2010-07-29, ostatnia aktualizacja 2010-07-29 13:28

Największa trauma słoweńskiej historii nadal pozostaje w społecznej podświadomości, a w debacie politycznej nie wyszła poza ramy literatury

Andrzej Wajda
Fot. Marzena Hmielewicz / AG
Andrzej Wajda
ZOBACZ TAKŻE


"Katyń" Andrzeja Wajdy, który tej wiosny pokazywano najpierw w słoweńskich kinach, a potem także w telewizji publicznej, spotkał się z ogromnym zainteresowaniem widzów, a w mediach - w mniejszym lub większym stopniu - z milczeniem. Słoweńska opinia publiczna jest zmęczona tematem masowych mordów dokonywanych po wojnie i odkrywania coraz to nowych masowych grobów. W zapowiedziach filmu czytaliśmy o ujawnieniu "największego kłamstwa Europy ubiegłego stulecia" i o "głębokiej traumie narodu polskiego". Po projekcji kilku krytyków filmowych pisało o wartościach estetycznych filmu i zajmowało się kwestią jego dramaturgii, nikt natomiast nie zwrócił uwagi na uniwersalne przesłanie tego wstrząsającego dzieła, które bezpośrednio dotyka także traumy narodu słoweńskiego. A ponieważ niektórzy organizatorzy tych masowych mordów pobierali nauki w moskiewskiej akademii imienia Dzierżyńskiego, nic więc dziwnego, że organizacja i metodologia były podobne, jak można zobaczyć w końcowych scenach filmu Wajdy. Nikt nie dostrzegł albo nie chciał dostrzec, że ta sama ideologiczna ślepota moskiewskich uczniów w niemal identyczny sposób, strzałami w tył głowy, pod koniec wojny w 1945 roku, kiedy jugosłowiańscy komuniści byli jeszcze wierni Stalinowi, zamordowała, według dostępnych dotychczas danych, około czternastu tysięcy członków tak zwanej armii domobranów oraz wielu cywilów, "kontrrewolucjonistów", także kobiety. Ta reakcja mediów była o tyle niezwykła, że w opuszczonych szybach górniczych w okolicy Celja rok temu dokonano przerażającego odkrycia: pomiędzy przegrodami z betonu i cegieł, które na zawsze miały ukryć bezsensowną zbrodnię, spoczywało około tysiąca zmumifikowanych ciał pomordowanych ludzi. A Huda jama [zła jaskinia], jak brzmi prawdziwa geograficzna nazwa tego miejsca, to zaledwie jedna z wielu masowych mogił odkrytych do tej pory przez rządową komisję ds. badania zbrodni powojennych.

To jest jeden z wątków opowieści, którą poza granicami Słowenii - cieszącego się uznaniem członka Unii Europejskiej - znają nieliczni. Pod powierzchnią słoweńskiej "opowieści o sukcesie", opowieści o kraju, któremu w czasie rozpadu komunistycznej Jugosławii udało się uniknąć krwawego konfliktu szalejącego w latach 90. na Bałkanach i stosunkowo szybko, w sferze gospodarki i polityki, włączyć się w demokratyczne struktury Europy, kryje się dziedzictwo, które Słoweńcy dzisiaj dobrze znają, ale przed 20 laty było najściślej strzeżoną tajemnicą państwową. Jednak i teraz, kiedy je znają, najchętniej zachowują milczenie. To jest opowieść o straszliwych zbrodniach popełnionych po drugiej wojnie światowej, kiedy rządy przejęła partia komunistyczna i "zlikwidowała" - to buchalteryjne wyrażenie zadomowiło się zarówno w stalinowskiej, jak i nazistowskiej terminologii - swoich politycznych przeciwników, przede wszystkim żołnierzy domobranów, a wraz z nimi wielką liczbę cywilów, których oceniła jako potencjalnych wrogów nowego porządku. Jakiekolwiek informacje o tych wydarzeniach czy ich świadectwa były po wojnie cenzurowane, przywożone z zagranicy książki na ten temat milicja konfiskowała na przejściach granicznych, a ludzie, którzy odważyli się o nich coś powiedzieć publicznie, często stawali przed sądem z powodu szerzenia "kłamliwej, wrogiej propagandy".

Mimo że w połowie lat 70. dzięki niektórym pisarzom dysydentom, do których należał dawny partyzant, chrześcijański socjalista Edvard Kocbek, prawda po raz pierwszy ujrzała światło dzienne, mimo że po upadku komunizmu słoweńska opinia publiczna stanęła oko w oko z faktami, słoweńscy "niepogrzebani zmarli" są nadal traumą społeczeństwa słoweńskiego, jego ciemną zbiorową podświadomością. I choć "ukryte dziedzictwo" jest dziś "oświetlone" z wielu różnych punktów widzenia, jego koszmar wciąż pozostaje tabu, o którym niewiele i niechętnie mówi się publicznie. Nawet słoweński parlament, wbrew sporym wysiłkom, nie był w stanie zająć wobec tego problemu żadnego zdecydowanego stanowiska. Ostatecznie sprawa załamała się przy próbie podjęcia decyzji dotyczącej napisów - przynajmniej w miejscach masowych mordów powinno się umieścić cywilizowany, uczciwy napis, który by odpowiadał prawdzie. Parlament jednak zdecydował się na enigmatycznie brzmiącą inskrypcję, która bardziej ukrywa, niż ujawnia fakty: "Ofiary wojny i powojennych zabójstw". Zabójstwa - jakby chodziło o karę w majestacie prawa, a nie, co jest zgodne z prawdą, o dokładnie zaplanowane, zorganizowane i przeprowadzone polityczne rzezie. Tak więc ta największa trauma słoweńskiej historii nadal pozostaje w społecznej podświadomości, a w debacie politycznej nie wyszła poza ramy literatury. W dramacie "Antygona" współczesnego dramatopisarza słoweńskiego Dominika Smole widzowie bowiem, jeszcze przed wystąpieniem Kocbeka, rozpoznawali przemilczaną prawdę i o niej szeptali.

To prawda, że słoweńscy domobrani, zdeklarowani nacjonaliści i antykomuniści, w odpowiedzi na rewolucję komunistów kolaborowali w czasie wojny z niemieckim okupantem. I wielu spośród nich zasłużyłoby na proces i karę. Ale my, którzy należymy do antyfaszystowskiej i partyzanckiej tradycji, nie możemy przyjąć bezsensownej i przerażającej tezy, wciąż obecnej wśród części słoweńskiego społeczeństwa, że zamordowanych spotkała "zasłużona" kara. Już w latach 70. noblista Heinrich Böll - broniąc Edvarda Kocbeka, który zaczął o tym mówić publicznie, jawnie też wyraził głęboki żal z powodu budzących grozę wydarzeń i dlatego dokonano na nim publicznego linczu - powiedział, że nie może to być powodem masowych mordów popełnionych poza prawem. Zabójstwa cywilów i członków antypartyzanckich oddziałów bez właściwych sądowych czy jakichkolwiek innych prawnych procedur były także w czasie, gdy do nich doszło, karalnym i przeciwprawnym działaniem, naruszającym podstawowe prawa cywilizowanych narodów, prawa, do których należą zasady odpowiedzialności prawnej i prawa procesowego. W wojskowych i cywilach osadzanych w więzieniach i obozach koncentracyjnych komunistyczni przywódcy widzieli bądź kolaborantów i zdrajców, bądź potencjalnych przeciwników politycznych, którzy w zaostrzonej sytuacji międzynarodowej i trudnych warunkach panujących w kraju mogliby zagrozić procesowi utrwalania nowej władzy i już rozpoczętemu procesowi rewolucyjnemu. Wbrew temu politycznemu stanowisku powojenne rzezie z prawnego punktu widzenia oznaczają poważne przestępstwo, a z moralnego - okrutną zbrodnię, natomiast w perspektywie społecznej zasiały głęboki strach i zrodziły traumy moralne, które podzieliły i boleśnie napiętnowały także następne pokolenia. Z powodu tych czynów, za które ponosi odpowiedzialność ówczesne przywództwo partii komunistycznej, cierpieli, czuli się dotknięci i winni, choć byli bez winy, także przedstawiciele ruchu oporu - wielu komunistów, chrześcijańskich socjalistów, działaczy kultury, i wszyscy pozostali, którzy nie uczestniczyli w tych powojennych akcjach, a którzy odważnie przystąpili do walki z okupantem z patriotycznych pobudek.

"Katyń" w Słowenii dotknął więc otwartej rany słoweńskiej pamięci historycznej i - o dziwo - jeszcze raz okrył ją milczeniem. Wkrótce potem nowa tragedia katyńska pod Smoleńskiem całkowicie usunęła w cień pytanie o sens tych wydarzeń, o grozę bezsensownej śmierci i ideologicznego szaleństwa dwudziestego wieku. Nikt przy okazji Katynia nie przywołał pamięci Srebrenicy, gdzie jakiś inny nacjonalistyczny obłęd pod koniec stulecia na krawędzi oświeconej Europy, Europy praw człowieka i wolności, wymordował tysiące ludzi i próbował ukryć rzeź przed oczami światowej opinii publicznej.

Niewidzialna Antygona - i po filmie Wajdy - wciąż chodzi po Słowenii, próbując pogrzebać zamordowanego brata. I nie tylko po Słowenii.

przełożyła Joanna Pomorska

*Drago Janear - słoweński prozaik, dramaturg, eseista i publicysta; więzień polityczny w byłej Jugosławii w 1974 r. W Polsce ukazały się jego książki: "Galernik" (1988), "Terra incognita" (1993), "Drwiące żądze" (1997), "Eseje" (1999), "Spojrzenie anioła" (2002), "Katarina, paw i jezuita" (2010)

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy