Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Czy to jest jeszcze wasz krzyż, krzyż harcerzy?
Hm. Jarosław Błoniarz: Na pewno wśród inicjatorów ustawienia krzyża byli harcerze. Do końca nie wiemy jednak, kto go zrobił ani kto go przyniósł pod Pałac Prezydencki.
Krzyż stał nie jako krzyż "harcerski", ale krzyż, pod którym ludzie modlili się w dniach żałoby, mniej więcej do końca kwietnia. I potem pozostał na miejscu.
W nocy z 21 na 22 maja przyszła wichura, która go złamała, i na kilka dni zniknął spod Pałacu. Wrócił 27 maja, a później, 30 maja, część harcerzy, którzy pełnili służbę w dniach żałoby, skrzyknęła się pod hasłem upamiętnienia tragicznie zmarłych w katastrofie oraz swojej służby. Chcieli raz jeszcze się spotkać, po miesiącu od zakończenia służby.
Zbiegało się to z rocznicą stulecia harcerstwa. Powołali więc inicjatywę "Polsce i bliźnim" i przybili do krzyża tabliczkę: "Ten krzyż to apel harcerek i harcerzy do władz i społeczeństwa o zbudowanie tutaj pomnika w hołdzie tragicznie zmarłym 10.04.2010 roku w drodze do Katynia oraz dla upamiętnienia dni żałoby narodowej, która zjednoczyła nas ponad wszelkimi podziałami. Polsce i Bliźnim".
Postanowili działać na rzecz postawienia w tym miejscu jakiejś pamiątki. O tego momentu dopiero zaczęto ten krzyż nazywać "harcerskim"
Od 30 maja.
- 2 czerwca harcerki i harcerze z inicjatywy Polsce i Bliźnim spotkali się z ministrem Jackiem Michałowskim z Kancelarii Prezydenta. Zakończyło się na ogólnych deklaracjach. Harcerze przedstawili mu swój pomysł upamiętnienia ofiar i żałoby w tym miejscu. Minister życzliwie wysłuchał i ze swej strony powiedział, że zależy mu na tym, by krzyż znalazł godne miejsce, by nie stał pod pałacem permanentnie.
W tym spotkaniu wziął również udział kapelan Kancelarii Prezydenta i kapelan ZHP, wybrany dość przypadkowo. Kapelan kancelarii uznał, że skoro organizowane jest spotkanie z harcerzami, to zaprosi też znajomego księdza z ZHP. Na tamtym spotkaniu nie zapadły żadne decyzje o przyszłości krzyża. Wiem, że później odbyło się także spotkanie samych kapelanów, ale i oni o niczym nie zdecydowali.
Później był czas wyborów, temat ucichł. Wybuchł dopiero w momencie, gdy ukazał się wywiad z prezydentem elektem w waszej gazecie ["Nie chodzi o to, żeby ludzi bolało", "Gazeta Świąteczna" z 10-11 lipca]. Bronisław Komorowski stwierdził, że krzyż trzeba przenieść w bardziej odpowiednie miejsce. Wtedy ktoś skojarzył, że to jest harcerski krzyż.
To jest harcerski czy nie jest?
- W jakimś stopniu jest, w jakimś nie jest. Przynieśli go ludzie z tłumu. Na pewno harcerze go ustawili. Przy nim zawiązali swoją inicjatywę Polsce i Bliźnim.
W "Polityce" Edyta Gietka pisała, że krzyż ufundował stolarz, ojciec jednego ze skautów.
- Próbowaliśmy to ustalić, ale nie udało nam się tej informacji potwierdzić. To chyba jednak ostatecznie nie jest najbardziej istotne, bo społeczne odczucie jest właśnie takie.
Wokół krzyża zaczął narastać ostry konflikt polityczny. Dewastujący - dla nas, dla wszystkich organizacji harcerskich. Zaczęła się polaryzacja stanowisk wśród rodziców naszych wychowanków, także wśród instruktorów.
Początkowo mieliśmy nadzieję, że spór zostanie rozwiązany przez Kancelarię Prezydenta i Kurię Warszawską. Okazało się jednak, że od harcerzy oczekuje się, że również włączą się w ustalenia. Uznaliśmy, że należy wspomóc inicjatywę Polsce i Bliźnim, która jest grupą nieformalną, nieposiadającą władz, i dlatego jako władze największych organizacji harcerskich dołączyliśmy do rozmów między kurią a Kancelarią. Zakończyły się one w ubiegłą środę porozumieniem i wydaniem wspólnego oświadczenia.
Czy w tym kontekście czujemy, że ten krzyż jest nasz? W dużym stopniu już nie.
Od kiedy?
- Awantura, która wokół niego wybuchła, spowodowała, że ponosimy bardzo duże koszty w związku z tym w sumie bardzo pozytywnym przesłaniem, które towarzyszyło postawieniu krzyża. Dla nas stał się pamiątką wspólnej służby ponad podziałami - czy to ideowymi, czy też prawnymi (do niedawna mieliśmy jako ZHR dość poważny spór prawny z ZHP, który dopiero niedawno zakończył się korzystnym dla nas wyrokiem sądowym). A jednocześnie pamiątką wspólnej żałoby, która zjednoczyła ludzi. Gdy zaczął się wokół niego tak ostry spór - to wszystko pękło, skończyło się.
Poczuliśmy odpowiedzialność za to, co się dzieje i za naszych wychowanków, tym bardziej że krzyż jest dla nas ogromną wartością. Jesteśmy stowarzyszeniem, które ma wpisane w statut, że instruktor ma być chrześcijaninem. W wychowaniu kładziemy duży nacisk na kwestię wiary. Uznaliśmy, że należy pomóc rozwiązać ten konflikt. Ale zasadniczego wpływu na to, co się dzieje, nie mamy już od dłuższego czasu.
Źródło: Gazeta Wyborcza