W środku wakacji, 22 lipca każdego roku, władza komunistyczna urządzała podniosłe i radosne obchody powstania pierwszego rządu komunistycznego działającego na Lubelszczyźnie w 1944 r. Jeszcze w 1990 r. w Chełmie wisiały napisy: "Chełm miastem PKWN". Partia ze szczególną pasją celebrowała to swoje kombatanckie "Boże Narodzenie", a ludzie też nim nie gardzili. Bo ojczyznę ma się jedną i trzeba ja kochać taką, jaka jest. Była socjalistyczna i ludowa - kochało się socjalistyczną i ludową.
I ja mam swój rytuał pamięci ludowej ojczyzny. Każdego roku przepytuję studentów, tych nareszcie szczęśliwych Polaków, z polskich dat. Rzucam je grupie dziewiętnastolatków z wyczekującym wyrazem twarzy: 1956, '68, '70, '76, '80, '89. Od dawna nie wypada to dobrze. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się, aby rok 1989 nie wzbudził żadnych skojarzeń. Aż do dziś. Dwudziestu studentów z rocznika 1990 uparcie milczało... Cóż, nie było ich wtedy na świecie. Dawne dzieje.
Zastanawiam się, czy to dobrze, czy to źle, że tak szybko doczekaliśmy się pokolenia dorosłych Polaków, którzy nie bardzo wiedzą, że był jakiś PRL i jakaś PZPR, i w ogóle jakaś "komuna"? Czy umysły tych młodych są przez to bardziej otwarte i nieobciążone, czy też odwrotnie - okazują się żałośnie puste i jałowe? Jedno jest pewne: tak oczywisty dla starszej połowy społeczeństwa dualizm komuny i wolności, oddzielonych od siebie cezurą 4 czerwca 1989 r., stopniowo przestaje być matrycą politycznej świadomości społecznej.
Po wielu latach trwania mentalnej opozycji "za komuny - teraz", ma szanse odnowić się naturalna i realistyczna ciągłość społecznej retrospektywy. Wierzę, że tak być powinno. Nie stanie się to wszak samo przez się. Zapomniany PRL trzeba jakoś umieścić w świadomości młodych Polaków.
Aby z niewinnej ignorancji wyrósł dojrzały i wyważony stosunek nowych pokoleń Polaków do niedawnej przeszłości ich kraju, konieczna jest rozmowa o tych czasach. Ci, co je pamiętają, powinni zadbać o to, by ich opowieść dotarła do młodzieży, była dla niej zrozumiała, szczera i uczciwa. Jakże łatwo przecież zrazić ją naszymi urazami, zmylić legendami lub odstraszyć egzotycznym obrazem zacofania i głupoty czasów PRL. Jakże łatwo popaść w ton zbyt patetyczny albo zbyt ironiczny - w obu przypadkach wywołując wrażenie, że PRL był epoką klęski, a jednocześnie epoką niepoważną, niegodną, by ją pamiętać. A przecież pamiętać trzeba, bo to był nasz świat, w którym większość z nas przeżyła część swego życia i którego kontynuacją pod zaskakująco wieloma względami jest Polska współczesna.
Walka o pamięć jest walką o ciągłość - ciągłość życia społecznego, a także ciągłość biografii nas samych i naszych rodzin. Ciągłość jest dobra i racjonalna, lecz bardziej ponętne są bipolarne mity - irracjonalne i zwykle kłamliwe. Ja sam odzyskałem poczucie ciągłości z trudem. Na przykład przez wiele lat nie przyszłoby mi nawet do głowy, że można by w jakiejkolwiek kwestii być po stronie "komuny", że solidarnościowy podział "my - oni" mógł być iluzją lub co najmniej nadmiernym uproszczeniem. Ba, nie przychodziło mi do głowy, że w PRL mogła być jakaś prawdziwa polityka, jakieś realne spory i procesy polityczne innej natury, niż tylko walka społeczeństwa z uprzykrzonym i bankrutującym reżimem oraz walki frakcyjne w PZPR.
Dziś widzę te sprawy inaczej i chciałbym, żeby moi studenci również spojrzeli na życie swoich rodziców i dziadków jako życie prawdziwe, nie zaś serię anegdot i epizodów, śmiesznych bądź bohaterskich, lecz stanowiących zaledwie przygrywkę do prawdziwego życia. Tego, które jest teraz - z komórkami, internetem, w zjednoczonej Europie. Chciałbym powalczyć o godność Polski, jak to się mówi, "za poprzedniego ustroju", a nawet, przyznam, chciałbym, aby moi studenci odrobinę nam zazdrościli, że znamy inny świat. Może był on zacofany, lecz miał swoją prawdę, swoje nadzieje i namiętności.
Dzisiejsi uczniowie i studenci wciąż mają szansę poznać historię najnowszą swego kraju z pierwszej ręki, wolni od mitów, uprzedzeń i aroganckiego poczucia wyższości. My jednak, przez naszą niefrasobliwość, możemy im tę szansę odebrać.Wydaje mi się, że w mediach pamięć polski komunistycznej zawłaszczana jest przez dwie opowieści dalekie od obiektywizmu.
Pierwsza to opowieść Barei, Gruzy i innych autorów znakomitych komedii późnego PRL-u. Druga to opowieść pryncypialnych historyków i polityków, skupionych na przerysowanej nieraz dramaturgii bohaterskiej wojny społeczeństwa i Kościoła ze zbrodniczym reżimem pachołków sowieckiej Rosji. W jednej opowieści dominują głupkowaci i zacofani biurokraci tworzący groteskowy, acz niepozbawiony swoistego uroku aparat korupcji i nepotyzmu. PRL z tych filmów to kraj, w którym cynizm idzie o lepsze z nieudolnością, ale mimo to, dzięki mieszkającym tu ludziom oraz różnym zabawnym rewizytom, kraj dość sympatyczny. Taki wizerunek Polski pozwalano upowszechniać w ostatnich kilkunastu latach PRL-u, ba - sama władza, kontrolująca wszak kulturę, patronowała jego tworzeniu.
Druga opowieść jest całkiem inna. Są w niej bojownicy wolności niestrudzenie walczący od samego roku 1944 do ostatecznego zwycięstwa w roku 1989, prześladowani przez ubecję, więzieni i bici, ale zawsze wierni Bogu i ojczyźnie. Jak się tych historyków przyciśnie, to może i przyznają, że był też KOR, jacyś dysydenci, nie zawsze dość wierzący i nie zawsze dość polscy, ale nie zmienia to faktu, że to sam naród polski, któremu przemocą narzucono komunizm, czerpiąc siłę z wiary katolickiej i z przykładu przodków, konsekwentnie i do końca walczył o zrzucenie tego jarzma.
Jeśli młody Polak chciałby dowiedzieć się, w jakim właściwie kraju żyli jego rodzice, najpewniej natrafi na którąś z tych opowieści, a być może na jedną i drugą. Tym sposobem uzyska obraz PRL-u albo satyryczny, albo martyrologiczny, albo dwoisty i zupełnie niespójny. Raz Polska sprzed paru dekad będzie mu się wydawać miejscem niepoważnym, innym razem - smutnym i ponurym, lecz heroicznym. Tak czy owak, wniosek nasuwa się jeden: nie ma do czego wracać. Nieprawda.
Dla swojej córki kupiłem wydane w 2006 r. przez "Gazetę Wyborczą" i oficynę Imbir "Dekady" - piękną serię książek o PRL-u. Potrzebujemy dyskusji o sposobie prezentacji PRL w szkolnej nauce historii, o muzeach i wystawach, o aranżacji miejsc i obiektów wiążących się z dziejami komunistycznej Polski.
Dziś miejsca społecznego oporu upamiętniają głównie krzyże, a budowle charakterystyczne dla tej epoki są przedmiotem kpinek, jeśli nie wręcz zagrożone rozbiórką. Sam mieszkam w Nowej Hucie, nowocześnie i elegancko zaprojektowanym mieście PRL, w którym komunistyczny był tylko pomnik Lenina.
Ta stylowa dzielnica Krakowa uchodzi za skansen "komuny", po którym turystów spragnionych "klimatu PRL" obwozi trabant. Czy po nas zostanie taki "skansen", po którym ktoś obwozić będzie fiatem punto?
Kiedy zdobędziemy się na to, by mówić o PRL na serio i uczciwie? Czy też może zadowolimy się propagandą? Wszak za komuny propaganda lasowała nasze mózgi. Może przyjąć jakąś dobrą wersję, która nikogo nie urazi? Taką np., że był sobie komunizm, nieludzki i nędzny, ale
Jan Paweł II i Wałęsa go zwyciężyli. A gdyby Wałęsa miał być niepewny ideologicznie, to może sam Jan Paweł II, z błogosławionym ks. Popiełuszką. A Gierek chciał dobrze, tylko mu nie wyszło, za to Jaruzelski może musiał wprowadzić stan wojenny, ale do końca nie wiadomo, bo może sam chciał.
Byli jeszcze Kuroń, Michnik, Geremek, ale to już polityka, a w polityce są, wiadomo, różne zdania, więc tych osób akcentować zbytnio nie trzeba. Wyjdzie więc na to, że był naród, był
Kościół i była komuna. Skoro część narodu popierała komunę, to znaczy, że niektórzy komuniści byli dobrymi Polakami, chociaż w zasadzie to byli pachołkami Moskwy, ale na szczęście naród jako całość pozostał wierny a Kościół wskazał mu drogę do wolności. Fajnie, tylko kto to kupi?
Pytam dziś: co mówiono w szkołach moim studentom, skoro nic nie zapamiętali? Może nie zapamiętali dlatego, że słyszeli propagandę, a nie szczerą i uczciwą opowieść? Kto jest winien temu, że nic nie wiedzą? Chyba nie media, jakkolwiek ich dwoisty, satyryczno-patetyczny przekaz bardziej mąci, niż rozjaśnia w głowach. Ale media przynajmniej nie przemilczają epoki PRL.
A więc szkoła. Szkoła, która w ogóle unika trudnych i drażliwych tematów, chowając się za oportunistyczną sztampą albo wręcz oddając pole innym instytucjom. Winne są też kolejne rządy, które nie dbały o pamięć po PRL.
Tak to sobie dziś poczynamy z naszymi rodzicami i z naszą własną młodością. Trwonimy i zakłamujemy pamięć, która jest jeszcze w nas. Podejrzana, dziwnie jakoś przechylona na stronę prawicowo-konserwatywną, "polityka historyczna" skupia się na powstaniach i zrywach niepodległościowych. Oczywiście są ważne i trzeba o nich pamiętać. Ale równie ważne jest rozumienie zwykłego życia, całkiem niekoniecznie prawicowego, które toczyło się w naszej ojczyźnie, za zasłoną mitów i symboli. Zwłaszcza jeśli to było nasze własne życie.
Jan Hartman - filozof, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego