http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Co tam Panie w polityce? Mizogini trzymają się mocno

Prof. dr hab. Małgorzata Fuszara
2010-07-21, ostatnia aktualizacja 2010-07-22 14:00

O posłach, którzy potulnie podnoszą rękę za liderem, mówi się "semafor". Nie prowadzi to jednak prof. Majcherka do wniosku o bezsensowności zasiadania mężczyzn w Sejmie

W dyskusji o parytecie najbardziej zaskakuje mnie to, że z ogromną pewnością siebie zabierają w niej głos osoby, z których słów wynika, że nie przeczytały żadnej publikacji z bogatej literatury poświęconej temu tematowi. Mimo to przekonane są o swoich ogromnych kompetencjach.

Prof. Janusz Majcherek w tekście "Kobiety, parytety niestety" ("Gazeta" 14 lipca) jednym prostym stwierdzeniem o niedemokratyczności rozwiązań kwotowych wyrzucił z grona państw demokratycznych Francję, Belgię, Hiszpanię i wszystkie inne z ponad 45 krajów świata, w których od lat systemy takie obowiązują, a także te, w których obowiązywały, ale odstąpiono od nich po osiągnięciu zrównoważonej reprezentacji. Przypomnijmy - chodzi o to, by na listach osób kandydujących, spośród których dokonujemy demokratycznych wyborów do parlamentu, żadna z płci nie miała zdecydowanej przewagi. Kwoty określają proporcję kobiet i mężczyzn, której nie można naruszyć (np. minimum 40, maksimum 60 proc.), parytet to równy udział obu płci na liście.

Przeciwnicy parytetów nie zauważają oczywistego faktu, że jeśli na liście pierwsza kobieta znajduje się na 9. czy 14. miejscu (a to są przykłady z niektórych polskich list wyborczych) to szanse, aby właśnie kobieta została wybrana, są praktycznie równe zera. Zarzut o niedoskonałości demokracji można więc postawić obecnemu systemowi wyborczemu.

Zresztą sprzeciw dyskutantów budzą wyłącznie te kwoty, które odnoszą się do płci. A przecież kwoty stosowane są powszechnie w polityce, chociażby przez koalicjantów dzielących między siebie w ustalonych proporcjach najwyższe stanowiska (i nikt nie podnosi larum, że stanowiska obejmą osoby niekompetentne).

Wiele partii stosuje kwoty regionalne przy ustalaniu składu wewnątrzpartyjnych gremiów decyzyjnych. W wielu krajach (w tym w Polsce) szczególne zasady w ordynacji wyborczej dotyczą mniejszości narodowych.

Prof. Janusz Majcherek przypisuje zwolenniczkom i zwolennikom parytetu wiele przekonań, które mnie, jako zwolenniczkę takiego rozwiązania, niesłychanie zaskakują. Stwierdza np. z niezachwianą pewnością, że "im (zwolennikom/zwolenniczkom parytetu - MF) nie chodzi o zwiększenie obecności samych kobiet w instytucjach przedstawicielskich, lecz o zwiększenie udziału w nich kobiet pewnego rodzaju".

Nie wiem, skąd pan profesor czerpie pewność, o co chodzi wszystkim osobom popierającym parytet. Ja mogę powiedzieć, że na świecie wymieniane są trzy grupy argumentów na rzecz parytetów. Pierwszy z nich odwołuje się do sprawiedliwości. Z jakich powodów mamy akceptować sytuację, że statystyczna mniejszość (mężczyźni) zajmuje 80 proc. miejsc w Sejmie i ponad 90 proc. w Senacie?

Osoby uznające słuszność tego argumentu za swój cel uważają wyrównanie proporcji płci wśród osób sprawujących władzę w ramach każdego ugrupowania. Dla tych osób właśnie (a ja do nich należę) podstawową wartością jest równość szans obu płci.

Kolejny argument to niewykorzystany kapitał, zdolności i kompetencji kobiet. O ile bowiem w dziewiętnastowiecznych debatach można było używać argumentu o niedostatku wykształconych kobiet - kandydatek do sprawowania wysokich urzędów, o tyle dziś wykształcenie przemawia zdecydowanie na korzyść kobiet. Ostatni spis powszechny pokazał, że wśród osób z wyższym wykształceniem, zwłaszcza w młodszych rocznikach, większość stanowią kobiety.

Wśród absolwentek/absolwentów szkół wyższych w roku 2007/08 aż 65 proc. stanowiły kobiety. Wśród kończących prawo kobiety stanowią 55 proc., w grupie nauk ekonomicznych i administracyjnych 70 proc., w grupie dziennikarstwo i informacja - 79 proc. Profesor Majcherek musi dobrze o tym wiedzieć - nawet bez zaglądania do roczników statystycznych - przecież na jego uczelni zdecydowana większość studiujących to kobiety. Od wielu lat kobiety mają też przewagę wśród osób z wykształceniem średnim, tak więc jedyna mierzalna w przypadku polityków obu płci kompetencja, jaką jest wykształcenie, przemawia na korzyść kobiet.

Przyjmuje się, że interesy grupy nie są reprezentowane przy podejmowaniu decyzji, jeśli osoby z tej grupy są reprezentowane poniżej tzw. masy krytycznej określanej w literaturze na minimum 30 proc. Warto zaznaczyć, że - wbrew przekonaniu profesora Majcherka - badania opinii publicznej w Polsce wskazują na to, iż wiele kobiet przekonanych jest, że interesy kobiet nie są odpowiednio reprezentowane i traktowane poważnie, jeśli nie ma odpowiedniej liczby kobiet we władzach.

I wreszcie bardzo istotną rolę odgrywają współcześnie argumenty odwołujące się do różnicy doświadczeń, perspektywy, priorytetów życiowych kobiet i mężczyzn. Zwolennicy i zwolenniczki tych argumentów uważają, że bez licznej reprezentacji kobiet ich priorytety i doświadczenia nie będą obecne przy podejmowaniu decyzji, a pominięcie tej perspektywy oznacza, że uważa się ją za nieistotną.

Prof. Majcherek nie zna albo nie daje się przekonać tym argumentom i używając nazwisk kilku posłanek, stwierdza: "Chybione są też argumenty, że zwiększona obecność kobiet w organach przedstawicielskich () nada politycznej reprezentacji, a więc także samej demokracji, jakichś dodatkowych walorów, cech bardziej kobiecych". Wyniki badań przeczą temu stwierdzeniu. Zarówno badania Unii Międzyparlamentarnej przeprowadzone wśród 272 parlamentarzystek i parlamentarzystów z różnych krajów, jak i moje, którymi objęto ponad 120 członków i członkiń parlamentów w sześciu krajach, wskazują, że największa grupa badanych widzi różnice w priorytetach, spojrzeniu, wrażliwości posłanek i posłów.

Kolejna teza zaprezentowana przez prof. Majcherka, sprzeczna z wynikami polskich badań, dotyczy stereotypu, że kobiety nie głosują na kobiety. To stwierdzenie zupełnie nieuzasadnione, a powtarzane przez profesora jest szczególnie niebezpieczne. Prowadzone od wielu lat badania prof. Renaty Siemieńskiej wskazują, że kobiety głosują na kobiety, jeśli mają taką możliwość. Badania prof. Jacka Raciborskiego pokazują, że elektorat znacznie bardziej sprzyja kobietom niż układające listy wyborcze partie. W Polsce jednak partie działają jak selekcjoner preferujący mężczyzn. Można dodać, że w badaniach CBOS z 2009 r. 62 proc. kobiet stwierdziła, że chce głosować na kobietę.

Szczególnie zadziwia fragment tekstu prof. Majcherka, w którym w wyjątkowo obraźliwy sposób odnosi się do posłanki PO, która - jak sam zauważa - ma doktorat z ekonomii. Fakt ten jednak nie przeszkadza autorowi wymienić jej jako jednej z kobiet „uważanych za wzięte (sic!) do ozdoby i zgryźliwie nazywanych » paprotkami «”.

Nie wiem, kto poza autorem tekstu tak uważa. Prof. Majcherek za przedmiot swoich kpin wybrał posłankę, która z trybuny sejmowej wsparła projekt o parytecie. Trzeba wyjątkowego mizoginizmu i arogancji, aby napisać w ten sposób o posłance ze stopniem naukowym. Jest to obraźliwe wobec wszystkich kobiet w parlamencie. Sugeruje bowiem, że kobiety występują w niepoważnych i niepolitycznych rolach. A przecież o mężczyznach-politykach, którzy znaleźli się na listach tylko dlatego, że są potulni i będą podnosić rękę za liderem, mówi się "semafor". Nie prowadzi to jednak autora do wniosku o bezsensowności zasiadania mężczyzn w ławach poselskich.

Prof. Majcherkowi udało się w krótkim tekście obraźliwie wyrazić o całym społeczeństwie. Sprzeciwia się, aby Sejm dokładnie odzwierciedlał społeczeństwo (w nauce określa się to jako tzw. reprezentację autentyczną). "Skład parlamentu, sejmiku wojewódzkiego czy rady gminy oparty na takiej zasadzie tworzyłby pocieszne panopticum". Trudno zrozumieć to inaczej niż tak, że autor uważa całe polskie społeczeństwo za "pocieszne panopticum", skoro za takie uważa jego ewentualne dokładne odwzorowanie.

Płeć jest w zasadzie cechą niezmienną i nie zależy od naszego wyboru, a więc ograniczanie z jej powodu awansu, możliwości życiowych wyborów, wiązanie z nią mniejszych lub większych szans przy jednakowych kompetencjach jest szczególnie niesprawiedliwe. W studiach nad męskością (prowadzonych przez mężczyzn) istnieje pojęcie "patriarchalnej dywidendy" oznaczającej, że wszyscy mężczyźni, z racji swojej płci, mają w życiu społecznym, a zwłaszcza publicznym preferencje, z których korzystają na mocy tradycji i stereotypów, często bez żadnych dodatkowych kompetencji czy zasług.

Czasem odnoszę wrażenie, że za wszystkimi łatwymi do obalenia argumentami przeciw parytetowi tak naprawdę kryje się lęk przed społeczną zmianą, a także chęć zachowania tej "patriarchalnej dywidendy".

Nieprzypadkowo, jak niesie wieść, zwolenników kwot i parytetu jest więcej wśród partyjnych przywódców. Parytetom sprzeciwiają się politycy o słabszej pozycji, którzy obawiają się, że trzeba będzie dzielić się władzą z kobietami. Podczas serii spotkań, jaki przedstawicielki Kongresu Kobiet odbyły po pierwszej jego edycji, prezentując czołowym przedstawicielom życia publicznego swoje postulaty, jedynym, który wprost powiedział o niechęci polityków do dzielenia się władzą, był pewien arcybiskup. Jego Ekscelencja nie startuje w wyborach i mógł szczerze powiedzieć, o co tu chodzi.

*Prof. dr hab. Małgorzata Fuszara, wicedyrektor Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, kieruje (wraz z prof. B. Chołuj) Podyplomowymi Studiami Gender Studies na UW, przewodniczy Komisji Rektorskiej ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji na UW

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':