http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Krzyż Komorowskiego

Mirosław Czech
2010-07-19, ostatnia aktualizacja 2010-07-19 13:55

Od sposobu rozwiązania problemu krzyża upamiętniającego katastrofę smoleńską zależy start prezydentury Bronisława Komorowskiego. Jeśli nie zrobi tego w odpowiedni sposób, na długo straci możliwość odgrywania roli prezydenta wszystkich Polaków.

Krzyż ustawiony pod Pałacem Prezydenckim
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Krzyż ustawiony pod Pałacem Prezydenckim
ZOBACZ TAKŻE




Mleko się wylało i trudno wlewać je z powrotem do dzbanka. W sprawie krzyża upamiętniającego Lecha i Marię Kaczyńskich oraz pozostałe ofiary katastrofy smoleńskiej warto jednak podjąć dyskusję, gdyż sprawa nie zaszła jeszcze zbyt daleko. Wciąż istnieją szanse na jej sensowne rozwiązanie.

Zacząć należy od konstatacji, że problemem nie jest krzyż jako symbol religijny. Został ustawiony w dniach żałoby narodowej i nikomu wówczas nie przeszkadzał. Dla przytłaczającej większości Polaków był jednym z elementów najbardziej naturalnego sposobu reakcji na śmierć głowy państwa i towarzyszących jej osób. Podobnie jak tysiące ustawianych pod Pałacem Prezydenckim zniczy. Świat patrzył z podziwem na taką manifestację jedności obywateli z państwem, na którą stać jedynie narody, które aspirują, by nazywać je wielkimi.

Dni żałoby były testem dla władz. Premier Donald Tusk wraz z rządem i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski jako wykonujący obowiązki głowy państwa stanęli na wysokości zadania. Znaleźli odpowiedni ton do komunikowania się ze społeczeństwem oraz zorganizowali uroczystości żałobne w sposób podniosły i godny. Przeniesienie krzyża spod Pałacu Prezydenckiego będzie tej żałoby ostatnim akordem.

Podobnie jak postawienie w to miejsce znaku upamiętniającego ofiary katastrofy. To, że ów znak powinien stanąć na terenie należącym do głowy państwa, od samego początku było oczywistością. W sprawach o wiele mniejszego kalibru stawiamy pomniki. W tym przypadku mamy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu w nowożytnych dziejach Polski.

Oceny tej nie zmienią wyniki śledztwa i wyjście na jaw ewentualnych nacisków Lecha Kaczyńskiego na załogę, by za wszelką cenę wylądowała w Smoleńsku. Nie on był dowódcą samolotu, nie on wsiadł do kabiny pilotów i nie on trzymał stery. Jego odpowiedzialność będzie miała charakter moralny i polityczny, a nie karny.

Winne bowiem będzie państwo polskie. Szanujący się kraj powinien mieć procedury zagwarantowania bezpieczeństwa swoim najwyższym reprezentantom również w przypadku, gdy któryś z nich zachowuje się w sposób wysoce niestandardowy i sam prosi się o kłopoty.

Upamiętnienie prezydenta oraz innych ofiar nie jest sprawą żadnej z partii, lecz władz państwa. Przede wszystkim prezydenta Bronisława Komorowskiego jako gospodarza miejsca i następcy zmarłej głowy państwa. Od sposobu rozwiązania nabrzmiewającego problemu zależy start jego prezydentury.

Na razie wygląda to źle i jeśli tak dalej pójdzie, to na długo Komorowski straci możliwość odgrywania roli prezydenta wszystkich Polaków. Choćby w deklaracjach i gestach. Jego sympatykom najmniej powinno zależeć na tym, by urzędowanie rozpoczynał od spektakularnej porażki. Autorytet głowy państwa buduje się latami, traci w pięć minut.

Prezydent elekt i jego współpracownicy wydają się zapominać, że decyzję w sprawie krzyża i sposobu upamiętnienia ofiar prezydent Komorowski będzie mógł podjąć dopiero po zaprzysiężeniu 6 sierpnia. I wówczas dopiero można będzie przystąpić do jego przeniesienia, czemu będzie musiało towarzyszyć odsłonięcie trwałego już upamiętnienia.

Krzyż więc będzie stał na swoim miejscu jeszcze przez miesiąc albo dłużej. Do tego czasu Komorowski i jego współpracownicy nie powinni opowiadać o zamierzeniach, lecz przygotowywać najlepsze rozwiązanie. Każdy dzień rozniecania namiętności powoduje, że możliwości ich działania zawężają się, a nie rosną.

Prezydent może mieć Kościół za sojusznika lub przeciwnika swoich działań. Przeciwnikiem stanie się wówczas, gdy dojdzie - nie daj Boże - do profanacji krzyża. Wskutek działań PiS i "obrońców krzyża" lub akcji sił porządkowych. W każdej jednak sytuacji odpowiedzialność spadać będzie na władze państwowe.

W sprawie krzyża Kościół nie jest stroną sporu. To nie biskupi prosili o postawienie krzyża, nie są gospodarzami terenu, na którym stoi, i nie do nich należy decyzja o jego losie oraz sposobie upamiętnienia ofiar. Powinni być konsultowani, poproszeni o wskazanie najbardziej odpowiedniego miejsca, jeśli zapadnie decyzja, że krzyż powinien zostać przeniesiony na teren kościelny, a nie umieszczony w kaplicy w Pałacu Prezydenckim, jak proponuje Aleksander Kwaśniewski.

Władze państwowe nie stoją na straconych pozycjach, bo takie postępowanie znajdzie zrozumienie i wsparcie u Prymasa Polski arcybiskupa Józefa Kowalczyka i metropolity warszawskiego arcybiskupa Kazimierza Nycza. To powinno wystarczyć, by problem rozwiązać z poszanowaniem powagi państwa i Kościoła.

Najmniejszym problemem jest postawa Jarosława Kaczyńskiego, PiS i Tadeusza Rydzyka. Koń jaki jest, każdy widzi. Nie trzeba sprawy krzyża, by się dowiedzieć, że dla osiągnięcia celów politycznych nie cofną się przed niczym. A już najmniej przed wciąganiem do swojej gry Kościoła i symboli religijnych.

Przegrali kolejne wybory, znaleźli się w głębokiej defensywie, z której nie znajdują wyjścia. Nakręcają spiralę emocji w nadziei, że druga strona podąży ich śladem. Na cynizm odpowie jeszcze większym cynizmem.

Katastrofa smoleńska i krzyż ją upamiętniający najmniej nadają się do tego, by akceptować reguły gry, które próbują narzucić Kaczyński z Rydzykiem. Państwo polskie nie jest tak słabe, by ulegać ich histerii.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 78 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':