http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czy lewica skruszy demokrację. O nowej książce Tony'ego Judta

Piotr Buras GAZETA WYBORCZA
2010-07-16, ostatnia aktualizacja 2010-07-16 18:01

Manifestacja pierwszomajowa lewicy w Warszawie
Manifestacja pierwszomajowa lewicy w Warszawie
Fot. Michał Mutor/AG

W XXI wieku będziemy dokonywać wyboru między socjaldemokratycznym modelem państwa dobrobytu a jego autorytarno-populistyczną deformacją. I wynik wcale nie jest przesądzony

Manifestacja pierwszomajowa lewicy w Warszawie
Fot. Michał Mutor/AG
Manifestacja pierwszomajowa lewicy w Warszawie
Piotr Buras
Fot. Paweł Kozioł / AG
Piotr Buras
ZOBACZ TAKŻE
 0,01MB
0,01MB
Kiedy przed kilkoma tygodniami dwie lewicowe fundacje zaprosiły w Berlinie grono ekspertów, polityków i publicystów do dyskusji o tym, na czym polegać mogłaby dzisiaj idea postępu, tylko niewielu zdobyło się na tak odważne spojrzenie w przyszłość. Obrady zdominowało lizanie ran i zbieranie potłuczonych skorup po ostatnim projekcie "odnowy europejskiej socjaldemokracji".

Taki podtytuł nosiła opublikowana w 1998 r. książka "Trzecia droga" brytyjskiego socjologa Anthony'ego Giddensa, która jeszcze nie tak dawno służyła za ideologiczny drogowskaz dla nowoczesnej lewicy. Jej mottem było porzucenie przykurzonych socjaldemokratycznych prawideł. W odstawkę pójść miała wiara w zbawienną rolę własności państwowej, stymulowanie popytu szczodrymi wydatkami z budżetu i nadopiekuńcza rola państwa we wspieraniu słabszych i mniej zaradnych.

Nowoczesna lewica spod znaku "trzeciej drogi" (w Niemczech mówiono o "nowym środku") szukała odpowiedzi na wyzwania nowej ery: globalizację, indywidualizm i ekologiczne zagrożenia. To zadanie wymagało pogodzenia się na dobre z wolnym rynkiem i przemyślenia na nowo podstawowych wartości lewicy. Sprawiedliwość miała być odtąd mierzona nie skalą redystrybucji dochodów, lecz równością szans. Państwo mogło wspierać i dawać obywatelom wędkę do ręki, ale to, czy ją wzięli i jaką rybę złowili, zależeć miało już od nich samych.

Ten pomysł nie był tylko intelektualną rewolucją, lecz także pragmatyczną strategią pozyskiwania nowych wyborców. Ideolodzy "trzeciej drogi" dobrze odczytali znaki czasu: to szeroki środek społeczeństwa, przede wszystkim pęczniejący sektor usług, stał się w wyniku przemian gospodarczych tym środowiskiem, którego poparcie stało się warunkiem politycznej dominacji. Recepty adresowane głównie do robotników bezpowrotnie utraciły swój wyborczy powab.

Zapomniane społeczeństwo

Jeśli dziś przysłuchać się temu, co na rozmaitych forach mówią przedstawiciele najważniejszych socjaldemokratycznych think-tanków - Policy Network w Londynie, fundacji Friedricha Eberta w Berlinie czy Wiardi Beckman Stichting w Amsterdamie - to właśnie ten wielbiony niegdyś projekt modernizacji lewicy uchodzi za jedną z przyczyn jej dzisiejszej degrengolady.

Franz Walter, znany niemiecki politolog i autor wydanej niedawno książki o kryzysie lewicy "Vorwärts oder abwärts" ("Naprzód czy w dół?"), pisze, że "trzecia droga" okazała się "ślepą uliczką". Nie da się ukryć, że jej najważniejsi eksponenci są dzisiaj w głębokiej defensywie. Brytyjska Nowa Partia Pracy po 13 latach w fatalnym stylu oddała niedawno władzę konserwatystom. Niemiecka SPD podobną żabę przełknąć musiała jesienią zeszłego roku. Mimo bezprzykładnego kryzysu kapitalizmu i fiaska neoliberalnej ideologii lewicy w całej Europie idzie gorzej niż kiedykolwiek w ostatnich kilku dekadach. Zazwyczaj, jak na wspomnianym seminarium w Berlinie, analiza przyczyn tej zastanawiającej słabości gubi się w gmatwaninie wątków, interpretacji i zarzutów. A z niezliczonej liczby poświęconej jej ekspertyz, esejów i pamfletów trudno utkać spójną opowieść, która europejskiej lewicy wskazywałaby jasną drogę na przyszłość.

Tym stanem ducha tłumaczyć należy poruszenie, jakie w intelektualnych kręgach europejskiej lewicy wywołała najnowsza książka Tony'ego Judta będąca próbą wypełnienia tej luki. Eseje i artykuły znanego głównie z łamów "New York Review of Books", a w Polsce m.in. "Gazety", wybitnego nowojorskiego historyka nieraz siały już intelektualny ferment (np. jego krytyka Izraela oraz roli USA w świecie), a książki - przede wszystkim "Powojnie", historia Europy po 1945 r. - uchodzą za klasykę historiografii i nauk politycznych.

Wydany wiosną tego roku 200-stronicowy esej pod wiele mówiącym tytułem "Ill Fares the Land" ("Źle się dzieje w kraju") ma jednak wyjątkowy charakter. Cierpiący na nieuleczalną chorobę, sparaliżowany i przykuty do wózka inwalidzkiego Judt kreśli w nim swój polityczny testament. "Pisząc tę książkę, miałem nadzieję zaproponować wskazówki tym, głównie młodym, którzy próbują artykułować swój sprzeciw wobec naszego sposobu życia" - deklaruje w zakończeniu.

Te wskazówki to manifest na rzecz ratowania socjaldemokratycznego projektu, który "nie reprezentuje idealnej przyszłości ani nawet idealnej przeszłości. Ale wśród będących dziś do dyspozycji opcji pozostaje najlepszą, po jaką możemy sięgnąć". Choć to miód na serce zwolenników lewicy, to kierunek, w którym Judt każe szukać im natchnienia, nie wszystkim przypadł do gustu.

"Sposób, w jaki żyjemy, ma w sobie coś głęboko niewłaściwego" - stwierdza Judt na wstępie. Nie chodzi mu przy tym wyłącznie o Amerykę, w której ukazała się jego praca i której model społeczny budzi troskę nie tylko zagorzałych zwolenników lewicy. To problem wszystkich społeczeństw krajów wysoko uprzemysłowionych. Dotyczy on sposobu, w jakim myślimy i rozmawiamy o społeczeństwie. W ostatnich 30 latach nasz (bardziej oczywiście zachodnich niż wschodnich Europejczyków) język publicznych debat uległ całkowitej ekonomizacji. Kalkulacja kosztów i opłacalności stała się głównym, jeśli nie jedynym, kryterium oceny tego, co słuszne lub nie. To także główny grzech modernizatorów lewicy spod znaku "trzeciej drogi".

"Jej problem polegał na tym, że oznaczała w istocie podporządkowanie się [wolnorynkowemu] duchowi czasu, a nie stworzenie jakiejkolwiek alternatywy" - mówił jeden z uczestników berlińskiej narady. Według Judta deregulacja, minimalne państwo, niskie podatki i prywatyzacja, czyli aksjomaty ery neoliberalnej, do tego stopnia ukształtowały nasz sposób myślenia, że utraciliśmy zdolność nawet do wyobrażenia sobie innego społeczeństwa niż to, w którym żyjemy. Ten deficyt ma charakter dyskursywny: "po prostu nie wiemy już, jak w ogóle o tych sprawach rozmawiać".

Główny zarzut Judta streścić można by tak: stawiając w centrum jednostkę i indywidualizm, zapomnieliśmy w istocie o społeczeństwie, idei dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Ich ranga moralna została w publicznym dyskursie dramatycznie osłabiona. Przysłużyli się do tego nie tylko ideolodzy wolnorynkowego dogmatyzmu, lecz także zachodnioeuropejskie pokolenie '68, dla którego samorealizacja, prywatna wolność i indywidualizm były wartościami nadrzędnymi w stosunku do myślenia w kategoriach wspólnoty.

Tymczasem tym, "co w rzeczywistości wyróżnia życie w czasach nowoczesnych, nie jest niezależna jednostka. Tym wyróżnikiem jest społeczeństwo. Mówiąc ściślej, społeczeństwo obywatelskie lub - jak mówiło się w XIX w. - burżuazyjne". Jest ono najlepszą zaporą przed autorytaryzmem i wszelką opresją ze strony państwa. Dlatego redukcja społeczeństwa do "cienkiej membrany interakcji między prywatnymi jednostkami" jest niebezpieczna nie tylko dla słabych.

Judt przypomina, że ambicja rozłożenia społeczeństwa na części pierwsze w wersji skrajnej była projektem jakobinów, bolszewików i nazistów: "jeśli nie ma niczego, co wiąże nas ze sobą jako wspólnotę i społeczeństwo, stajemy się coraz bardziej zależni od państwa".

Wiek niepewności

Czy groźba, że nasze społeczeństwa będą się zamykać w sobie i poświęcać wolność na rzecz bezpieczeństwa, o której pisze Judt, jest dziś realna? Horyzont jego testamentu nie zamyka się w rozpoczętej właśnie dekadzie, lecz sięga głęboko w XXI stulecie.

Ta wizja nie nastraja optymistycznie: jego zdaniem będzie to "wiek niepewności" naznaczony problemami gospodarczymi, ekologicznymi, terroryzmem i polityczną niestabilnością. Dotychczasowy względny spokój nie powinien pozwolić spocząć nam na laurach - w 1914 r. także nikt nie przewidywał turbulencji następnych kilkunastu lat. Nieuniknione napięcia społeczne będą skutkiem narastających nierówności społecznych i postępu technologicznego, który stawia coraz wyższe wymagania pracownikom i słabo niewykształconych spycha trwale na margines. Te zmiany to nie tylko wyzwanie ekonomiczne, lecz przede wszystkim moralne. Dziś coraz częściej dominuje podejście polegające na tym, że ci, którzy nie są w stanie zapewnić sobie stałej pracy lub z innych powodów wypadają z głównego nurtu społeczeństwa, postrzegani są jako sami sobie winni.

"W samym środku społeczeństwa toruje sobie dziś drogę głęboko osadzony resentyment skierowany przeciwko etnicznym mniejszościom i słabszym. Poglądy te zmierzają ostatecznie do jednego: relatywizacji nakazu równości i sprawiedliwości, który znalazł swój najważniejszy wyraz w finansowanym z podatków państwie socjalnym" - pisał niedawno Albrecht von Lucke, redaktor lewicowego pisma "Blätter für deutsche und internationale Politik", w tekście "Propaganda nierówności". To nie przypadek, że właśnie problemowi "szacunku w czasach nierówności" poświęcił swoją wydaną w 2002 r. książkę ("Respect in a World of Unequality") wybitny amerykański socjolog Richard Sennett.

Pytanie o to, jakie wartości i cele trzymają społeczeństwo jako całość i integrują rozchodzące się pod względem poziomu dochodów i stylu życia jego warstwy, urasta do kluczowego wyzwania następnych dekad. Nie sprostamy mu, jeśli nie zaczniemy poważnej dyskusji nad rolą państwa i modelem społeczeństwa XXI w. - twierdzi Tony Judt.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 42 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':