Jest taki kraj, w którym bardzo duża - większa niż w wielu innych krajach - część obywateli nie ufa instytucjom, elicie politycznej i władzy. W tym kraju obywatele wierzą, że politycy są nieuczciwi, dbają tylko o własny interes, lekceważą potrzeby biednych, gardzą szarym obywatelem i są skorumpowani. W tym kraju wszyscy wierzą, że nikomu nie można ufać poza najbliższą rodziną i wąskim kręgiem przyjaciół. Co ciekawe, dla nich każdy jest gotów uczynić prawie wszystko. Ale kiedy politycy się tak zachowują, dając posady swoim zaufanym i krewnym, staje się to dowodem na ich moralne zepsucie.
Bo w tym kraju człowiek, który odnosi sukces w polityce, natychmiast przestaje być uczciwym człowiekiem. W tym kraju wyborcy są nawet gotowi uwierzyć i oddać głos na polityka, jeśli obiecuje, że nie stanie się politykiem, lecz będzie zwalczać politykę z całą mocą i nie będzie zakładał żadnej partii.
Temu chwytowi Andrzej Olechowski w 2000 r. zawdzięczał swój sukces w wyborach prezydenckich (ponad 17 proc. głosów) i
Platforma Obywatelska swoje powstanie. Olechowski startował jako antypolityk, a potem pomagał tworzyć PO jako antypartię. W Polsce nieufność wobec polityki jest tak silna, że wymusza tworzenie partii, które negują sens bycia partią.
W 2001 r.
Lech Kaczyński nauczył się tego samego. Będąc ministrem sprawiedliwości, kreował się na samotnego szeryfa i czołowego opozycjonistę wobec rządu, którego był członkiem, po czym stworzył kolejną antypartię. Potem mieliśmy w Sejmie głównie ligi, sojusze, stronnictwa, demokratów.
Wyobraźmy sobie, że w tym kraju, którego obywatele tak gardzą politykami, pewnego dnia spadnie samolot ze znaczną częścią elity politycznej, z prezydentem na czele. Nikt nie przeżyje. Jak na to reagują opinia publiczna, ulica, media? Odczuwają ulgę, radość, satysfakcję? Opowiadają dowcipy, żarty? Wręcz przeciwnie. Przez ponad tydzień cały kraj jest pogrążony w głębokiej żałobie.
Ludzie wywieszają flagi, gromadzą się na placach, składają wieńce, kwiaty i zapalają znicze, oddają hołd ludziom, z którymi w większości nigdy nie mieli żadnego bezpośredniego kontaktu. Nikt nie mówi o nich złego słowa, nawet jeśli ich nienawidził za życia. Więcej nawet - najzagorzalsi przeciwnicy zmarłych zaczynają wygłaszać peany na ich cześć.
Ci sami, którzy do niedawna byli reprezentantami największego ciemnogrodu, betonem komunistycznym albo wrogami Kościoła, tradycji i narodu, nagle przestają być politykami i przeistaczają się ponownie w ludzi, których wszyscy bez wyjątku i od zawsze kochali, wielbili i respektowali. Zbiorowa hipokryzja?
Spacyfikowani żałobą Wszędzie ludzie potrafią się gwałtownie utożsamiać z dramatycznym losem osób prominentnych i przeżywać ich śmierć tak, jakby były im rzeczywiście bliskie. Można było to obserwować w przypadku śmierci księżnej Diany, Michaela Jacksona, Jana Pawła II. W taki sam sposób zwolennicy PiS-u i Lecha Kaczyńskiego mogli przeżywać żałobę po śmierci prezydenta. To nie tłumaczy jednak zachowania pozostałych, zwłaszcza tych, którzy byli jego przeciwnikami.
Wyrzuty sumienia, jak twierdzili niektórzy prawicowi publicyści? Jeśli tak, to trudno to zweryfikować. Ale nawet wtedy wyjaśniłoby to jedynie indywidualne zachowanie, a nie zjawisko społeczne, jakim był totalny zanik pluralizmu po katastrofie.
O ile ostentacyjne przeżywanie żałoby przez zwolenników zmarłych może wynikać z ich odczuć i potrzeb psychicznych, o tyle mało prawdopodobne jest, aby podobny mechanizm zadziałał u pozostałych - krytyków ofiar katastrofy, ale przede wszystkim tej olbrzymiej rzeszy Polaków, którym polityka i politycy są obojętni. Ani Lech Kaczyński, ani inni politycy i członkowie elity politycznej Polski nie byli postaciami podobnymi do księżnej Diany, Michaela Jacksona albo Jana Pawła II.
Smutek, jaki demonstrowała większość Polaków po katastrofie tupolewa, często nie wynikał z wewnętrznych odczuć, lecz był zjawiskiem społecznym - demonstrowali smutek, bo mieli wrażenie, że inni oczekują od nich, aby go odczuli i pokazali.
To jednak nie wyjaśnia ani eksplozji empatii dla zmarłego prezydenta, ani zaniku pluralizmu potem.
Śmiem twierdzić, że wielu z nich wcale nie było smutno. Traktowali katastrofę pod Smoleńskim jako ciekawe zjawisko. Byli niczym gapie hamujący na autostradzie na widok wypadku. Traktowali katastrofę jako ciekawe wydarzenie medialne i polityczne. Niektórym było to zwyczajnie obojętne.
W polskich i zagranicznych blogach, w postach pod artykułami w internecie nie było żałoby. Tam od początku spekulowano (o przyczynach, spiskach, winie i o tym, komu ta katastrofa służy), kłócono się o to, jakim prezydentem był Lech Kaczyński, kto jest winien jego śmierci i co teraz zrobi
Jarosław Kaczyński. Ale znaczna część tych internautów wstawała od klawiatury i wywieszała flagi, zapalała znicze, przebierała się na czarno.
Co spowodowało, że tak wielu krytyków prezydenta uważało za konieczne, aby uczestniczyć w idealizowaniu zmarłego? Dlaczego tylu obojętnych postanowiło udawać wzruszenie i żal?
Paternalizm i tęsknota za jednością Reakcje mediów i opinii publicznej w Polsce na śmierć Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego mają dwie wspólne cechy: w obu przypadkach u zwolenników zmarłych uwidoczniła się silna tęsknota za jednością i tendencja do idealizowania zmarłego jako "ojca narodu". W przypadku papieża ta tęsknota objęła niemal cały kraj. W przypadku prezydenta kreowanie go na "ojca narodu" było udziałem tylko jego zwolenników.
"Tęsknotę za jednością", marzenie o zaniku podziałów między Polakami można było obserwować wszędzie. Nie ma w Polsce akceptacji dla istnienia podziałów, które są istotą polityki, bo i polityka jest uważana za zajęcie brzydkie, złe i niegodne. W Polsce nie są one dowodem na istnienie pluralizmu, nie są akceptowane jako coś, co jest nieuniknione i stanowi wyzwanie do zawarcia rozsądnych kompromisów.
W Polsce podziały powinny zostać przezwyciężone, tak aby naród znów mógł być zwarty i niepodzielny. W imię tej jedności należy karać tych, którzy jedność naruszają. Dlatego nikt nie wychyla się poza pewien trzon wspólnych symboli i wartości. Nawet kiedy ich naruszenie nie jest obarczone konsekwencjami prawnymi, to i tak grożą za to sankcje społeczne.