Prałat z gdańskiego kościoła św. Brygidy był bez wątpienia człowiekiem, obok którego nie sposób było przejść obojętnie. Miał wielu przyjaciół w roku 1980 i latach następnych, miał ich wielu także w latach 90., jakkolwiek często byli to już zupełnie inni przyjaciele. Zawsze miał też wrogów. Nie mogło być inaczej, gdyż był człowiekiem niepokornym, o silnej osobowości, pewności siebie, zacięciu i zdecydowaniu.
Gdy wspominam dziś księdza Jankowskiego, mam przed oczyma trzy obrazy. Pierwszy to oczywiście symbol jego wielkiego bohaterstwa i imponującego ludziom podobnie myślącym, a w tym także moim rodzicom, odważnego sprzeciwu wobec totalitarnego komunizmu i zniewolenia Polski, Polek i Polaków. Henryk Jankowski z Lechem Wałęsą i Tadeuszem Mazowieckim na czele protestujących w gdańskiej stoczni. Prałat odprawiający nabożeństwo dla ówczesnych bohaterów, którym otucha i wiara były w tamtych dniach tak bardzo potrzebne. Prałat wysłuchujący spowiedzi, dający siły do walki i oporu. Takim objawiał się niekiedy także w ostatnich latach, gdy pojawiał się bezinteresownie pośród prostych ludzi czujących się zagubionymi w polskiej rzeczywistości.
Obraz drugi to jego Grób Pański na święta wielkanocne. Szczególnie ten jeden, najbardziej przerażający, ale było ich kilka. Parokrotnie wywoływały wielkie i bolesne kontrowersje. Unia Wolności, a w efekcie także i ja, zestawiona ze zbrodniczymi instytucjami obu XX-wiecznych totalitaryzmów. Zabolało mnie to jako człowieka wtedy u progu dorosłości. Poczułem niechęć i złość, która tak często jawi się jako konieczna reakcja na widoczną nienawiść z drugiej strony. Z tym korelowały także homilie prałata, w których pojawiały się wątki antysemickie. Prałat politycznie zaangażował się po stronie o przeciwnych poglądach względem moich, ale to akurat czyniło i nadal czyni mnóstwo kapłanów. Jednak jako osoba wpływowa mógł zaszkodzić Polsce, promując jaskrawą antyeuropejskość, a szczególnie pozwalając ludziom pokoju Andrzeja Leppera pławić się w osłabłym, lecz nadal mocnym blasku kapelana "Solidarności". Polityczne kontrowersje spowodowały choćby to, że na początku lat 90. pomysł nadania prałatowi państwowego odznaczenia przez
Niemcy został zawetowany przez kancelarię prezydenta Lecha Wałęsy.
Obraz trzeci to obraz najświeższy. Prałat promujący sprzedaż wina ze swoim wizerunkiem, angażujący się w szereg innych, jak się okazało - dość nieudanych przedsięwzięć biznesowych. Budziło to sprzeciw hierarchii kościelnej dużo silniejszy aniżeli w przypadku politycznych wystąpień prałata. Nie brakowało cierpkich komentarzy pod jego adresem.
Henryk Janowski uosabiał właściwie wszystkie sprzeczności polskiego Kościoła w ostatnich 30 latach. Bohaterstwo i inspirująca rola dla zwycięskiej walki Polaków z komuną. Niepotrzebne i budzące wręcz zgorszenie zaangażowanie w politykę, i to po stronie sił skrajnie prawicowych, nietolerancyjnych, dalekich od chrześcijańskiego języka miłości bliźniego. Oraz materialna interesowność, skrywana dość słabo lub nieudolnie.
Co jednak grało w duszy prałata Jankowskiego na tych kolejnych etapach życia? Co było autentycznym Jankowskim, a co pozą lub wynikiem emocji, które także i dla kapłanów pełnią rolę złych doradców? Co było wynikiem wpadnięcia w pułapkę oczekiwań ukochanego przezeń "zwykłego ludu", który wszak oczekiwał radykalnych poglądów i mocnych słów w trakcie mszy świętej? Dlaczego bywał zawsze tak serdeczny i przyjacielski w osobistych spotkaniach z ludźmi o politycznych poglądach, które publicznie traktował z całym arsenałem negatywnych epitetów? Jak zmieniła prałata choroba ostatnich lat życia, gdy jednak mocno złagodniał? I w końcu pytanie najtrudniejsze: Jaki jest jego bilans? Na plus czy na minus? W żaden sposób nie podejmuję się na te pytania odpowiedzieć.
*Piotr Beniuszys - politolog, socjolog, tłumacz, członek zespołu redakcyjnego kwartalnika "Liberte", mieszka w Gdańsku