11 lipca wieczorem, jeden dzień po rocznicy zbrodni jedwabieńskiej dokonanej przez Polaków na żydowskich sąsiadach, we wsi Zawada niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego spłonęła drewniana stodoła. Ogień podłożył artysta performer Rafał Betlejewski, autor licznych, często kontrowersyjnych działań z pogranicza sztuki i interwencji socjologicznej.
Internetowe fora, media zajmujące się dialogiem polsko-żydowskim, blogi dziennikarzy i działaczy społecznych, kuluary festiwali kultury żydowskiej w Krakowie i Białymstoku zawrzały. Kicz, robienie pretensjonalnego spektaklu z tragedii ludzkiej, jarmarczność, obrzydliwy, prowokacyjny gest w imię artystycznego lansu, zniewaga, to zaledwie kilka spośród wielu często znacznie ostrzejszych opinii na temat akcji "Płonie stodoła".
A zaczęło się tak pięknie. Kiedy w lutym 2010 r. Betlejewski uruchamiał społeczno-artystyczny projekt "Tęsknię za Tobą, Żydzie", nikt z tysięcy osób, które spontanicznie przyłączyły się do akcji, nie spodziewał się chyba, że przybierze ona taką formę. Najpierw pojawiły się graffiti na murach polskich miast i miasteczek. Na starych kamieniczkach, fragmentach ogrodzeń, w miejscach, gdzie przed wojną były żydowskie kramy i na terenach gett z okresu ostatniej wojny, namazano toporną kreską napisy "Tęsknię za Tobą, Żydzie".
Nierzadko już po kilku godzinach pojawiały się służby miejskie, ale bywało tak, że usuwały tylko jedno słowo "Żydzie", jakby było ono wulgaryzmem, obelgą, a nie nazwą narodowości. Jednym z celów akcji było odczarowanie tego skądinąd pięknego słowa, odzyskanie go dla polszczyzny i wydarcie z kontekstów, w jakich najczęściej dziś funkcjonuje - antysemickich paszkwili, czy mowie nienawiści słyszanej czasem na polskiej ulicy, czy widywanej na murach.
Jednocześnie z napisami ruszyła strona internetowa www.tesknie.com, na której autor umieszczał zaaranżowane w specjalny sposób zdjęcia. Przy tych samych murach, kamieniczkach, cmentarnych bramach czy kramach stał Betlejewski, obok puste krzesło, a na nim kipa - symbolizujące nieobecnych w krajobrazie polskich miejscowości Żydów. Artysta zachęcał rodaków, by przysyłali własne zdjęcia. Organizowane były też zdjęcia zbiorowe z pustym krzesłem. Na wielu z tych fotografii, jak choćby na tej upamiętniającej ofiary antysemickiej nagonki z 1968 r., wykonanej wiosną na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, wokół pustego krzesła zebrała się ponad setka ludzi. Brakiem wyczucia popisał się w przededniu marcowej sesji kanclerz uniwersytecki, któremu chyba również słowo "Żydzie" wydało się niestosowne, bo zaproponował zmianę hasła na po prostu "Tęsknimy za wami". W porę jednak władze uczelni wycofały się z tej niefortunnej propozycji.
Na stronie Betlejewskiego znaleźć można też nadsyłane przez internautów wspomnienia o żydowskich sąsiadach, przyjaciołach, czasem członkach rodziny. Co ciekawe, wiele z nich pisali ludzie młodzi, którzy Żydów znają pośrednio, z opowieści rodziców czy dziadków. Większość z zebranych tam historii to opowieści niezwykle wzruszające, tak jak wzruszające potrafią być "małe historie" uwikłane w koleje "historii wielkiej", pozwalające lepiej zrozumieć bieg dziejów poprzez biografie zwykłych, choć niekoniecznie szarych ludzi.
Działania Betlejewskiego spotkały się z ogromnym, przerastającym chyba znacznie oczekiwania samego ich inicjatora pozytywnym odzewem. Wydawało się, że artysta w sposób bardzo trafny nazwał szczególny rodzaj emocji, jaką odczuwa wielu współczesnych Polaków w sytuacji społecznej i kulturowej próżni, jaka pozostała po polskich Żydach. Odwołanie się do tych emocji obecne jest w credo akcji, które odczytać można na głównej stronie projektu: "Dla Polaków synonimem słowa Zagłada powinno być słowo Utrata".
Jak chyba wielu uczestników działania Betlejewskiego uległem czarowi, wynikającemu, jak sądziłem, z prostoty pomysłu, a także z wrażliwości, w której był osadzony. Byłem przekonany, że tak pomyślana kampania może przyczynić się do jakościowej zmiany w polskim życiu publicznym. Uwierzyłem, że staliśmy się na moment cząstką uniwersum pamięci, poprzez które manifestujemy publicznie przynależność do pewnej kulturowej wspólnoty, wspólnoty ukształtowanej przez wielowiekowe obcowanie społeczności i kultur polskiej i żydowskiej. Nazwanie braku, określenie go jako tęsknota i jej publiczna manifestacja są uczuciami oczyszczającymi i bardzo w dzisiejszej Polsce potrzebnymi. Polska jest niezrozumiała, niepełna, nie do końca Polską bez uznania Żydów, ich kultury za immanentną część tego kraju. Miło było dzięki Betlejewskiemu poczuć się częścią tej międzykulturowej, polsko-żydowskiej wspólnoty pamiętania.
I oto przed paroma miesiącami Betlejewski postanowił zatrząść tą nostalgiczną zbiorowością, ogłaszając publicznie projekt "Płonie stodoła". Moja reakcja na ten pomysł była podobna do opinii przytoczonych przeze mnie na początku. Byłem na Betleja wściekły. Jak można roztrwonić w tak bezsensowny sposób kapitał społeczny, zaufanie, którym się zostało obdarzonym, cząstkę intymności, jaką były ważne dla każdego z tysięcy internautów wspomnienia nadesłane na stronę projektu? Uważałem, że pomysł jest bezczelny, obrazoburczy. Kłócił się on z moim wyobrażeniem o tym, jak należy upamiętniać narodową przeszłość, z moją, jeśli mogę to tak nazwać, historyczną wrażliwością.
Na spotkaniu z artystą w Centrum Zamenhofa, które współorganizowaliśmy z Fundacją Uniwersytetu w Białymstoku w maju tego roku, chociaż występowałem w roli prowadzącego spotkanie, nie wytrzymałem i powiedziałem Betlejewskiemu, że "Płonie stodoła" to spektakularny strzał w stopę, w najlepszym razie nietakt i gest obraźliwy, zarówno szargający pamięć ofiar, jak też w dużej mierze zaprzepaszczający dobro wypracowane w wyniku wcześniejszych działań projektu "Tęsknię...".
Czy Betlejewski pomyślał o tym, co czuć będą żyjący w Polsce Żydzi, ale też Polacy, wiedząc, że artysta pragnie odtworzyć gest oprawców? Czy pomyślał o tym, co czuć będą ci z nas, którzy przesłali na stronę swoje wspomnienie, którzy stanęli do wspólnej fotografii? Jednak publiczność na spotkaniu w Centrum Zamenhofa była podzielona, przeważali przeciwnicy palenia stodoły, ale były też głosy za.
Wysłuchawszy ich, poczytawszy opinie byłych już sympatyków akcji na internetowych forach i na Facebooku, nielicznych gorących jej zwolenników nieco zmieniłem swój pogląd w tej sprawie. To znaczy nadal uważam, że akcja jest bezczelna i obrazoburcza. Nadal sądzę, że nie wziąłbym w niej udziału, bo jest wyzwaniem dla mojej kultury i wrażliwości, w której staram się żyć. Jednak sądzę też, i za chwilę postaram się dowieść, że nie ma tu sprzeczności, że akcja "Płonie stodoła" jest polskiemu społeczeństwu bardzo potrzebna.
Jest potrzebna, bo wzbudziła dyskusję na temat tego, jak powinno się upamiętniać Zagładę, jak przyglądać się postawom Polaków wobec Zagłady dziś i wtedy, gdy ją metodycznie realizowano. Stawia wreszcie pytania o to, jak funkcjonować ma Zagłada i tragedia Jedwabnego w pamięci Polaków. I to nie tylko dziś, ale za lat dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści.
Potrzebujemy dyskusji na temat tego, jakim językiem mówić o tej historii, by trafiała ona do ludzi, zwłaszcza do ludzi młodych. I wreszcie, czy aby
Jedwabne pozostało ostrzeżeniem, kubłem wody wylanym na narodowe zacietrzewienie, ostrzeżeniem przed nienawiścią do obcych i "moralną zapaścią", czy wystarczy o nim tylko uczyć i dyskutować? Czy mianowicie nie potrzeba czegoś więcej - rytuału, spektaklu, a może psychodramy? Już za kilka lat zabraknie wśród nas świadków II wojny światowej. Czy wystarczą nam wówczas źródła pisane, nagrania audio i wideo, muzea, przekształcone w miejsca pamięci niemieckie obozy zagłady?
Zresztą czym działanie Betlejewskiego różni się np. od flagowego okrętu polskiej polityki historycznej, oferty Muzeum Powstania Warszawskiego? W nowoczesnych, multimedialnych wnętrzach tej placówki chodzimy kanałami, słyszymy rozdzierający huk pocisków. Ktoś nam też, przez imitację rzeczywistości powstańczej Warszawy, oferuje jakiś spektakl.
Idźmy dalej - czy w sytuacji braku świadków wydarzeń wojennych możemy dotrzeć do odbiorców inaczej niż przez rodzaj show czy może nawet świeckiego rytuału? Co lepsze - oddziałujące na emocje spektakularne, a nawet, nie bójmy się tego słowa, medialne działania, czy nuda muzeów, apeli ku czci i wart honorowych?
Obawiam się, że przyszli odbiorcy przekazu historycznego, młodzi ludzie nieznający wojny nawet z opowieści dziadków na nasze próby przekazania prawdy o wojnie, Zagładzie i Jedwabnem w sposób, do którego przywykliśmy, mogą reagować jedynie ziewaniem albo wzruszeniem ramion. Nie znam odpowiedzi na pytanie, jak radzić sobie z pamięcią Jedwabnego dalej, po zakończeniu prac historyków, po gestach pojednania polityków i duchownych.
Epatować nudą czy działać na emocje? Debatować czy odprawiać rytuał? Mazać po murach czy palić? Nawet jeśli nie takie pytania próbował wywołać Betlejewski, nawet jeśli palenie stodoły jest zgrywą, artystyczną hucpą kosztem skołowanej publiczności, warto jednak przy okazji kolejnej rocznicy popytać o to, co dalej z Jedwabnem i ze stodołą.
*Radosław Poczykowski, Instytut Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku, Fundacja UwB