Wojciech Szacki: Większość sondaży przed I turą dawało Bronisławowi Komorowskiemu przewagę znacznie większą, niż miał naprawdę. Czy głównym przegranym wyborów były firmy badające opinię publiczną? Krzysztof Jasiewicz*: Wybory okazały się klęską sondażowni. Zaskoczyły mnie jej rozmiary, bo mam o nich dobre zdanie. Niestety, prezentowały wyniki sondaży, a nie prognozy wyborcze. Pamiętam, jak jeszcze w 2000 r. na zebraniu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego po wyborach prezydenckich gratulowałem Ryszardowi Pieńkowskiemu z PBS DGA świetnej prognozy. Odparł, że to nie była prognoza, tylko goły wynik sondażu. Zaskoczył mnie, bo tak się nie robi.
Czym się różni sondaż od prognozy? - W sondażu mechanicznie traktuje się wyborców, którzy mówią, że będą głosować, ale nie wiedzą, na kogo, i tych, którzy nie są pewni, czy będą głosować. Na przykład niezdecydowanych dzieli się proporcjonalnie między wszystkich kandydatów czy partie. Czasem się to sprawdza, czasem nie. W wyborach do Sejmu w 2007 r. PBS DGA w sondażu dla "Gazety" trafił idealnie wyniki PO i
PiS. Teraz w I turze przeszacował Komorowskiego o 10 pkt proc., dając mu zwycięstwo już w pierwszym głosowaniu.
Surowy wynik sondażu PBS DGA dla "Gazety" przed II turą brzmiał: Komorowski - 41 proc., Kaczyński - 34, niezdecydowani - 14, a 11 proc. nie chciało się przyznać, kogo poprze. Te dane wysłaliśmy m.in. prof. Radosławowi Markowskiemu, który prognozował 53 do 47 dla Komorowskiego. Idealnie. Jak to się robi? - Prognozy robi się na podstawie sondaży i pogłębionych badań zrobionych po wcześniejszych wyborach. Pyta się w nich wyborców, na kogo głosowali ostatnio, kogo popierali w poprzednich latach. Sprawdza się ich stosunek do demokracji, czy mają poczucie wpływu na sprawy kraju, czy są wyobcowani politycznie. Znamy też podstawowe dane: wiek, miejsce zamieszkania, wykształcenie, zawód. Tak powstaje portret wyborców.
Podobne pytania zadaje się przy sondażu przedwyborczym, a uzyskane informacje pomagają skorygować jego wyniki.
Można przewidzieć frekwencję. Jeśli ktoś zapewnia, że będzie głosował, ale jeszcze nie wie, na kogo, a przy tym nie wziął udziału w kilku poprzednich wyborach, to wolno założyć, że na wybory nie pójdzie.
Można też przewidywać, jak się zachowają niezdecydowani. Jeśli ktoś mówi, że nie wie, kogo wskaże, a w poprzednich wyborach prezydenckich głosował na Lecha Kaczyńskiego i w sejmowych - na PiS, to można sądzić, że odda głos na Jarosława Kaczyńskiego.
W prognozie dla każdego wyborcy z wylosowanej próby określa się prawdopodobieństwo: czy zagłosuje i na kogo.
I zawsze wychodzi? - To naprawdę można obliczyć. W 1995 r. toczyła się wyrównana walka Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim. Radosław Markowski był wtedy wicedyrektorem CBOS, ja z nim współpracowałem. Razem zrobiliśmy prognozę, że minimalnie wygra Kwaśniewski - i tak się stało. Choć jest margines błędu.
Ile jest w tym statystyki, a ile intuicji? Na przykład jeśli z obliczeń wynika, że Komorowski zgarnie 55 proc., a intuicja podpowiada, że mniej? - Gdybym miał moją prognozę upublicznić, to oparłbym się wyłącznie na obliczeniach.
Na co dzień pracuje pan w USA. Jak tam wygląda sprawa sondaży? - Tam publikowane są prognozy wyborcze - zwykle celne. Czasem zdarza się zamieszanie. Największe było w wyborach prezydenckich 2000 r., gdy o wszystkim decydowała Floryda. Kilka gazet i telewizji złożyło się wtedy na exit pool - czyli sondaż robiony w trakcie wyborów - i na jego podstawie robiło własne prognozy. Część mediów ogłosiła zwycięstwo Busha, część - Gore'a. Ale wówczas decydowały pojedyncze głosy, to nie był błąd ani sondażowni, ani robiących prognozy.
Sondaże w USA traktuje się bardzo poważnie. Gdy badanie publikuje "New York Times", to wraz ze wszystkimi informacjami - jak i kiedy był przeprowadzony, jaka była próba, jaki jest dopuszczalny błąd pomiaru.
Polska to inny kraj. Sondażownie skarżą się, że wiele osób odmawia rozmowy z ankieterem. - Takie wpadki jak ostatnio na pewno nie pomagają. Także część polityków podważa wyniki sondaży. Część wyborców Kaczyńskiego znalazła się poza próbą - sondaże telefoniczne nie są idealnie reprezentatywne. A część z nich się do swych sympatii nie przyznała - mimo wielkich propisowskich wysiłków
TVP. Byłem zdumiony tym, co widziałem w telewizji publicznej, i że mimo tego część zwolenników Kaczyńskiego wciąż uważa, że ich wybór jest niepoprawny politycznie.
Co zrobić, żeby za rok nie powtórzyły się wpadki sondażowni? - W USA system jest skomplikowany, ale finansowanie badań powyborczych jest zapewnione. W Polsce istnieje Polskie Generalne Studium Wyborcze, które przez lata prowadziło badania po wyborach. Kiedyś wspierał nas Komitet Badań Naukowych i prywatne fundacje, udało mi się też załatwić dwa granty z USA. Teraz też się starałem, ale pieniądze dostały Bałkany.
Badania powyborcze powinny mieć zapewnione finansowanie z budżetu. To nie są wielkie pieniądze, badanie na próbie 3 tys. osób nie powinno kosztować więcej niż 100-200 tys. zł.
A można by się z niego sporo dowiedzieć o zachowaniach wyborczych Polaków, np. jak na nie wpłynęła tragedia smoleńska. Za rok przy układaniu prognoz przed wyborami do Sejmu taka wiedza byłaby bezcenna. Ale teraz pieniędzy zabrakło.
*Krzysztof Jasiewicz, profesor socjologii na Washington and Lee University, na początku lat 90. założyciel i pierwszy kierownik Pracowni Badań Wyborczych Instytutu Studiów Politycznych PAN.