Platforma Obywatelska, nawet gdyby chciała modernizować polską wieś, to nie bardzo mogła. Tkwiła w podwójnych kleszczach niemożności.
Z jednej strony wszelkie przemiany hamował
PSL, który chce utrzymania obecnego stanu, sądząc, że to jest dla niego najlepsza gwarancja zatrzymania elektoratu. Z drugiej - gwarantem zachowania status quo był prezydent Lech Kaczyński, który zawetowałby wszelkie projekty reform. PiS od paru lat skutecznie walczy z ludowcami o wiejskie głosy. Walczy wyłącznie obietnicami zwiększenia wydatków na rolnictwo i utrzymania przywilejów.
Teraz groźba weta odpadła. Bronisław Komorowski i PO chcą 500 dni spokoju na przeprowadzenie ważnych reform w państwie. To proszę bardzo: oto, co ten rząd, przy tym prezydencie może w tym czasie zrobić dla wsi.
Przedstawić wizję Chodzi o wizję rozwoju rolnictwa na najbliższe lata. Do tej pory rząd PO-PSL był pasywny. Nie miał rozmachu. Niczego ani na krótki, ani długi dystans nie proponował. Wszystkie dyskusje o rolnictwie sprowadzały się wyłącznie do pytań o
KRUS - likwidować, reformować czy zostawić w spokoju? To nie jedyny problem polskiej wsi.
W długofalowym, rozłożonym nawet na kilka lat programie reform nie może oczywiście zabraknąć reformy KRUS-u. Chodzi nie tylko o uszczelnienie systemu, by wyeliminować z niego pseudorolników, czyli ludzi, którzy wcale z rolnictwa nie żyją, lecz kupili kawałek ziemi wyłącznie po to, by móc korzystać z systemu ubezpieczeń KRUS-owskich.
Prawdziwa, rzetelna reforma KRUS-u musi zostać oparta na systemie podatku dochodowego. Tylko znając osiągane dochody, można wyliczać rolnikom indywidualną i sprawiedliwą składkę, jaką mają płacić za ubezpieczenie społeczne. Nie będzie reformy KRUS-u bez reformy podatkowej na wsi.
Jest na wsi grupa zamożnych, a nawet bardzo zamożnych obywateli żyjących z rolnictwa. Nie ma powodu, by byli zwolnieni z podatku dochodowego, skoro osiągają znaczne dochody. PO nie powinna dłużej tolerować faktu, że w Polsce rolnicy są wyłączeni z powszechnego systemu podatkowego.
Przy okazji rząd powinien zmienić system podatku gruntowego, który na wsi pełni funkcję podatku dochodowego. Ale pełni w sposób mocno niedoskonały - ten podatek jest niski, nie zależy do dochodów, ale od liczby posiadanych hektarów, i płacą go wszyscy. Nie ma powodu utrzymywać dwóch podatków. Im prościej, tym lepiej. Krótko mówiąc, rząd powinien przedstawić kompleksową reformę finansów dla rolnictwa.
Czy będą z tego korzyści dla budżetu? Pewnie nie szybko. Jakieś dwie trzecie rolników wymaga dziś wsparcia socjalnego - jeśli zabierzemy im KRUS, muszą dostać wsparcie z innego źródła. Na nich budżet nie zaoszczędzi. Ale zyska na tych zamożniejszych, którzy mają dochody z rolnictwa. Korzyści dla budżetu będą tym większe, im szybciej polska wieś będzie się modernizowała, bogaciła.
Zmienić definicję rolnika Rząd może sprawić, by szybciej przybywało nam zamożnych rolników. Zamożny rolnik to na ogół rolnik posiadający dużo ziemi. Polska wieś się zmieniła od 2004 r., ale to zasługa Unii. Na wieś popłynęły fundusze na nowe maszyny i urządzenia, na przetwórstwo itd. Ale jednocześnie dopłaty do każdego posiadanego hektara niemal całkowicie od 2004 r. zahamowały proces konsolidacji ziemi na wsi.
Każdy trzyma te swoje 2-3 hektary, bo to oznacza raz w roku napływ żywej gotówki. Co z tego, że taki gospodarz jest rolnikiem tylko z nazwy. Niczego przecież nie sprzedaje na rynku. Często te ziemie są uprawiane tylko na pokaz (np. raz w roku orane). Skutek jest jednak bardzo wymierny. Wystarczy mieć 0,4 ha, by mieć prawo do dopłat rolnych. Z powodu tego systemu dopłat dobrzy rolnicy napotykają barierę w rozwoju - nie mają od kogo kupować ziemi, bo nikt nie chce jej sprzedać.
Rząd powinien więc skończyć z iluzją, że rolnikiem jest ktoś, kto nie żyje z uprawy ziemi. Według prof. Jerzego Wilkina można by ustalić granice, np. 5 ha, i dopiero od tej wielkości gospodarstwa wypłacać dopłaty. To od razu uruchomiłoby obrót ziemią, a zaoszczędzone pieniądze można by przeznaczyć bardziej sensownie na modernizację wsi.
Wariant B dla Brukseli Chodzi o pogląd rządu na temat reformy Wspólnej Polityki Rolnej, jaka ma obowiązywać po 2013 r. Teraz nasze stanowisko jest maksymalistyczne: chcemy utrzymać wszystkie przyznane nam przywileje i dostać jeszcze więcej. Czyli chcemy prawdziwego (a nie na papierze) zrównania dopłat z tymi, jakie mają rolnicy w starej Unii.
Tymczasem Bruksela prze do zmniejszenia budżetu na rolnictwo. I pewnie tak się stanie. W praktyce będzie to znaczyło zgodę na renacjonalizację WPR, czyli każdy kraj będzie ze swego narodowego budżetu dokładał rolnikom do dochodów. Będziemy wtedy na straconej pozycji. Nasz budżet na pewno nie da tyle, co budżet Francji czy Niemiec - tak bogaci nie jesteśmy. Dlatego musimy mieć wariant B, by go przedstawić w czasie dyskusji o reformie WPR. Wariant, w którym proponujemy Brukseli oszczędności, ale tam, gdzie dla nas one są najmniej bolesne.
Ochronić dzierżawców Rząd powinien jak najszybciej wycofać z Sejmu projekt ustawy zmieniającej w Polsce system dzierżaw ziemi rolnej. Cała zachodnia Europa jest oparta na systemie dzierżaw. Są kraje, gdzie większość ziemi uprawianej przez rolników jest przez nich wydzierżawiona. Bo świat uznał, że dzierżawca, którego chronią wieloletnie, nie do podważenia umowy, jest tak samo dobrym gospodarzem jak właściciel.
My też mieliśmy taki system; większość ziemi po byłych pegeerach została wydzierżawiona na 15, 20, 30 lat. Zrobiła to państwowa instytucja - Agencja Nieruchomości Rolnych. Rolnicy-dzierżawcy mający kilkaset, a czasem nawet tysiące hektarów ułożyli sobie pod ten obszar konkretną produkcję. I nagle minister rolnictwa, bez sprzeciwu PO, przygotował ustawę, która uderza w nasze najlepsze, największe gospodarstwa. Anuluje umowy wieloletnie i pozbawia dzierżawców prawa do gospodarowania na tak dużych obszarach. Zabrana im ziemia ma trafić do drobnych rolników, którzy sobie mogą (hipotetycznie) powiększyć dzięki niej gospodarstwa.