http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

La belle PRL?

Adam Leszczyński GAZETA WYBORCZA
2010-07-09, ostatnia aktualizacja 2010-07-08 16:31

PRL wcale nie był państwem socjalnym. Miliony Polaków wyzyskiwał w sposób godny najbardziej brutalnych kapitalistów z Trzeciego Świata. Jak szybko o tym zapomnieliśmy!

Adam Leszczyński
Fot. Piotr Bernaś / AG
Adam Leszczyński


W lutym 1971 r. w fabrykach włókienniczych Łodzi wybuchł wielki strajk. Dziś mało kto o nim pamięta; w społecznej pamięci przysłoniły go krwawo stłumione protesty na Wybrzeżu z grudnia 1970 r. Były politycznie ważniejsze, bo doprowadziły do zmiany rządzącej ekipy; stetryczałego autokratę Władysława Gomułkę zastąpił młodszy, bardziej liberalny i "światowy" Edward Gierek.

Z kobietami mniej się liczono. Do strajkujących włókniarek - w przemyśle włókienniczym w ogromnej większości pracowały kobiety - przyjechał premier Piotr Jaroszewicz. Obiecywał poprawę warunków pracy, które przypominały bardziej "Ziemię obiecaną" niż kraj robotników i chłopów.

W łódzkich zakładach istniał najwyższy w kraju poziom stosowania pracy na akord (kiedy wysokość wynagrodzenia zależała od ilości wykonanej produkcji) - 63,5 proc. - i pracy na trzy zmiany. Nie było przerw śniadaniowych i obiadowych, praca przy maszynach odbywała się przez osiem godzin non stop (wprowadzenie przerw śniadaniowych było jednym z najważniejszych postulatów włókniarek w 1971 r.). Wiek maszyn liczono w dziesięcioleciach, co nie przeszkadzało dyrekcjom wymuszać stałego wzrostu wydajności, przy czym przy jej wzroście o 1 proc. płace podnoszono tylko o 0,44 proc. W sumie zarobki w branży włókienniczej były o 20 proc. niższe od średniej w przemyśle, a niemal połowa włókniarek pobierała dodatki dla najniżej zarabiających.

"Baza socjalna" - jedno z rzekomych osiągnięć PRL-u - praktycznie w tej branży nie istniała. W latach 70. na 1000 osób zatrudnionych w przemyśle włókienniczym przypadały tylko 103 skierowania na wczasy rocznie (podczas gdy np. w budownictwie - 670). Włókniarka mogła pojechać na wczasy zakładowe raz na dziesięć lat. Po nocnej zmianie kobiety musiały jeszcze stać w kolejkach po zakupy i gotować rodzinie obiad - w stołówkach zakładowych żywiło się niecałe 7 proc. zatrudnionych (dla porównania - na Węgrzech ponad 30 proc.).

Ta sytuacja brała się w części z - używając dzisiejszego słowa - jawnego seksizmu. Pracę włókniarek uważano za "lekką", nawet jeśli mdlały z wycieńczenia przy maszynach. Zatrudniano kobiety niemal wyłącznie w produkcji, nawet jeśli miały kwalifikacje do pracy w nadzorze. Brygadzistami i majstrami - z widokami na awans na jeszcze wyższe stanowiska - zostawali mężczyźni, nierzadko gorzej wykształceni od robotnic. Dla wszystkich (włącznie z mężami i samymi kobietami) było też naturalne, że oprócz pełnego etatu w fabryce - np. na nocną zmianę - robotnice mają także pełny etat gotowania, sprzątania i zmywania w domu.

Ten wyzysk był też częściowo wpisany w założenia polityki gospodarczej PRL-u. W partyjno-administracyjnej grze o fundusze na inwestycje - prowadzonej na szczytach władzy - na pierwszych miejscach zawsze byli górnicy, hutnicy i przemysł maszynowy. Dla włókniarek już nie starczało. Jaroszewicz - nawiasem mówiąc - też nie spełnił obietnic. Łódzkie włókniarki skorzystały w niewielkim stopniu ze złudnej prosperity pierwszych lat gierkowskiej dekady.

Zapomniana bieda

Zadziwiające, jak bardzo wybiórcza jest ludzka pamięć i jak łatwo daje się formować. Dziś wielu Polakom PRL kojarzy się z bezpieczeństwem socjalnym. To prawda, bezrobocia nie było, ale życie wcale nie pozostawało łatwe. Dziś też wielu Polaków uważa, że korupcja stała się poważnym problemem dopiero po 1989 r. Z pewnością wynika to po części ze sporów o IPN i z samej natury produkcji naukowej tej instytucji. Badania historii PRL-u zdominowane zostały w publicznym odbiorze przez sprawy lustracji, agentury i represji, chociaż to wszystko było tylko ułamkiem życia. W opisach codzienności życia w PRL-u rozpiera się więc bezkarnie sentymentalne mitotwórstwo - że może w sklepach i nie wszystko było, ale żyło się w sumie wygodnie i spokojnie. Egzotyczna dziś estetyka samochodów Syrena i "opakowań zastępczych" - które teraz wyglądają prawie cool - zasłania bardzo realne problemy codziennego życia w socjalizmie.

Małgorzata Mazurek, historyczka pracująca w Polsce i w Niemczech, napisała książkę, która trochę tę przeszłość odkłamuje i z tego powodu jest ważniejsza od kolejnego opasłego studium o agenturze. Mazurek - autorka wcześniejszej świetnej książki porównującej życie codzienne robotników wielkiej fabryki w enerdowskim Berlinie i peerelowskiej Warszawie - umie korzystać ze źródeł prawie zupełnie leżących dziś odłogiem: prac socjologów z lat 60. i 70., skarg turystów z Polski jeżdżących "na handel" do NRD (gdzie ich często źle traktowano, co u wielu budziło żywe okupacyjne skojarzenia) czy biuletyny Federacji Konsumentów (tak, istniało coś takiego).

"Społeczeństwo kolejki" to nie jest historia społeczna PRL-u, to pięć studiów o życiu w czasach stałego niedoboru i o różnych społecznych instytucjach (od kolejek, po znajomości), które pozwalały w nim Polakom funkcjonować. O mały włos nie użyłem w tym miejscu słowa "normalnie". Nie, w tym funkcjonowaniu nie było nic z normalności.

Korupcja wpisana w system

Historia dramatycznych warunków życia łódzkich włókniarek to jedno z tych studiów. W innym Mazurek opisuje sprawę nieuczciwych i nieuprzejmych ekspedientek w sklepach - problemu, z którym nie potrafiono sobie poradzić przez 40 lat PRL-u i który zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po 1989 r.

W okresie stalinowskim złą obsługę i notoryczne kradzieże w sklepach władza uważała za polityczny sabotaż. W praktyce niewiele z tym robiła, ale to pozwoliło wygodnie zakwalifikować problem. Potem zajęto się mankami w sklepach inaczej. Mazurek pokazuje, w jaki sposób Polska Ludowa skonstruowała system handlu, który koszty wszystkich swoich wad i niedociągnięć gładko przerzucał na klientów. W 1959 r. wprowadzono np. prawo o współodpowiedzialności majątkowej pracowników handlu za niedobory, która zakładała de facto grupowe domniemanie winy wszystkich sprzedawców.

Szybko stało się jednak jasne, że nadużyć w ten sposób nie zlikwidowano, tylko ich koszty przerzucono z państwowego handlu na klientów, którym ekspedienci np. notorycznie nie doważali sprzedawanego towaru, żeby zapełnić dziury w kasie. Osobista odpowiedzialność personelu spowodowała również, że sprzedawczynie bardziej zajmowały się pilnowaniem towaru na stoiskach niż obsługą klientów i w efekcie w domach towarowych jedne stoiska były oblegane przez klientów, a na innych nudzili się bezczynni sprzedawcy, którzy tylko pilnowali towaru (według badań Instytutu Handlu Wewnętrznego z 1980 r. pochłaniało to im 60 proc. czasu pracy).

Horror? Jak łatwo dziś zapomniany! Nie mam tu miejsca, żeby napisać o korupcji, ale trzeba o niej chociaż wspomnieć. Mazurek przypomina, jak duża część gospodarki PRL-u grzęzła w szarej strefie, jak rozgałęzione były "spółdzielnie" kierowników, urzędników i robotników wyprowadzające na lewo towary z państwowych przedsiębiorstw; ile spraw w życiu przeciętnego obywatela załatwiało się dzięki znajomościom, a ile towarów - spod lady. Przecież według dzisiejszych norm wiele z tych sposobów to oczywista korupcja!

To prawda, że czasy się zmieniły i zmieniły się normy, ale warto przypominać, jak było. Doprawdy, jeżeli wziąć pod uwagę klimat, w którym Polacy się wychowywali, to w poziomie korupcji po 1989 r. zaskakujące jest nie to, że był tak wysoki, ale że był tak niski. Autor "historii korupcji w PRL-u" wykonałby bardzo potrzebną społecznie pracę. Zasłużyłby na medal i nagrodę państwową. Na większość historyków z IPN-u nie ma co liczyć, bo wolą zajmować się martyrologią. Może napisze ją Małgorzata Mazurek?

*** Małgorzata Mazurek, "Społeczeństwo kolejki. O doświadczeniach niedoboru 1945-1989", wyd. Trio, Warszawa 2010

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 77 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':