Katarzyna Wiśniewska: Czy katastrofa w Smoleńsku i przyspieszona kampania prezydencka zradykalizowały Kościół? Abp Michalik mówił podczas mszy o narodzie "wyszydzanym przez swoich synów". 3 maja bp Ryczan wspomniał o "polskojęzycznych mediach, które zatruwają duszę narodu". Cezary Gawryś*: Dzień po katastrofie byliśmy z żoną przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Znalazłem tam starannie wydrukowany plakat: „Co Bóg chciał nam przez to powiedzieć? Musimy dokonać wyboru między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem. Jeśli tym razem nie wybierzemy dobrze, wkrótce nastąpi katastrofa narodowa”. Wtedy dotarło do mnie, jak ogromne jest niebezpieczeństwo wejścia na fali emocji w tanią, upolitycznioną historiozofię. „Dobry wybór” oznaczał tu zagłosowanie na kandydata PiS w wyborach prezydenckich. Nie twierdzę, że plakat powstał z inspiracji kościelnych, ale niewątpliwie pochodził od środowisk narodowo-katolickich.
Tragedia smoleńska była wstrząsem dla wszystkich Polaków. Ludzie zadawali sobie pytania o sens tych wydarzeń. Dla Kościoła była to próba, by wskazując na głębszy wymiar historii, nie nadużyć religijnego autorytetu, zachować powściągliwość w interpretowaniu "woli bożej" manifestującej się poprzez tragiczną śmierć prezydenta i tylu osób. Jeśli Kościół głosi, że jego celem jest jednanie ludzi, to w takim newralgicznym momencie nie może w imię religii wskazywać na jedną z dwóch wielkich opcji politycznych. A jednak głosami i decyzjami niektórych hierarchów Kościół, niestety, dzielił, a nie łączył.
Jakie decyzje ma pan na myśli? - Przede wszystkim pochopną decyzję metropolity krakowskiego o pochowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, która - jak pamiętamy - wywołała natychmiast kontrowersje, a która miała i ma przecież doraźną wymowę polityczną.
Czy mogło wpłynąć to na głosy wyborcze? Także z niektórych ambon wprost agitowano za Jarosławem Kaczyńskim. W Sokołach (Podlaskie) proboszcz ostrzegał na mszy, że kto zagłosuje na Bronisława Komorowskiego, będzie miał grzech. W podobne tony uderzono też w kilku innych kościołach. - Pewne środowiska podsycały histerię po Smoleńsku, a niektórzy księża patriotyczno-podniosłą retoryką dolewali oliwy do ognia. Sądzę, że mogło to zmobilizować ludzi, którzy na ogół nie głosowali, żeby teraz poszli na wybory i oddali głos na Jarosława Kaczyńskiego. Ale jawne popieranie przez Kościół opcji "patriotycznej" działało odstręczająco na wielu ludzi wierzących, którzy opowiadali się za Komorowskim.
Ja sam w dniu wyborów zamiast homilii musiałem wysłuchać w moim kościele parafialnym namiętnej mowy oskarżycielskiej przeciwko złym mediom szydzącym sobie w imię postępu z polskiego patriotyzmu i z katolików. A w innym warszawskim kościele ksiądz modlił się o wybór prezydenta Polaka.
Skąd się bierze ten język Kościoła? - W wydarzeniach 89 r. nie było momentu symbolicznego przełomu, który wielu ludziom uświadomiłby wyraźnie, że żyjemy w nowej rzeczywistości. Także Kościół nie przeżył katharsis. Wszedł w ustrój demokratyczny z dawną mentalnością.
W czasach PRL, a także wcześniej, podczas zaborów i okupacji, Kościół w ramach swojej misji podtrzymywał tożsamość narodową, pełnił funkcje zastępcze z braku suwerennego państwa. W tej chwili nie musi i nawet nie powinien.
W Smoleńsku zginął prezydent. Odezwała się w biskupach właśnie ta funkcja zastępcza? - Tak to mogło wyglądać. W końcu kiedyś prymas był interreksem. Kościół hierarchiczny w Polsce ma poczucie swojego autorytetu w narodzie, wyniesione jeszcze z poprzedniego okresu, i dlatego przez te dwadzieścia lat nie odnalazł się w pełni w społeczeństwie demokratycznym, pluralistycznym, gdzie społeczna rola Kościoła wymaga od niego nie tyle odwoływania się do autorytetu, co raczej perswazji, świadectwa i pokory. Zaangażowania w problemy społeczne, lecz trzymania się z dala od polityki. Tymczasem biskupi wciąż zdają się mieć takie ambicje. Obserwowaliśmy wręcz rozmaite próby majstrowania przy polityce, z najbardziej spektakularną, kiedy Kościół w 1991 r. wsparł Wyborczą Akcję Katolicką.
Później przed wyborami zwykle pisali, żeby głosować na człowieka, któremu bliskie są wartości chrześcijańskie albo wręcz nauka Kościoła katolickiego. - Tymczasem obywatele powinni się kierować własnym sumieniem i wybierać kandydata, który ma walory mądrego polityka, a nie jest tylko pobożnym ministrantem. Katolika w polityce powinno się poznawać po jego rzetelności i kompetencjach, a nie po deklaracjach wiary i przywiązaniu do Kościoła. Tymczasem ostatnio przewodniczący Episkopatu zaangażował się w popieranie Marka Jurka, polityka, który budzi szacunek swoją konsekwencją, ale jest nieskuteczny. Niezależnie zresztą od tego, kogo poparł abp Michalik, dał on sygnał, że jest to rolą biskupów. To był także znak dla księży: skoro ja wskazuję na jednego z kandydatów, to i wy macie prawo, a może obowiązek, pokazać swoim wiernym, na kogo głosować. Ciągle pokutuje u nas kościelny paternalizm.
A politycy z tego korzystają. - Kto ich miał nauczyć, na czym polega w praktyce zapisana w konkordacie wzajemna autonomia państwa i Kościoła? Czy nie sam Kościół, wyposażony podobno w wielowiekową mądrość, nauczanie Soboru i 27 lat pontyfikatu Jana Pawła II? Nie tylko księża nie byli przygotowani do życia w demokracji, ale też politycy. Tych doświadczonych mieliśmy tylko w szeregach partii rządzącej, czyli w PZPR. Część z nich udało się pozyskać dla demokracji, ale przecież opozycja, która doszła do władzy, nieraz z łapanki szukała ludzi.
Do polityki zaczęli garnąć się ludzie, którzy nie znali zasad dojrzałej demokracji, nie jeździli za granicę, a u nas widzieli potęgę Kościoła. I szukali jego poparcia, żeby zdobyć i utrzymać władzę. I to trwa do dziś.
Politycy, którzy w czasie kampanii jeżdżą do sanktuariów, fotografują się przed obrazem Matki Boskiej, dokonują nadużycia. Czy nie było zadaniem Kościoła wychowywać tę rodzącą się klasę polityczną, dawać po łapach temu, kto by próbował podpierać się Kościołem? Zadanie zaprzepaszczone. Wydaje mi się, że biskupi i proboszczowie wręcz lubią udzielać wsparcia politykom. Czy przeor Jasnej Góry nie udostępniał szczytu jasnogórskiego premierowi Kaczyńskiemu do wygłaszania politycznych przemówień?