http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

O rany, trzeba go wybrać

Piotr Pacewicz
2010-07-02, ostatnia aktualizacja 2010-07-02 14:48

28 czerwca, Bronisław Komorowski w Łodzi
28 czerwca, Bronisław Komorowski w Łodzi
Fot. Radosław Jóźwiak / Agencja Gazeta

Głosować na Komorowskiego, żeby nie wygrał Kaczyński - takie jest moje nieoryginalne wyznanie wiary

26 czerwca, Jarosław Kaczyński w Łodzi
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
26 czerwca, Jarosław Kaczyński w Łodzi
Dlaczego nie Kaczyński? Bo jego wygrana to senny koszmar, déja vu IV RP, wstyd przed Europą - powtarzamy w "Gazecie".

To ugrzęźnięcie na parę lat w głupkowatych sporach o prestiż i awanturach podszytych nieufnością, które są znakiem rozpoznawczym PiS-u. Osobista tragedia z takich cech nie leczy, wręcz odwrotnie.

Wielu - zwłaszcza starszym - prezydent Kaczyński uderza w poczucie godności, podważa ich szacunek dla niepodległej Rzeczypospolitej, na którą czekali pół życia.

Jest też odruch niechęci do Kaczyńskiego za różne rzeczy. Za pogardę okazywaną protestującym pielęgniarkom. Za homofobię jego rządu, a zwłaszcza wicepremiera Romana Giertycha. Za ataki na lekarzy. Za walkę z wykształciuchami. Za nieufność do biznesu. Za zawłaszczanie mediów publicznych. Za sposób traktowania Wałęsy.

Czy Kaczyński może wygrać, tak jak jego brat w 2005 roku?

Dręczące pytanie.

W I turze głosowało wtedy 15 mln Polaków. Donald Tusk i Lech Kaczyński zebrali razem 10,4 mln głosów. Tusk miał pół miliona głosów przewagi. Ale II turę przegrał z kretesem o 1,23 mln głosów. To był nokaut!

Dwa tygodnie temu głosowało 16,8 mln Polaków. Komorowski i Kaczyński zgromadzili razem aż 13,7 mln głosów. Przewaga kandydata Platformy jest większa niż wtedy - 850 tys. głosów.

Pięć lat temu w II turze Tusk powiększył swe poparcie tylko o 1,6 mln głosów. Kaczyński aż o 3,3 mln. Głosowała na niego zdecydowana większość 2,26-milionowej rzeszy wyborców Andrzeja Leppera, którą uwiodły PiS-owskie umizgi. Tusk tylko minimalnie wygrał wśród 1,54 mln wyborców Marka Borowskiego (Kaczyńscy grali Gierkiem).

Aż 360 tys. wyborców Tuska przerzuciło głosy na Kaczyńskiego. "Zdrajców" po drugiej stronie było tylko 122 tys. Sam przepływ "zdrajców" zniwelował półmilionową przewagę Tuska!

Frekwencja między turami wzrosła o 1 pkt proc., ale sporo ludzi nie poszło ponownie do urn. Świeżych wyborców było za to aż 1,84 mln. I większość z nich - 55 proc. - głosowała na Kaczyńskiego.

Czy historia się powtórzy?

Różnice są jednak zasadnicze. Wtedy dwaj kandydaci grali o prawie 5 mln "innych głosów". Teraz zagarnęli od razu dużo więcej i biją się o niewiele ponad 3 mln, z czego większość (2,3 mln) zdobył Grzegorz Napieralski. Jeżeli przyjąć ostrożnie, że elektorat SLD nie zagłosuje w większości na Kaczyńskiego (a na tzw. logikę powinien wybierać raczej kandydata PO), to widać, że tym razem o wyniku zdecydują ruchy obu wielkich elektoratów. I ewentualne głosy nowych wyborców.

Podaję te żmudne wyliczenia, bo historia może się powtórzyć. Ale nie musi.

W 2005 r. kandydat PiS-u atakował w reklamówkach pustą lodówką i dziadkiem z Wehrmachtu. Teraz straszył prywatyzacją służby zdrowia, ale przegrał proces. Wizja Polski prawa, sprawiedliwości i powszechnego dostatku, którą zapewni nam PiS, nie ma tamtego ognia. Może dlatego, że wszyscy - nawet Kaczyński - mamy w pamięci realia IV RP.

Lider PiS-u był też niekonsekwentny. Długo udawał, że się zmienił w aniołka. PiS-owski wigor odzyskał dopiero na finiszu. Zakładam więc, że siła jego rażenia była mniejsza.

Ale i Komorowski nie przedstawił przekonującej wizji państwa. W debatach był czepialski, skupiony na Kaczyńskim, a nie na wyborcy, w szpagacie między prawdą a grą pod publiczkę. Choćby w sprawie "misji ekspedycyjnych" i polskiego "neokolonializmu" w Iraku i Afganistanie.

Nie rozumiem też, po co Komorowski powtórzył zagrywkę Tuska z 2005 roku.

Pisałem wtedy: "Ktoś Tuskowi pewnie doradził, by stawiał na narodową zgodę, jako kolejny prezydent wszystkich Polaków. W ostatnich teledebatach Tusk przebił się jednak na drugą stronę: bronił się niemrawo, co i raz znajdował wspólne poglądy z Kaczyńskim. Miało to rozbroić podziały, które tworzył Kaczyński, ale efekt był inny: nie wiadomo, o co temu Tuskowi chodzi i czy on w ogóle chce zostać prezydentem?".

Komorowski miał więcej energii, ale grał na tej samej nucie pojednania. Skrajnym przykładem było zmieszanie dwóch haseł wyborczych "Zgoda buduje" i "Polska jest najważniejsza" w dedykacji do konstytucji, która obaj podpisali w końcówce debaty. Aż się miało wrażenie, że chciałby z Kaczyńskiego zrobić swego wiceprezydenta.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':