I odpowiadają, obiecując załatwianie różnych spraw, których nie załatwią, bo konstytucja im na to nie pozwala. A odpowiedzieć muszą, bo inaczej przegrają.
W tym szumie gubi się to, o czym naprawdę - i aż na pięć lat - zdecydujemy w niedzielę. Nie będzie to kwestia kształtu służby zdrowia, parytetów czy finansowania zapłodnień in vitro. I nie to, co kandydaci na ten temat mówią, powinno być uwzględniane przy głosowaniu, lecz to, czy jako prezydenci, mówiąc obrazowo, oliwić będą tryby państwa, by lepiej działało, czy sypać w nie piasek, by gorzej działało. W tych konkretnych wyborach, zważywszy na parę polityków, która dotarła do finału, stoimy przed taką dziwną, ale brzemienną w poważne skutki alternatywą.
Mamy dwóch polityków dobrze znanych od wielu lat z tego, co mówili i robili. Znamy ich tak dobrze, że żaden wyborca nie może mieć wymówki, że nie wiedział, kogo wybierał. Widzą gały, co 4 lipca wezmą. Bronisław Komorowski i
Jarosław Kaczyński. Wybór każdego z nich skieruje Polskę w inną stronę. Zdecydujemy o tym, czy prezydentem zostanie polityk doświadczony, obliczalny, uznający z dobrej woli, a nie z przykrej dla siebie konieczności podstawy obecnego ustroju i wyrażającą go konstytucję, czy też polityk, który przez wiele lat wielokrotnie wyrażał się o obecnym ustroju Rzeczypospolitej pogardliwie i obelżywie. Tak samo odnosił się do konstytucji, na którą w razie wyboru będzie przysięgał. Jarosław Kaczyński z tych obelg nigdy się nie wycofał. Nie wycofał się też z zamiaru likwidacji tego kształtu państwa, w którym żyjemy, i tworzenia na jego miejsce IV RP. Jej duszną, podejrzliwą, represyjną naturę i atmosferę czuliśmy w latach 2005-07, a to był dopiero zalążek tej nowej Polski.
Decydujemy więc 4 lipca, czy wybierzemy polityka wcale niebezkrytycznego wobec obecnej, przecież niedoskonałej Rzeczypospolitej, ale uznającego ją za coś dobrego, co trzeba poprawiać, ale także szanować, chronić i przestrzegać rządzących nią reguł, szczególnie będąc prezydentem, czy też wybierzemy przeciwnika - choć właściwiej byłoby napisać: wroga - Trzeciej Rzeczypospolitej. Dziś zabiega on o jej najwyższy urząd w głębokim wyborczym zamaskowaniu, ale nie tak szczelnym, by ukryło jego prawdziwe, znane dobrze poglądy i plany. Wybór na stanowisko prezydenta polityka zwalczającego, i to zajadle, ustrój, którego prezydent jest częścią, to dziwactwo samo w sobie. Jarosław Kaczyński nie zrobi nic, by ten urząd przyczyniał się do lepszego działania państwa. Tego państwa. Bo to państwo, w tym kształcie nie jest jego państwem. To jest ta właśnie Polska, z której on wraz ze swymi wiernymi chce powrócić do tej właściwej, o czym napisał w słowie nad grobem ministra Szczygły. Zrobi więc wszystko, a jest w tym bardzo utalentowany, by III RP kulała, na co się tylko da. I by myśl obywateli kierowała się ku jedynemu wybawieniu od kłopotów - ku IV RP, może inaczej nazwanej, ale tak samo jak ta pierwsza pomyślanej. Jarosław Kaczyński jako prezydent to odtworzenie w Pałacu
PiS-owskiego bastionu, narzędzia wojny nie tylko z tym rządem, lecz i z tym państwem. Bastionu bardziej destrukcyjnego niż wariant z Lechem Kaczyńskim, bo pod przywództwem polityka obdarzonego o wiele większym niż jego brat talentem do burzenia i wywoływania zamętu.
Wybór więc, którego dokonamy, będzie miał poważne następstwa dla nas wszystkich bez względu na to, co sądzimy o organizacji służby zdrowia, o parytetach, zapłodnieniu in vitro czy związkach partnerskich itd. Znamy mówiące o złym wyborze powiedzenie: "Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Zdecydujmy więc 4 lipca tak, żebyśmy bardzo szybko nie musieli powiedzieć sobie samym: "Samiśmy tego chcieli, Grzegorze Dyndały!?". Bo wtedy TO będzie już na całe pięć lat.