Dominika Wielowieyska, Jarosław Kurski: Jak zmieniła się Polska po 10 kwietnia? - Nie wiem, czy się zmieniła. W obliczu wielkiej tragedii ludzie okazali serce wszystkim ofiarom katastrofy. Na pewno śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego spowodowała pewną rewizję ocen jego działalności. Pokazywano pozytywne strony tej prezydentury, biorąc w nawias jej złe strony, jej polityczną jednostronność. Ale po decyzji Jarosława Kaczyńskiego o kandydowaniu ta atmosfera zaczęła się zmieniać. Pojawiła się nuta wyborcza. Świadomie czy nieświadomie - katastrofę wygrywano na rzecz kandydata PiS. Tak jakby w wyborach miało decydować współczucie, a nie rozeznanie, jakiej prezydentury Polsce potrzeba.
Po tragedii smoleńskiej obecność Kościoła w życiu publicznym stała się szczególnie widoczna. Może zabrakło nam świeckiej liturgii pogrzebów? - Mam wielki szacunek dla ludzi niewierzących, ale uważam, że chrześcijańska liturgia pogrzebu jest niesłychanie głęboka i żadna świecka liturgia jej nie dorówna. Widzieliśmy, będąc razem (Tadeusz Mazoiwecki i Jarosław Kurski - red.) na pogrzebie Arama Rybickiego w Gdańsku, jak głęboko i współczująco wobec rodziny można poprowadzić taką liturgię. Tak uczynił abp Gocłowski.
Ale słyszeliśmy - także w czasie mszy żałobnych - opinie hierarchów krzywdzące tych, którzy mieli inne poglądy niż Lech Kaczyński. Jak zachowywał się Kościół po 10 kwietnia? - Niestety, wprowadzano w liturgię pogrzebową elementy polityczne. Niektórzy biskupi rewidowali historię ostatnich lat, uprawiali apoteozę prezydentury Lecha Kaczyńskiego. W ten sposób popierali konkretny obóz polityczny.
Ci hierarchowie chyba nie zdawali sobie sprawy, że wielu ludzi wierzących, słuchając tego w kościele, wychodziło głęboko wewnętrznie potrzaskanych. Byłem jednym z nich.
To, niestety, trwa. Przypomnę, że Benedykt XVI przestrzegał księży przed włączaniem się w politykę, w walkę o władzę. Mówił, że wtedy, gdy Kościół to robił, zawsze ponosił straty.
Wierzy pan w przemianę Jarosława Kaczyńskiego? - Cios, jaki na niego spadł, na pewno człowiekiem wstrząsa i mógł go zmienić. Ale zmiany takiej dowodzi się nie w akcji politycznej, ale w przewartościowaniu postawy życiowej i poprzez fakty. A tutaj tego nie widzę.
Nie poskromił jątrzących wypowiedzi swoich medialnych zwolenników. Nie potwierdził czynami żadnego politycznego zwrotu. Okazją ku temu był wybór Marka Belki na prezesa
NBP. Kandydata spoza koalicji, którego kompetencji nikt nie kwestionuje.
Taką okazją było stałe uczestnictwo w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. A zdarzało się, że Jarosław Kaczyński odmawiał udziału w jej obradach.
Wreszcie - po ludzku rzecz analizując - sądzę, że gdyby Jarosław Kaczyński tak bardzo się zmienił, toby się nie zdecydował na kandydowanie. Ta "zmiana", decyzja o starcie w wyborach, a do tego dbałość o szczegóły nowego wizerunku (okulary) - nie jest dla mnie wiarygodna.
"Państwo polskie musi być na poważnie, ono nam jest potrzebne. I to nie może być zabawa chłopców z zapałkami, ta już się w jednej sprawie bardzo źle skończyła". Co miał na myśli Jarosław Kaczyński, wypowiadając te słowa? Powódź czy katastrofę smoleńską? - To niebywała wypowiedź. Jej ton i przedziwna treść. Jacyż chłopcy się bawili zapałkami? Szczególnie po tej wypowiedzi utwierdzam się w przekonaniu, jak bardzo Polski nie stać na to, byśmy poprzez jego prezydenturę sprawdzali, czy Jarosław Kaczyński się zmienił, czy nie.
Jak by pan zareagował na to, gdyby ostatni akord kampanii rozegrał się na Wawelu, przy grobie Lecha Kaczyńskiego, z całą rodziną? Ostatniego dnia kampanii są urodziny braci Kaczyńskich. - Gdyby to była zamknięta, rodzinna uroczystość, byłoby to dla mnie zrozumiałe i na pewno wymagające pełnego uszanowania. Gdyby urządzono uroczystość z udziałem mediów, by uczynić z tego element kampanii wyborczej, byłoby to niesmaczne.
Czy ma pan odczucie, że Jarosław Kaczyński tę tragedię wykorzystuje w kampanii? - Jarosław Kaczyński to polityk destrukcji. Odbierał ludziom poczucie zadowolenia z tych ostatnich 20 lat. Uważał, że wszystko w Polsce źle się potoczyło, z wyjątkiem czasu, gdy premierem był
Jan Olszewski i on sam.
Niech to wystarczy za całą krytykę, a to, w jakiej mierze wykorzystuje tę tragiczną historię... O tym chciałbym mówić jak najmniej.