Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Kampania wyborcza przeniosła się do internetu? Michał Piotr Pręgowski: Tak, ale budzi duży zawód. Nikt nie zdążył się do niej przygotować.
Politycy chcą korzystać z najlepszych wzorców, ale u nas kampania w internecie nie ma w sobie nic z kampanii Baracka Obamy - rewolucyjnej przez partnerskie sięgnięcie do internautów. Obserwujemy dobrze znane umizgi polityków, a nie próby budowania partnerstwa. Politycy nawet nie udają, że nas potrzebują.
Dlaczego? - Nadal korzystają z internetu instrumentalnie. Widzimy ten sam styl mówienia o polityce i uprawiania polityki co dawniej - media raportują tylko o tym, co politycy mówią do siebie. Czytamy o tym, co do siebie pisali na Twitterze panowie Sławomir Nowak i Adam Bielan. Nie ma natomiast partnerskiego wyciągnięcia ręki - choćby kunktatorskiego - do wyborców. Ludzie sami zakładają sobie - zwłaszcza na Facebooku - grupy poparcia dla Bronisława Komorowskiego czy Jarosława Kaczyńskiego. Silną grupę poparcia na Facebooku ma też Janusz Korwin-Mikke.
Nowe media nieźle rozumie PiS. Ale mówiąc PiS, mam namyśli ludzi policzalnych na palcach jednej ręki - Adam Bielan, Michał Kamiński, Paweł Poncyljusz. Ze strony Platformy - Sławomir Nowak i
Janusz Palikot.
Palikot pisze bloga. A jak bloguje polski polityk? Jakby wychodził na mównicę i przemawiał do tłumu. Jest sto komentarzy pod jego tekstem, ale do żadnego z nich się nie odniesie. Co najwyżej czasem, jak Korwin-Mikke, nagradzany zresztą za prowadzenie blogu ze swadą. Nie ma debaty. Blog nadal jest dla polityków tubą propagandową. Pokazuje ich egocentryzm, którego muszą się wyzbyć. Pytanie, którzy politycy są w stanie to zrobić.
Z czego bierze się obecna popularność Facebooka? - Facebook jest bardzo ciekawą technologicznie usługą. Wykorzystuje technologie komunikowania, które możemy nazwać "jeden do wielu" - kiedy zakładamy stronę, a inni zapisują się jako jej fani, klikając "Lubię to" - albo "wielu do wielu" - kiedy zakładamy grupę, do której inni mogą "Dołączyć". Za każdym razem, gdy na stronie, którą lubimy, albo w grupie, do której dołączyliśmy, pojawi się nowa informacja, dostajemy ją.
Dzięki Facebookowi zrzeszanie się i podejmowanie działań stało się prostsze. Aktywność na Facebooku jest oddolna, w małym stopniu inspirowana przez polityków. Gdyby politycy chcieli inspirować ją z dotychczasowym podejściem, nic by z tego nie wyszło. Potrzeba jakościowej zmiany.
Jakiej konkretnie? - Najlepszym przykładem byłaby kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych. W 2007 r. podczas prawyborów w Partii Demokratycznej szef sztabu
Hillary Clinton powiedział pogardliwie, że sympatycy Baracka Obamy są jak Facebook (zbudowali wzorowany na Facebooku serwis społecznościowy My.barackobama.com). Sztab Obamy potraktował to jako komplement, a wybory pokazały, kto miał rację.
Dziś nie pamiętamy już innego hasła Obamy - "It's all about you" (ponieważ chodzi o ciebie). Kampanię w znacznym stopniu finansowali ludzie tacy jak my. Takie podejście przynajmniej w jakimś stopniu odpowiada na problem zależności polityki od biznesu. Oznacza też oddanie ludziom poczucia sprawczości.
My tymczasem mamy problem z chodzeniem na wybory. Dla wielu jest to rytuał, za którym nie idzie codzienna aktywność, partycypacja we władzy, nawet na szczeblu lokalnym. Sieć daje nowe mechanizmy; zwrócenie się do poszczególnych obywateli jest łatwiejsze. Dobrze by było, gdyby politycy chcieli i nauczyli się z obywatelami rozmawiać.
Czy między usieciowionym społeczeństwem a społeczeństwem obywatelskim można postawić znak równości? - Nie można ich utożsamiać. Natomiast za wyrażaniem opinii w internecie rzeczywiście idą działania. Ostatnio mieliśmy głośne i kontrowersyjne przykłady poparcia albo sprzeciwu wobec pochówku pary prezydenckiej na Wawelu.
Przeglądałem grupy zwolenników i przeciwników kandydatów na prezydenta na Facebooku. W grupie poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego ktoś podniósł raban, że serwis kasuje konta, że to koniec demokracji w Polsce. Grupy zapewne kasowano ze względu na naruszanie regulaminu - jeśli przyjąć, że rzeczywiście je kasowano, bo Facebook we własnym kraju jest na cenzurowanym za bardzo nieprzyjazną politykę prywatności i utrudnianie usuwania kont przez samych użytkowników. Trzeba dużej wyobraźni, by pomyśleć, że amerykański, komercyjny Facebook współpracuje z Platformą Obywatelską i kasuje konta "nieprawomyślnym". Widzimy tu jednak wyraźne wezwanie do akcji - ktoś pisze "kończy się demokracja", "ratujmy naszą Polskę".
Ludzie się mobilizują.
Mobilizację widzimy zwłaszcza na poziomie lokalnym. - Badania Barry'ego Wellmana i Keitha Hamptona (1999 r.) z przedmieść Toronto pokazały, że mieszkańcy nowego osiedla, w którym udostępniono darmowy internet, szybciej integrowali się z sąsiadami i skuteczniej załatwiali sprawy, które były w ich wspólnym interesie i przejawiali to, co w socjologii nazywa się postawą prospołeczną w większym stopniu niż ci, którzy internetu nie mieli.