http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lekkostrawny Kaczyński

Krystyna Naszkowska "Gazeta Wyborcza"
2010-06-16, ostatnia aktualizacja 2010-06-15 17:13

Kandydat PiS może nic nie mówić, może przemawiać językiem miłości, może wrócić do tonu agresji. Rolnicy i tak na niego zagłosują

24 maja 2010 r. Kozolin koło Raciąża. Kandydat na prezydenta, prezes PiS Jarosław Kaczyński odwiedził rodzinę państwa Słomkowskich. Wszyscy razem zjedli obiad.
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
24 maja 2010 r. Kozolin koło Raciąża. Kandydat na prezydenta, prezes PiS...
Z majowego sondażu CBOS wynika, że na Jarosława Kaczyńskiego ma ochotę zagłosować 40 proc. rolników, na Bronisława Komorowskiego 34 proc., 14 proc. dostanie Andrzej Lepper, a lider ludowców Waldemar Pawlak jedynie 6. W próbie wzięło udział zaledwie 31 rolników, trudno więc na tej podstawie oceniać szanse kandydatów. Jednak jakieś preferencje wyborcze ona oddaje. Na przykład to, że Jarosław Kaczyński rzeczywiście może i prawdopodobnie wygra wybory prezydenckie wśród rolników, a lider ludowców może przegrać z Lepperem.

Kandydat PO Bronisław Komorowski może liczyć głównie na właścicieli dużych i bardzo dużych gospodarstw. Ich właściciele to zwolennicy Unii Europejskiej, to rolnicy potrafiący sobie radzić na wolnym rynku, nieoglądający się na pomoc państwa. To oni decydują o zaopatrzeniu rynku krajowego i o eksporcie. Zagłosują na Komorowskiego, choć na rolnictwie się nie zna i niewiele o nim mówi (może i dobrze). Zagłosują, bo jak mówi rolnik z gminy Rybno w województwie warmińsko-mazurskim gospodarujący na 50 hektarach: polityk musi być odpowiedzialny, a nie gadać na okrągło i ciągle coś obiecywać. Tyle że takich dużych gospodarstw i podobnie myślących rolników mamy w kraju zaledwie 10 proc. To do wygrania wyborów za mało.

O zwycięstwie przesądzą głosy rolników drobnych i średnich, mających kilku-, najwyżej kilkunastohektarowe gospodarstwa. Faktycznie to o ich głosy walczą kandydaci. A grupa ta będzie szukała swojego człowieka do Pałacu Prezydenckiego wśród tych, którzy pokażą, że los prostego rolnika leży im na sercu, zaatakują złą Unię Europejską, że za mało daje, będą przekonywali, że "coś" dla ciężko pracujących, a źle wynagradzanych rolników zrobią. Nieważne co, ważne, by było populistycznie i demagogicznie.

To elektorat ludzi roszczeniowych i nie zmieniło tego nasze wejście do Unii. Przeciwnie - ono ugruntowało tę roszczeniową postawę. Dopłaty wypłacane od każdego posiadanego hektara, a nie od wypracowanej produkcji, stały się faktycznie zasiłkiem socjalnym. Do tego bardzo skromnym zasiłkiem (dla zdecydowanej liczby gospodarstw nie przekracza on 300-400 zł miesięcznie), który dodatkowo rozbudził poczucie krzywdy. Wszak "ci starzy farmerzy" w Unii mają większe dopłaty.

Do tych rolników wiecznie oczekujących z wyciągniętą ręką, aż coś im skapnie z rządowego stołu, najłatwiej trafić, obiecując frukty. Albo obiecując, że się zabierze frukty innym. A w ostateczności wystarczy tylko mówić, że świat jest niesprawiedliwy, oni dostali za mało, będziemy więc próbować to zmieniać. Trzeba mówić językiem prostym, jasnym, zrozumiałym. Najlepiej obiecując wsparcie socjalne.

Najlepszy w takiej gadce jest bez wątpienia Andrzej Lepper, ale liczba jego zwolenników na wsi gwałtownie stopniała, kiedy Jarosław Kaczyński w 2007 r. wyrzucił go z rządu. Socjologowie tłumaczą to tym, że rolnicy uznali Leppera wówczas za nieudacznika, skoro dał się wyrzucić. A takich na wsi nie cenią. Ale nadal ma on tu swoich zwolenników. Jeden z rolników pytany przez dziennikarzy, dlaczego zagłosuje na Leppera, odparł po prostu: "Bo jestem rolnikiem".

Swój żelazny elektorat ma tu też Waldemar Pawlak. PSL było i jest od zawsze partią chłopską i rolnicy ciągle wierzą, że ta partia dba o ich interesy. Zresztą nie bez przyczyny tak wierzą. Dociera do nich walka, jaka toczy się od lat o KRUS, w której PSL broni jak może rolników przed podwyższeniem składki.

Słyszą o przygotowanej przez ludowców nowelizacji ustawy o ustroju rolnym, która kosztem wielkoobszarowców ma zapewnić ziemię drobnym rolnikom. Teraz rolnicy poszkodowani w czasie powodzi dostaną oprócz 6 tys. zł zapomogi, czyli tego, co wszyscy inni, dodatkową rekompensatę za zalane pola. I to właśnie Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki, ogłosił publicznie tę informację, a nie szef rządu ani nawet nie minister rolnictwa. To Pawlaka, kandydata ludowców na prezydenta, rolnicy słyszą, jak im to obiecuje w codziennych informacyjnych programach rolnych w TVP.

Niezależnie od tego, co robi ten czy inny rząd, którego ludowcy są współkoalicjantem, zawsze potrafią się oni zdystansować od poczynań rządu niekorzystnych dla drobnych rolników i sobie przypisać zasługę, jeśli rząd zrobi coś dobrego dla tych rolników.

Pawlak zdobędzie więc sporo głosów rolników. Ale nawet sami ludowcy liczą już tylko na to, że pokona Leppera i będzie trzecią siłą na wsi.

Nawet oni przyznają, że faworyt to Jarosław Kaczyński.

Pięć lat temu rolnicy oddali swoje głosy Lechowi, teraz oddadzą je jego bratu. I to niezależnie od tego, co kandydat PiS będzie mówił w tej kampanii. Może nic nie mówić, może przemawiać językiem miłości i deklarować koniec wojny polsko-polskiej, może wrócić do znanego wszystkim tonu agresji - rolnicy i tak na niego zagłosują.

Jarosław Kaczyński ma tę komfortową sytuację, że może teraz milczeć, bo i tak rolnicy pamiętają, że za rządów PiS minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, prawa ręka Kaczyńskiego do spraw rolnych, jawnie demonstrował sceptycyzm wobec UE. Politycy PiS na czele z Jurgielem byli i są częstymi gośćmi w Telewizji Trwam należącej do Tadeusza Rydzyka. Żadna gazeta nie pisze tak o rolnictwie jak "Nasz Dziennik" związany z Rydzykiem - z niechęcią do Komisji Europejskiej i wszelkich władz, za to z pełnym poparciem dla rolników. Wśród rolników panuje zresztą przekonanie, że generalnie Kościół popiera kandydata PiS. A Kościół ma na wsi taką władzę, że większość woli go słuchać i na wszelki wypadek tak zagłosować, jak proboszcz sugeruje.

Kaczyński nie musi więc nic robić, by wygrać. On jest po prostu lekkostrawny dla tych nieufnych, niezadowolonych z życia, wszędzie wietrzących podstęp, chęć "wycyckania" ich przez rozmaite urzędy.

Odwołanie się teraz do polityki miłości tylko może zyskać Kaczyńskiemu nowych zwolenników. Przecież nie wycofał żadnego z wcześniejszych haseł gospodarczych PiS. On tylko pokazuje teraz, że jest człowiekiem, którego los ciężko dotknął. Stracił ukochanego brata, a matka jest ciężko chora. Nie ma żony, własnych dzieci - garnie się do bratanicy i próbuje zastąpić dziadka jej dzieciom. Nie trzeba wcale wierzyć w przemianę duchową Jarosława. Jest faktem, że los go doświadczył, a to zyskuje mu współczucie wyborców.

Tego układu raczej nic nie jest w stanie skruszyć. Czasu jest zbyt mało. Ale to nie znaczy, że Komorowski ma opuścić ręce i oddać wieś rywalom. Wręcz przeciwnie - musi zawalczyć o te głosy, nawet jeśli nie z myślą o sukcesie w tych wyborach prezydenckich, to z myślą o przyszłości. Wieś jest konserwatywna i poglądy zmienia z trudnością, dlatego już teraz musi myśleć o następnych wyborach prezydenckich, a przede wszystkim o nadchodzących parlamentarnych.

Musi wyraźnie w tej kampanii odnieść się do sprawy dla rolnictwa najważniejszej - do Wspólnej Polityki Rolnej. Teraz właśnie trwa w Unii dyskusja nad tym, jaka ta polityka będzie po 2013 r. Na razie Polska, wielki rolniczy kraj, milczy, żadnych sugestii nie wysuwa. Kandydat na prezydenta powinien pokazać, że ma tu zdanie, koncepcję zmian. Musi umieć wytłumaczyć rolnikom, o co warto walczyć w polskim interesie, i pokazać wolę tej walki.

A na pewno powinien jak najmniej mówić o tym, że lubi polować. Rolnicy są w permanentnym sporze z myśliwymi z powodu szkód, jakie zwierzęta leśne wyrządzają uprawom rolnym. To myśliwych oskarżają o to, że dziki ryją pola i wyjadają kukurydzę i ziemniaki. To myśliwi wymyślają sobie jakieś okresy ochronne, kiedy nie można polować, przez co zwierzęta rozmnażają się ponad miarę. To myśliwi nie chcą płacić za szkody lub płacą za mało. Żaden zapalony myśliwy nie zdobędzie ich serca.

Krótko mówiąc: Komorowski musi spróbować pogodzić ogień z wodą, czyli interesy największych gospodarstw (tych, na których głosy teraz może liczyć) i drobnych, słabych, wegetujących dzięki dopłatom unijnych. To się da zrobić. Można systemowo wspierać dużych, jednocześnie ułatwiając życie małym gospodarstwom. Nawet jeśli teraz nie zagłosują na Komorowskiego, to przekonają się, że kandydat Platformy zauważa ich problemy, przejmuje się ich sytuacją i ma pomysły na poprawę. To kiedyś zaprocentuje.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':