Odnosząc się do zbliżających się wyborów prezydenckich, premier powiedział, że jest zaskoczony tym, jak bardzo je przeżywa - bardziej niż wtedy, kiedy sam uczestniczył w wyborach prezydenckich pięć lat temu. - Mam narastające poczucie, że powody wyboru tego lub innego kandydata są ważne jak nigdy dotąd, może dlatego że ostatnie miesiące przyniosły nam tyle zdarzeń, w tym tragicznych, że polityka nabrała trochę innego wymiaru - stwierdził Tusk. Premier w wywiadzie mówił:
O Bronisławie Komorowskim i jego wpadkach Prezydentura ma swoją wagę, ale nie taką, jaką niektórzy chcieli jej nadać wtedy, kiedy prezydentem był
Lech Kaczyński. Problem polega na tym, że te instytucje [prezydent i premier] między sobą toczą nieustanny bój o to, kto więcej ma władzy. Mieliśmy wiele takich przypadków, też wcześniej, że prezydent rozpychał te ramy konstytucyjne, to zamieniało się w polityczne piekło i wszyscy to pamiętamy, nie tylko z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego. [Na pytanie, czy prezydentura Jarosława Kaczyńskiego będzie piekłem, Tusk odpowiedział: - Jestem tego pewien.]
Czasami się martwię [wpadkami Komorowskiego], ale przyszłość Polski nie zależy od tego, czy Bronisław Komorowski pomyli się w którejś ze swoich wypowiedzi, tylko jaki jest. Wolę Bronisława Komorowskiego - który czasami popełni lapsus, ale z którym Polska będzie bezpieczna - niż Jarosława Kaczyńskiego, który może się przebrać jeszcze pięć razy w Czerwonego Kapturka albo w babcię, albo w wilka, ale wiemy, jaki jest. I wiemy, jakiego typu konsekwencje polityczne poniesie cały kraj, i dlatego śmiejmy się wszyscy serdecznie z wpadek poszczególnych kandydatów. Proponuję śmiać się, bez złośliwości, z każdego wtedy, kiedy się pomyli.
Jest moda na polowanie na Komorowskiego, bo oczywiście gdybyśmy przedstawili historie wpadek, lapsusów językowych poszczególnych kandydatów, tych wszystkich, którzy uczestniczą dzisiaj w tym boju, to na pewno Bronisław Komorowski nie miałby szans na zwycięstwo w tym konkursie. Dokładnie pamiętam Jarosława Kaczyńskiego i jego słynne wpadki.
O Jarosławie Kaczyńskim Znam Jarosława Kaczyńskiego lepiej niż większość ludzi w Polsce i mam okazję obserwować z bliska Jarosława Kaczyńskiego także w tych tygodniach, choćby w czasie spotkań na Radzie Bezpieczeństwa Narodowego czy w Sejmie. Trochę mniejszą wagę przywiązuję do takich, na użytek kampanii, przebieranek różnych polityków. Nie mam wątpliwości, kiedy słucham i patrzę, co robi
Jarosław Kaczyński, że ewentualne jego zwycięstwo zwiększy problemy w porównaniu z czasami prezydentury Lecha Kaczyńskiego, a nie zmniejszy. Znałem bardzo dobrze Lecha Kaczyńskiego i przy różnych problemach, jakie mieliśmy, jego temperament, trochę inny niż Jarosława Kaczyńskiego, pozwalał mimo tego ciągłego konfliktu i ciągłej wojny politycznej jednak od czasu do czasu znaleźć rozwiązanie w sporze. Dzisiejszy kandydat PiS nie jest człowiekiem, który szuka wspólnego rozwiązania z kimkolwiek, tylko zawsze stara się narzucać własny punkt widzenia, za cenę nawet najostrzejszego konfliktu, i to pozostało.
Moja opinia o Jarosławie Kaczyńskim i o tym, w jaki sposób może zdewastować polską politykę i polskie życie publiczne, pozostaje w mocy. Natomiast poglądy, jakie Jarosław Kaczyński wygłasza w czasie tej kampanii, są najbardziej tradycyjne i takie klasyczne dla niego. One są zawsze zbudowane na insynuacji i polityka jako insynuacja czy konkurencja polityczna jako insynuacja to jest istota działania Jarosława Kaczyńskiego. Bo kiedy mówi: my chcemy, żeby Polska była silna, to w domyśle czy w nawiasie jest: a oni chcą, żeby była słaba; my chcemy, żeby Polska była niezawisła wobec Rosji - to znaczy, że ktoś chce, wiadomo kto - Platforma, Komorowski, Tusk - żeby była zawisła od Rosji itd. Mógłbym mnożyć ten sposób formułowania myśli i poglądów przez Jarosława Kaczyńskiego, ale nie po to dzisiaj rozmawiamy, żeby propagować ten dość nieznośny styl, a co do treści, co do faktów, jestem gotów z każdym politykiem PiS stanąć w szranki i udowodnić, że Polska w ostatnich dwóch latach zyskała w opinii międzynarodowej. I nasza pozycja dzisiaj jest silniejsza niż kiedykolwiek.
Uważam inaczej niż Jarosław Kaczyński, że zarówno w polityce wewnętrznej, jak i w polityce międzynarodowej nieustanne wywoływanie konfliktów nie jest znakiem siły. W tym sensie wolę tego spokojnego i być może czasami mniej efektownego Komorowskiego, który na walkę szedł wtedy, kiedy za to się płaciło naprawdę wysoką cenę, a wtedy, kiedy Polska uzyskała niepodległość, a więc kiedy konkurowanie polityczne, prezentowanie własnych poglądów nie wiązało się już z takim ryzykiem, uznał, że w tej wolnej, demokratycznej Polsce dużo lepszą metodą jest współpraca i szukanie porozumienia, także z konkurencją.
Na ulotkach rozdawanych często pod kościołami przez sztabowców PiS Bronisław Komorowski i ja jesteśmy w czapkach czerwonoarmistów. Do tego już się, niestety, zdążyłem przyzwyczaić, że cała ta kampania PiS i Jarosława Kaczyńskiego polega właśnie dokładnie na tym, że Jarosław Kaczyński z poważną miną, w okularach, u boku
Joanna Kluzik-Rostkowska, z drugiej strony Paweł Poncyljusz mają miny zatroskane, czasami uśmiechnięte i są taką łagodnością niespotykaną w polskiej polityce. I tuż za plecami są zastępy ludzi przez nich kierowanych, których głównym zadaniem jest udowodnić, że Tusk jest nie tylko z Wehrmachtu, ale z Armii Czerwonej, a Komorowski jest sługusem wszystkich potęg z Rosją na czele. Więc to, że tego typu kampania negatywna jest prowadzona, wiem.
O zawłaszczaniu państwa, telewizji i nominowaniu szefa NBP Przecież my dzisiaj żyjemy w kraju, w którym upolitycznienie mediów publicznych osiągnęło pułap nieznany w historii. Zastanawiające jest to, że wszyscy to widzą, nawet niektórzy piszą - choćby pani - o tym, że dzisiaj telewizja publiczna stała się, i to w takim, no właśnie niespotykanym wymiarze, sztabem wyborczym jednego z kandydatów. Nikt tego nie ukrywa, ba, prowadzący dzisiaj media publiczne nawet mówią wprost, że są tam po to, aby wesprzeć Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Krajowa Rada Radiofonii, ten skład, który niedługo odejdzie, przejdzie do czarnej historii upolitycznienia mediów.
Jeśli chodzi o Narodowy Bank Polski, mam wrażenie, że wszyscy to zauważyli, że Platforma tutaj zagrała bardzo ekumenicznie, zaproponowaliśmy kandydata [Marka Belkę, byłego premiera rządu
SLD], który jest w tej chwili spoza świata polityki, na pewno takiego o niepartyjnym charakterze i na pewno niezwiązanego w żadnym stopniu z naszym środowiskiem politycznym. Można nas posądzać o motywacje polityczne albo diabelskie, albo jakiekolwiek bądź, ale fakty są istotne. Wolę robić rzeczy przyzwoite, bez lukrowanej propagandy wokół tych spraw, niż rzeczy nieprzyzwoite pod najbardziej takimi szczytnymi, patriotycznymi hasłami.
Od początku mówiłem, że dużo lepiej jest, aby był prezes NBP, i wydaje mi się to rzeczą oczywistą. Bo jeśli nie ma żadnego znaczenia, że przez kilka tygodni albo przez kilka miesięcy Narodowy Bank Polski nie ma prezesa, to może nie ma znaczenia, żeby i przez kilka lat go nie było. To jest raczej argument na moją rzecz. Jeśli wszyscy mówili, oprócz Waldemara Pawlaka, że prezes Marek Belka świetnie nadaje się na to stanowisko, ale nie wypada go teraz wybierać, wybierzmy go za dwa czy za trzy tygodnie, to uważam, że to jest absurdalna argumentacja. Ponieważ po pierwsze, jeśli wygra Bronisław Komorowski, to i tak by był Belka, jeśli wygra Jarosław Kaczyński, to Belki nie będzie.
O Władysławie Bartoszewskim i jego porównaniu Kaczyńskiego do hodowcy zwierząt futerkowych Rozumiem prof. Bartoszewskiego, bo on z bardzo bliska obserwował politykę, ale także pewne brutalne zagrania obu braci Kaczyńskich, wtedy kiedy z nimi współpracował. I to jest oczywiście też takie przerysowanie dość charakterystyczne dla prof. Bartoszewskiego, którego temperament wszyscy znamy. Może nie jest to najbardziej eleganckie sformułowanie, ale ono podkreśla coś, co jest we wszystkich chyba kulturach politycznych, przynajmniej w tej naszej części świata dość oczywiste. Więcej zaufania na najwyższych urzędach państwowych budzą ludzie, którzy w życiu codziennym pokazali, że potrafią się kimś zaopiekować i potrafią wziąć nie tylko za siebie odpowiedzialność. W ogóle i w Europie, i w Stanach Zjednoczonych ludzie bardziej są w stanie zaufać tym, którzy kojarzą się z taką średnią, z taką powszechnie akceptowaną normą. Wydaje mi się, że rzeczywiście pozycja prezydenta trochę przypomina pozycję ojca rodziny lub matki. Ludzie odczuwają więcej zaufania i mają większe poczucie bezpieczeństwa wobec tych, których życie codzienne jest takie jak ich. Tak jak w przypadku na przykład Bronisława Komorowskiego.
Skróty, tytuł i śródtytuł od redakcji "Gazety"