Agnieszka Kublik: O godzinie 8.39.49 wieża na smoleńskim lotnisku informuje Tu-154: "Na kursie i na ścieżce, odległość 6". To zaskakująca informacja, bo samolot wcale nie był wtedy na ścieżce. Był powyżej.
Michał Setlak, lotnik, zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego": Istotnie, 6 km od progu pasa samolot był powyżej ścieżki - zamiast na 300 był na 400 metrach. Informator na lotnisku pod Smoleńskiem...
Informator? Nie kontroler lotu?
- Na lotniskach o mniejszej intensywności ruchu nie utrzymuje się służb kontroli, lecz służby informacji powietrznej. Informator nie wydaje poleceń, tylko udziela informacji, które pomagają pilotowi w podejmowaniu decyzji. Nie wiemy, jaka była dokładność sprzętu, którym informator z wieży dysponował.
Raczej z baraku...
- To, co wygląda jak obsypujący się tynk, to malowanie maskujące, bo to było kiedyś lotnisko wojskowe. Jeśli przyjrzymy się lepiej, zauważymy, że budynek ma wymienione okna, zainstalowaną klimatyzację. Z moich informacji wynika, że w Smoleńsku mógł być wykorzystywany sprzęt o dokładności wskazań gorszej od 100 m. Dlatego gdy samolot znajdował się nie na wysokości 300 m, jak wynika ze ścieżki podejścia, lecz na wysokości 400 m, informator mógł o tym nie wiedzieć.
Czyli wprowadził Tu-154 w błąd, ale nieświadomie?
- Mógł mieć niedokładne informacje. Tu-154 wykonywał tzw. podejście nieprecyzyjne, czyli bez dokładnych przyrządów umożliwiających ulokowanie samolotu na ścieżce zniżania. Precyzyjne podejście wymagałoby systemu ILS, ale tego systemu na tym lotnisku nie było.
Czy to, że nie otrzymali informacji o tym, że byli powyżej ścieżki, miało znaczenie?
- Nie, bo w podejściu nieprecyzyjnym pilot nie liczy na to, że ktoś z ziemi pomoże mu wylądować. Takie lądowanie pilot wykonuje samodzielnie, według własnych przyrządów. Samolot powinien zejść do minimalnej wysokości zniżania, w tym przypadku 100 m, i lecieć poziomo do momentu zauważenia ziemi. Jeśli zauważy ziemię, kontynuuje lądowanie. Jeśli nie, to odchodzi na drugi krąg. Tu-154 cały czas nie znajdował się na ścieżce.
Dlaczego?
- Trudno powiedzieć, na pewno nie pomogła nerwowa sytuacja. Samolot miał wystartować z Warszawy o 7, wystartował o 7.27. Leciał z bardzo ważnymi osobami na bardzo ważną uroczystość. Dotarcie na czas było niezwykle istotne. Do tego komplikacje z pogodą - to przyczyny stresu, który sprzyja błędom.
Piloci mogli sami się zorientować, że są nad ścieżką?
- Mogli. Mieli na pokładzie przyrządy, w tym kilka dublujących się wysokościomierzy barometrycznych i radiowysokościomierz. Przy podejściu nieprecyzyjnym nie korzysta się z radiowysokościomierza, tylko z wysokościomierzy barometrycznych. Piloci zdawali sobie sprawę, że są powyżej ścieżki. Stąd później bardzo wysoka prędkość schodzenia, nawet rzędu 10 m/s, podczas gdy standardowa to 4,5 m/s.
To może być przyczyna katastrofy?
- Tylko to - nie. Przy podejściu do lądowania ważne jest, by to było podejście ustabilizowane. Czyli samolot zniża się z określoną, cały czas taką samą prędkością dokładnie po ścieżce podejścia. Jeśli jest wyżej, ma niewłaściwą prędkość zniżania, powinien przerwać podejście, odejść na drugi krąg i spróbować jeszcze raz ustawić się na ścieżce.
Tu-154 tego nie zrobił.
- Niestety. To szkolny błąd. Przy nieustabilizowanym podejściu rutynowo powinien przerwać manewr.
Nie obwinia pan o to informatora z wieży?
- Nie, to była decyzja pilotów. Oni wiedzieli, że są za wysoko, wiedzieli, jak szybko się zniżają.
Źródło: Gazeta Wyborcza