Instytucją nastawioną od lat na to, by nasza dyplomacja stawała się bardziej sztuką niż rzemiosłem, jest Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Jego dzieje w okresie PRL-u są niejednoznaczne - jak wszystko wtedy - ale przez radykalnie odnowiony w 1996 r. PISM przeszło szereg wybitnych postaci, np. nieżyjący już b. szef
MSZ Stefan Meller, kierujący także tym resortem prof. Adam Rotfeld, a w czasach bardziej współczesnych tak znakomici specjaliści od spraw międzynarodowych, jak Ryszard Stemplowski czy Roman Kuźniar.
Bez tej instytucji polska dyplomacja straciłaby zaplecze naukowe i analityczne. A także archiwum, bibliotekę i wydawnictwo publikujące regularnie "Polski Przegląd Dyplomatyczny", pismo "Jewropa" - jedyny w świecie magazyn o Europie wydawany po rosyjsku, książki o dyplomacji, dokumenty, raporty analityczne. Niemały dorobek kilkudziesięciu lat.
Od kilku miesięcy radą PISM-u kieruje b. premier Jan Krzysztof Bielecki. Jego zadaniem jest reforma Instytutu. Bielecki podchodzi do niej jak liberał i sprawny menedżer. Instytut ma być skuteczniejszy, tańszy, bardziej odpowiadać współczesnym wyzwaniom. Mówi się o powołaniu jego stałego przedstawicielstwa w Brukseli, żeby polski głos o polityce zagranicznej był bardziej słyszalny w Unii Europejskiej.
Problem w tym, że zadania PISM-u reguluje ustawa, która wyraźnie określa, co Instytut powinien robić, jakie są zasady powoływania (i odwoływania) jego władz, i na jaki okres. Nic więc dziwnego, że środowisko naukowe związane z polityką zagraniczną buntuje się wobec reformy PISM-u prowadzonej ponad ustawą. "Gazeta" opublikowała na początku maja list wybitnych naukowców do premiera z protestem przeciwko takim praktykom, ale pozostał bez echa.
- Władze stosują najlepszą metodę wyciszenia sprawy: przemilczenie - mówi mi jego jeden z sygnatariuszy. A drugi, naprawdę bardzo wybitny dyplomata, dodaje już bez ogródek, że "to, co się dzieje ostatnio w PISM-ie, jest świństwem".
To słowo może niezbyt dyplomatyczne, ale warto, żeby dyskusja o szacownej instytucji publicznej toczyła się przy podniesionej kurtynie, z możliwością zabrania głosu zarówno przez zwolenników pozostawienia PISM-u w obecnym, bardziej naukowym kształcie, jaki i nadania mu charakteru zachodniego think tanku będącego zapleczem rządu, konkretnie MSZ. Wzorców w świecie jest wiele i nie sposób z góry założyć, który będzie dla PISM-u lepszy. Wybór zależy od tego, jakie postawi się przed Instytutem cele.
Dobrą cechą liberalnej demokracji jest transparentność i otwarcie na rzeczową debatę. Właśnie takiej debaty o przyszłości PISM-u oczekuję. Reformowanie tej instytucji po cichu, z lekceważeniem opinii znawców polityki zagranicznej, skończy się klapą. A przynajmniej utratą twarzy przez reformatorów.