http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

A ta czerwona szminka? O książce "Życie umysłowe i uczuciowe"

Janusz Anderman
2010-06-10, ostatnia aktualizacja 2010-06-13 15:06

Ona ma rację z definicji. Jej sława sięga od Helu po Japonię - o wywiadzie rzece z Jadwigą Staniszkis pisze

21 stycznia 2005 r. Warszawa. Jadwiga Staniszkis w siedzibie KAI podczas dyskusji o teczkach SB
Fot. Adam Kozak / AG
21 stycznia 2005 r. Warszawa. Jadwiga Staniszkis w siedzibie KAI podczas...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Pewnie, że nie zawsze można oczekiwać od Jadwigi Staniszkis takiej gratki jak jej wypowiedź w portalu Wirtualna Polska, gdzie przepięknie stawia na baczność „Gazetę Wyborczą” za jej wątpliwości, czy decyzja pochówku pary prezydenckiej na Wawelu z pewnością była słuszna i bezdyskusyjna. Styl to sam człowiek, chciałoby się powtórzyć za klasykiem: „Gdybym chciała grać tak samo brutalnie jak »GW «, mogłabym zapytać, czy zdają sobie sprawę, że w dokumentach katyńskich są też zapewne nazwiska polskich komunistów z Wilna i Lwowa, którzy służyli jako tłumacze i - w pewnym sensie - selekcjonerzy przyszłych ofiar (chodzi o wypełniane przez nich »ankiety « «). Wielu z tych ludzi było potem dygnitarzami w PRL. A także ojcami, teściami i przyjaciółmi rodziny. Więc nie zaczynajmy znowu wojny na trumny, bo może się okazać obosieczna”.

Jasność tego stylu jest imponująca. Autor posługujący się stylem nikczemnym z pewnością nie użyłby w tym wywodzie sformułowań: "zapewne" i "w pewnym sensie selekcjonerzy", tylko by wygarnął: - "Gazeta"! To ona mordowała oficerów w Katyniu! Jeśli nie własnymi rękami, to rękami ojców, teściów i przyjaciół rodzin! "Gazeta" ma krew na szpaltach! I taka jest prawda najprawdziwsza!

Słowa: "zapewne" i "w pewnym sensie selekcjonerzy" wiele tu zmieniają, bo oznaczają, że nie na pewno tak było. Ale kto wie? Może to jednak nie styl, lecz sprytne zabezpieczenie się przed ewentualnym procesem o zniesławienie?

Nieważne, nawet jeśli nie styl, to przynajmniej prawdziwy temperament, jakby autorka odziana była w trakcie pisania w słynną czerwoną sukienkę, o której wiele opowiada w wydanym właśnie wywiadzie-rzece "Życie umysłowe i uczuciowe", przeprowadzonym przez Cezarego Michalskiego: "Czerwoną sukienkę można na siebie założyć tylko wtedy, kiedy nasz potencjał energetyczny jest wystarczający, żeby ją nosić. Nie można jej włożyć, kiedy człowiek jest smutny". Mamy więc dowód, że autorka była wesoła.

Królowa Podkowy

I magia czerwonej sukienki działa. Nie tylko na nią. Każda osoba tak ubrana daje światu mową barwy materiału wyrazisty sygnał: czerwień oznacza "że mi na czymś zależy". Proste? Niby proste, choć Monika Olejnik pojęła to dopiero pod wpływem agitacji Jadwigi Staniszkis, a i to nie do końca: "Ona kupiła sobie wyzywającą czerwoną sukienkę (...). Ale nie działało, bo ona nie używała do tego mocnej czerwonej szminki. Powiedziałam jej to i ona zaczęła używać takiej szminki. Od razu zadziałało". Niestety najciekawszej informacji: na kogo zadziałało i w jakich okolicznościach zadziałało - w "Życiu umysłowym..." brak.

A jednak książka warta jest swojej magicznej ceny: 39.99 zł, gdyż poznanie osoby niezwykłej warte jest każdej ceny, a o swojej niezwykłości Jadwiga Staniszkis opowiada czule i z niemałym podziwem. Robi to zresztą - oddajmy sprawiedliwość - mimochodem, jak powiadali niegdyś włościanie: "nie chwalący się". Bo czy nie pienią się wdziękiem takie wyznania mieszkanki podwarszawskiej Podkowy Leśnej: "(...) Jestem królową Podkowy. Nawet w sprawozdaniu lokalnej gazety z tej uroczystości [nadania miejscowości pieszczotliwego tytułu Pępka Europy - J.A.] to ja zostałam z nazwiska wymieniona, a nie Balcerowicz (...)".

Nie mówiąc o takich oczywistościach: "Pewien znajomy opowiadał mi, że kiedy zarezerwował na wakacje pokój na Helu, właścicielka pokazała mu łóżko i powiedziała, że tutaj, w tym pokoju i na tym łóżku spała pani Staniszkis. W ten sposób podnosiła wartość tego pokoju".

Tak szalona popularność i to - jak się dowiadujemy - w wielu zakątkach świata może czasem prowadzić do zabawnych nieporozumień. Kiedyś pewien Japończyk oszołomiony widokiem i azjatyckimi wystąpieniami Staniszkis wziął ją po prostu za złą kosmitkę. "Dopiero dzisiaj mogę zrozumieć, jak bardzo byłam dla nich irytująca. Ale dzięki temu do dzisiaj Japończycy mnie pamiętają. Na ostatniej konferencji pojawił się taki jeden i przyniósł mi zdjęcie, które sobie zrobił ze mną jak z dziwną istotą". I - jak widać - nie rozstawał się z trofeum nigdy, obwożąc ów talizman po wszystkich konferencjach świata.

Iredyński zaginał Kuronia

W "Życiu umysłowym i uczuciowym" trudno tytułowe kategorie rozdzielić, ponieważ splecione są one w ciasny warkocz. Kiedy w lirycznej domenie "uczucia" czytamy zwierzenie, jak pisarz Ireneusz Iredyński, z którym bohaterka była związana, wymierzał jej kary za pomocą smyczy lub pęku kluczy, po których do dziś nosi blizny, natychmiast przenosimy się do życia umysłowego i do opisu przewag intelektualnych Iredyńskiego nad Jackiem Kuroniem.

Obaj siedzieli w jednej celi w Sztumie, pierwszy był skazany za gwałt. Czy był to istotnie gwałt, czy prowokacja, nie było wiadomo aż do zawartych w książce wyjaśnień Staniszkis: wyrok był zemstą twórcy telewizyjnego programu "Pegaz" Grzegorza Lasoty, któremu pewnego razu Iredyński żartobliwie zgasił papierosa w uchu. "Więc Lasota się wściekł i go nadał esbecji". Budującą puentą tego zdarzenia - donosu i wyroku - jest opowieść Staniszkis, jak po latach kupiła od Lasoty, sprawcy nieszczęścia Iredyńskiego, mieszkanie.

"Irek był niesłychanie oczytany, skończył liceum księgarskie (...) i Kuronia bez przerwy zaginał (...) Miałam od Irka inny obraz Kuronia, niebohaterski".

Ten wspomniany misterny splot narracyjny to oczywista zasługa Michalskiego. Przyglądamy się jego kunsztowi i ciarki chodzą nam po plecach. Wywiadowca, mając świadomość, że rozmawia z profesor socjologii, umiejętnie usidla ją neutralnymi z pozoru pytaniami lub przypochlebnie podbija jej - jak to mówią - bębenka. Staniszkis podsumowuje cyniczne jej zdaniem postawy polskich pisarzy, którzy jeszcze przed powstaniem w latach 70. drugiego obiegu wydawniczego podstępnie ogłaszali książki w wydawnictwach emigracyjnych: „Choćby taki Orłoś, grafoman, który jednak zaczął publikować w paryskiej »Kulturze «. I właśnie to mu się opłaciło”. Michalski na to rzecze: „Oni nie mogli mieć tej świadomości już w latach siedemdziesiątych, polscy pisarze nie są aż tak inteligentni”.

Propaganda? Ależ skąd?

Ale nie dajmy się zwieść. Widząc, że ofiara jest nieco uśpiona, Michalski uderza niczym okrutna kobra i zawsze uzyskuje to, czego chce: "A ta czerwona szminka?", "W jakich proporcjach pani odchodziła od mężczyzn, a w jakich oni od pani?", "Czy była pani kiedyś partnerką Jakuba?", "Do kiedy pani jest z Jerzym Strzeleckim?", "Z kim pani jest po Jerzym Strzeleckim w latach 80.?", "Związek pozostaje nieskonsumowany", "I ten związek rozpadł się definitywnie?", "Autystce łatwiej przyznać się do zabiegów przerywania ciąży? (...) Ile ich było?", "Będzie pani sama? Jak długo?".

Warto przy okazji cenzurki dla Kazimierza Orłosia wspomnieć, że Staniszkis gruntownie przemeblowuje polski świat literacki lat 60. i 70. i bez pardonu obala sztucznie wykreowane hierarchie. "To byli ludzie, którzy bardzo często wybrali politykę później, z czystej kalkulacji. (...) Już w latach siedemdziesiątych znalezienie się w tej opozycyjnej puli dawało więcej korzyści i więcej bezpieczeństwa niż pozostawanie na zewnątrz". Jest to teza niesłychanie śmiała i gdyby nie to, że Staniszkis z definicji ma rację, można by pomyśleć, iż autorka bezrefleksyjnie powiela chwyty peerelowskiej propagandy. Jednak podobne podejrzenie nie może wchodzić w grę.

Nadzwyczaj interesujące jest, komu Staniszkis wyznacza rolę lidera w peletonie pisarzy: "Najciekawszą osobą z tego towarzystwa był Andrzej Brycht, ja z nim dużo rozmawiałam (...)".

To wiele zmienia. Dotąd panowała opinia, że ulubieniec gomułkowskiej władzy Brycht był postacią mikrą. Dziś jest zapomniany. Jedno z jego ostatnich osiągnięć to "Raport z Monachium", w którym raportujący bezlitośnie obnaża renegatów z Radia Wolna Europa. Od 1967 r. książka miała cztery wydania, w samym 1968 dwa. Gdy w 1971 r. Brycht zdradził swoich krajowych protektorów i został na Zachodzie, udał się do tejże rozgłośni z prośbą o posadę. Odmową był nieprzyjemnie zdumiony.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 53 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    99 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':