- Nie zamierzam - wyznał w czasie homilii na Boże Ciało - wymieniać żadnego nazwiska ani żadnej partii, ale domagam się od rodaków, żeby w tych i wszystkich wyborach nie tylko głosowali, ale wybierali grupę i człowieka kierującego się sumieniem.
Polska bowiem nie rozwinie się "bez przywódców, którzy potrafią bronić praw natury, prawa Bożego, prawa narodu do własnej historii".
W wywiadzie dla "Naszego Dziennika" (5-6 czerwca) palcem już wskazał: "Ja zagłosuję na kandydata, który pokazał, że potrafi bronić życia niezależnie od układów, ufając, że przy swoich dużych umiejętnościach zawsze będzie wierny zasadom troski o dobro. W wypadku służby publicznej dobro wspólne stawiać trzeba ponad swoje indywidualne nadzieje, korzyści czy interes".
Chodzi o Marka Jurka, którego metropolita przemyski od lat darzy sympatią. Dał temu wyraz w kwietniu 2007 r. po głośnym ustąpieniu Jurka z funkcji marszałka Sejmu w proteście przeciwko odrzuceniu przez Sejm projektu zmian w konstytucji w sprawie ochrony życia poczętego. Ocenił, że Jurek należy do polityków, "dla których ważniejsze jest zachowanie wierności przekonaniom, niż trwanie w układzie, który nie buduje nadziei".
Przewodniczący Episkopatu jest obywatelem polskim i ma prawo do swoich sympatii politycznych. Czy powinien wyrażać je publicznie, agitując na rzecz jednego z kandydatów? Nie powinien ze względów prawnych i duszpasterskich.
Kościół sam narzucił sobie ograniczenia, uznając rozdzielność spraw boskich od porządku ziemskiego. Stąd praktyka, by wzywać wiernych do udziału w wyborach, wskazywać na cechy, jakimi powinni charakteryzować się politycy, lecz unikać personalnych zaleceń.
W konkordacie stwierdzono, że państwo i Kościół "są - każde w swej dziedzinie - niezależne i autonomiczne oraz zobowiązują się do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach i we współdziałaniu dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego".
Angażując się po stronie Jurka i jego partii, abp Michalik naruszył tę fundamentalną normę.
Kościół polski ma poczucie siły. Kościoły są pełne, powołań nie brakuje, podobnie jak pieniędzy na funkcjonowanie. Politykę zdominowały dwie partie prawicowe, a dwaj główni pretendenci w wyborach prezydenckich są gorliwymi katolikami. Bronisław Komorowski ma do tego przykładną rodzinę - tę samą żonę i piątkę dzieci.
Dla abp. Michalika wszystko to mało. Zarówno Komorowski, jak i
Jarosław Kaczyński nie dają gwarancji, że droga, którą będziemy podążać, nie będzie drogą "nieuczciwości, drogą kręcenia w prawach moralnych" - jak powiedział w Boże Ciało.
Jedynie Jurek nie kręci. W których, zapytam, sprawach? Aborcji i zapłodnienia in vitro? Bo już w innych całkowicie mieścił się w średniej poglądów i działań
PiS oraz sporej części PO z burzliwych czasów niedoszłego PO-PiS-u. Nawet dziś uważa, że hasło IV RP było świetne i z porzucenia go czyni zarzut Kaczyńskiemu.
Abp Michalik może uważać, że poza sprawami ochrony życia poczętego i sposobami przezwyciężania bezpłodności nie liczy się nic innego. I że właściwa postawa w tej materii daje certyfikat moralnej nieomylności. W polityce państwowej tak jednak nie jest. Dla zdecydowanej większości polskich katolików liczą się inne kwestie.
Przewodniczący Episkopatu klasyfikuje katolików według miary Marka Jurka, którego poparcie balansuje między 1 a 2 proc. Na tyle też można obliczać siłę oddziaływania metropolity z Przemyśla. Z katolickiego punktu widzenia strach pomyśleć, co by się stało, gdyby jego linia miała w pełni zwyciężyć.