Prof. Andrzej Nowak*: rzecznik z opozycji to test na demokrację Redaktor Adam Michnik podpisał się pod listą poparcia dla kandydata na prezydenta Jarosława Kaczyńskiego. Zrobił tak nie z sympatii dla tego kandydata, ale - jak to ujął - przez "wierność zasadom demokratycznym".
Interpretacja tych zasad nie jest wcale łatwa. Punkt widzenia zależy często od punktu siedzenia: u władzy albo w opozycji. Ile zostawić pola mniejszości, kiedy ma się za sobą większość? To jest pytanie, na które praktycznej odpowiedzi udzielają rządzący. Wiele jednak zależy także od mediów, które rządzących oceniają.
Obecnie, dzięki wygranym w 2007 r. wyborom, większością parlamentarną i stabilnym rządem kieruje
Platforma Obywatelska. Wskutek smoleńskiej katastrofy może ona umocnić swoją pozycję w stopniu niespotykanym w historii Polski po 1989 r. Wypełnić może bowiem puste miejsce nie tylko po Lechu Kaczyńskim, ale także po prezesie
NBP, po dowódcach wszystkich rodzajów sił zbrojnych, po prezesie
IPN-u, a także po rzeczniku praw obywatelskich. Wydaje mi się, że Platforma Obywatelska w sprawie zwłaszcza tego ostatniego stanowiska stoi przed ważnym testem. Testem na jakość polskiej demokracji.
Na stanowisko rzecznika Platforma zgłosiła już swoją kandydatkę, profesor Irenę Lipowicz. Jeśli tylko Donald Tusk zechce, ta właśnie, bardzo godna, kandydatka zostanie następczynią doktora Janusza Kochanowskiego. Główna partia opozycji zgłosiła kontrkandydaturę Zofii Romaszewskiej. Nie zamierzam porównywać tych dwóch kandydatur; wykraczałoby to daleko poza moje kompetencje.
Z całym szacunkiem dla wielkiego dorobku naukowego i pracy publicznej profesor Ireny Lipowicz, ośmielę się stwierdzić, że nie ma chyba, po śmierci Anny Walentynowicz, a wcześniej Aliny Pienkowskiej, kobiety bardziej związanej z tradycją "Solidarności" i opozycji demokratycznej ani też osoby bardziej zasłużonej w dziele obrony praw i godności człowieka w Polsce ostatniego czterdziestolecia aniżeli Zofia Romaszewska. Nie na zasługi jednak chcę zwrócić uwagę, lecz na wspomniany na wstępie problem rozumienia i praktykowania zasad demokracji.
Platforma może teraz wszystko, prawie wszystko. Pokazał to już marszałek Bronisław Komorowski, kiedy skorzystał z prerogatyw, jakie daje mu pełnienie obowiązków prezydenta, i nie tylko podpisał nową ustawę o IPN-ie, ale przeforsował też jej nowelizację potrzebną do zarządzania IPN-em. PO skorzystała z wygodnej sytuacji większości, której nikt legalnie nie może zahamować przed ustanowieniem jej politycznej woli. Podnoszone w tej sprawie skrupuły (wniosek do Trybunału Konstytucyjnego przygotowywany przez zmarłego prezydenta, którego marszałek zastępuje tylko tymczasowo) zostały jednoznacznie zbyte wzruszeniem ramion - jako "śmieszne". Większość parlamentarna realizuje swój program, odpowiadający jej wyborcom.
Zastanawiam się jednak, czy jako równie "śmieszne" ocenione zostanie oddanie kandydatce rządzącej partii stanowiska rzecznika praw obywatelskich, do którego może i powinna uciekać się zagrożona mniejszość? Jeśli tak będzie, to obawy przed oddaniem nie tylko całego państwa, lecz także całej niemal sfery publicznej jednej partii nie tylko będą mogły, ale powinny stać się głównym tematem kampanii prezydenckiej.
Rzecznik praw obywatelskich nie ma wielkiego wpływu na rządy - nie zablokuje tak czy inaczej rozumianych reform, nie wpłynie na przełomy w polityce zagranicznej (lub ich brak). Ma jednak praktycznie i symbolicznie ważną funkcję. To rola niepokornego - wobec rządzących - opiekuna tych, którzy czują się źle, niedostatecznie reprezentowani. Rządzący nigdy nie mieli tyle władzy w III RP, ile ma jej obecnie (a zwłaszcza może mieć wkrótce) PO. Dla polskiej demokracji nie jest bez znaczenia, czy rzecznikiem wobec tak potężnej, nie podzielonej już władzy, będzie kandydatka wskazana przez tę władzę - czy też przez opozycję.
Piszę to jako sympatyk części tejże opozycji, zwolennik kandydatury Jarosława Kaczyńskiego. Mam jednak nadzieję, że przedstawiony tutaj po amatorsku problem demokratycznych zasad (a może "tylko" obyczajów?) porusza również wyobraźnię zwolenników partii rządzącej - a także tej części mediów, która ich wspiera.
PS 23 maja redakcja "Gazety" uprzejmie zaproponowała uzupełnienie powyższego tekstu (przesłanego 14 maja): "Czy zechciałby pan dodać akapit, jak powinien się zachować PiS w 2006 r., gdy miał prezydenta, premiera, KRRiTV a rzecznikiem zrobił swego b. kandydata na europosła dr. Janusza Kochanowskiego? Tekst pana profesora byłby bardziej przekonujący".
Zmartwiła mnie ta propozycja, a raczej retoryczne pytanie. Rozumiem, że jako historyk z zawodu powinienem zająć się przeszłością. Cóż, różnimy się w jej ocenie. Możemy jednak przyjrzeć się temu, co niektórzy nazywają faktami.
Otóż, kiedy PiS sięgał po instytucje władzy państwowej, o zagrożeniach stąd wynikających pisała m.in. bardzo obszernie, często i w dramatycznym tonie "Gazeta". Bardzo wiele miejsca przestrogom przed kumulacją tej władzy poświęcały także dwie wielkie prywatne stacje telewizyjne, zajmujące łącznie ponad 50 proc. rynku telewizyjnego w Polsce (mam na myśli te dwie oczywiście, które wymienił niedawno
Andrzej Wajda jako "zaprzyjaźnione").
Z pewnością nie wszystkie media występowały przeciw rządom PiS, ale ośmielę się twierdzić, że ich zdecydowanie silniejsza część - na pewno tak. To jest właśnie ów fakt, na który pozwalam sobie zwrócić uwagę.
Media potrafią zastąpić doskonale rzecznika praw obywatelskich - kiedy patrzą na ręce władzy. Kiedy jednak są w stanie patrzeć na ręce tylko opozycji, nie przejmując się specjalnie aktualnym skupieniem wszystkich gałęzi władzy przez jedną partię, ale nawet upatrując w tym szansę na reformatorski "przełom", wówczas głos na rzecz oddania instytucji rzecznika praw obywatelskich kandydatce opozycji wydaje mi się dobrym sprawdzianem stosunku do demokracji.
Głos mediów wzywający - w takiej sytuacji - do moralnej delegitymizacji największej partii opozycji wydaje mi się natomiast podyktowany logiką wojny domowej: wojny aż do ostatecznego "dorżnięcia watahy" (i popierających tę "watahę" zapewne nie mniej niż 25-30 proc. współobywateli).
Jan Lityński*: rzecznik to nie jest obrońca praw PiS Obie kandydatki na stanowisko rzecznika praw obywatelskich reprezentują różne walory. Zofia Romaszewska, jedna z czołowych przedstawicielek opozycji lat 70., kiedy to wspólnie z mężem znakomicie prowadziła KOR-owskie Biuro Interwencyjne. Zawdzięczmy jej dokumentację wielu PRL-owskich zbrodni i nadużyć. Już to samo każe o niej myśleć jako o poważnym kandydacie na rzecznika praw obywatelskich w wolnej Polsce. A dodać do tego należy działalność w Biurze Interwencyjnym Senatu.
Jej kontrkandydatką jest Irena Lipowicz, profesor prawa, przez wiele lat jedna z czołowych postaci Sejmu, zawsze wskazywana w gronie najbardziej skutecznych posłanek i posłów, następnie ambasador w Austrii i specjalny przedstawiciel ministra spraw zagranicznych do spraw stosunków polsko-niemieckich, współprzewodnicząca Forum Polsko-Niemieckiego. Wybór trudny. Kandydatem miał być również Wojciech Sadurski, profesor prawa specjalizujący się w zagadnieniach wolności. To świadczy więc o tym, że nie brakuje odpowiednich osób nadających się na ten urząd.
Obie kandydatki, choć są i były bezpartyjne, mają oczywiste polityczne sympatie. Irena Lipowicz związana była z Unią Demokratyczną, następnie Unią Wolności. Nie znam jednak nikogo, kto zarzuciłby jej brak obiektywnego spojrzenia, czy kierowanie się w zasadniczych wyborach partyjną dyscypliną Zofia Romaszewska natomiast związana jest z obozem PiS-u.