Szybkimi krokami zbliża się najbardziej oczekiwana premiera ostatnich tygodni. Bledną przy niej wszystkie nagrania Beatlesów, Rolling Stonesów, blednie gwiazda Madonny, Michael Jackson przestaje być królem. Nagranie z cockpit voice recordera (CVR), ogółowi znane jako zapis z czarnej skrzynki tupolewa 154M, który rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem, ma po oczyszczeniu nagrania zostać opublikowane.
To nic, że niewielu rozumie, o czym rozmawiają piloci; dla większości procedury lotnicze to wielka tajemnica. Niewielu potrafi połączyć zapis rozmów z kolejnymi fazami lotu. Poszczególne słowa, komendy, odczytywanie checklisty nie wnoszą niczego nowego do ich wiedzy o tamtym locie. Dla większości najważniejsze jest usłyszeć, jak ginęli piloci i jak brzmiały ich ostatnie słowa.
Frajdą będzie usłyszeć ich ryk rozpaczy, kiedy zdawali sobie sprawę, że za moment zginą, frajdą usłyszeć jęk wydobywający się gdzieś z otchłani trzewi ze świadomością, że na jakąkolwiek reakcję jest już za późno. Cudownie usłyszeć siarczyste polskie przekleństwa tuż przed rozszarpaniem i spaleniem.
Może niektórzy gdzieś w zakamarkach nagrań usłyszą modlitwę do Boga i błagalne prośby o Jego wstawiennictwo, przecież to takie piękne i romantyczne. Tak zwykle zachowują się ludzie w chwili śmiertelnego zagrożenia: klną albo się modlą. Tak też w większości zachowują się piloci tuż przed tragiczną śmiercią. Ich głosy trudno będzie rozpoznać nawet najbliższym - są tak zmienione przez potworny strach i świadomość tego, co wydarzy się za chwilę. Matkom, żonom, rodzeństwu ciężko będzie rozpoznać słyszane przez dziesiątki lat głosy ich synów, mężów, braci. Tak działa adrenalina i stres.
Rejestratory rozmów w kokpicie zaprojektowano i wprowadzono po to, aby w razie wypadku mogły pomóc komisjom w wyjaśnieniu przyczyn, szczególnie w sytuacji, kiedy załoga zginęła i sama nie może już złożyć wyjaśnień. Za każdym razem okazują się bardzo pomocne. Świetnie obrazują, jak wyglądały ostatnie chwile przed katastrofą, współpraca załogi, jak wyglądała korespondencja z organami kontroli ruchu lotniczego. Wielokrotnie wskazywały, gdzie leży przyczyna zdarzenia lotniczego.
Nagrania te mają służyć wyłącznie dochodzeniom i są przeznaczone tylko dla członków komisji i prokuratorów. W Stanach Zjednoczonych Kongres zakazuje amerykańskiej komisji badania wypadków lotniczych, NTSB, jakiejkolwiek publikacji zapisu audio rejestratora rozmów. Podanie transkrypcji do publicznej wiadomości jest bardzo limitowane i odbywa się pod ścisłym nadzorem prawników. Czemu miałaby posłużyć publikacja nagrań spod Smoleńska? Poznaniu prawdy? Określeniu przyczyn wypadku? Z pewnością nie! Stanie się kolejnym etapem narodowego show.
Pamiętam katastrofę grupy akrobacyjnej Żelazny na pokazach w Radomiu w 2007 r., kiedy podczas wykonywania akrobacji zespołowej na zbieżnych kursach zderzyły się dwa zliny. Jakże "przyjemnie" było później oglądać w prasie zdjęcia ilustrujące moment katastrofy. Klatka po klatce przedstawiano moment zderzenia i zakreślano zdjęcia, obrazowo ilustrując: "To jest tułów pułkownika Marchelewskiego, a to głowa i ręka Piotrka Banachowicza". Prawda, że przyjemne? Prawda, jakże wielce pomocne w wyjaśnianiu przyczyn wypadku są fruwające po niebie szczątki samolotów i pilotów?
Pamiętam morderstwo Waldka Milewicza pod Bagdadem. Oglądając zdjęcia opublikowane przez jeden z tabloidów, długo można było się napawać obrazem zastrzelonego dziennikarza i dyskutować, czy kule przeszyły serce, wątrobę, czy śledzionę. Prawda, że miłe obrazy? Prawda, że bardzo pomogły one w ujęciu sprawców morderstwa? Jakże cudownie musiały czuć się rodziny ofiar, kiedy najbardziej intymne chwile śmierci ich bliskich wystawione zostały na oczy gawiedzi.
Ci chłopcy nie polecieli do Smoleńska, żeby się zabić. Oni polecieli, aby jak najlepiej służyć swojemu krajowi, tak kiedyś przyrzekali, składając wojskową przysięgę. Służyli krajowi, który wiele od nich wymagał, a który nie zdobył się na to, aby ich wykształcić tak, jak kształci się pilotów na całym cywilizowanym świecie.
Teraz niech publika widzi i słyszy, jak wpakowali się w kłopoty, jak nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji i jak w odpowiednim momencie nie potrafili powiedzieć twardego "nie" i przerwać tragicznego ciągu wydarzeń. Niech teraz wszyscy słyszą, jak umierają ze słowem "kurwa" lub "Jezu" na ustach.
Z niecierpliwością czekam na publikację zapisu dźwięku z kokpitu Tu-154M. To będzie hit internetu i z pewnością odbije się głośnym echem w szerokim świecie. Warto zastanowić się nad sprzedażą tych nagrań po 4,99 zł za sztukę. Setki milionów pobrań gwarantowane. Jakże pomocne mogą być te środki w czasach kryzysu. Może jakiś cwany muzyk zgrabnie wykorzysta ostatnie słowa pilotów i będzie ich można posłuchać przed snem na iPodzie? A może jakiś scholastyk umiejętnie wplecie pożegnania lotników w hymn, który od tej pory śpiewany będzie w kościołach? A może ich ostatnimi słowami będzie można zastąpić game over w setkach gier komputerowych?
Pomysłów na wykorzystanie zapisu z CVR jest mnóstwo... I tylko to prawo do godnego i intymnego umierania. Wdzięczny kraj za ich pracę niech rzuci swych pilotów na pożarcie masom, niech zeżre ich publika. Jak kiedyś lwy zżerały gladiatorów. Ludowi wszak potrzeba chleba i igrzysk.
PS List ten dostaliśmy po opublikowanui przez rząd stenogramów zapisów czarnych skrzynek. W dniu ich odtajnienia rzecznik rządu Paweł Graś powiedział, że trwają prace nad zapisem elektronicznym i przygotowaniem go w takiej formie, by można było odsłuchać nagrany dźwięk.
Zapowiedział, że "eksperci oceniają, że praca nad tym potrwa od tygodnia do dwóch". Po zakończeniu prac szef
MSWiA Jerzy Miller ma zdecydować, czy nagrania zostaną upublicznione.