http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wschodzi słońce dla IV RP?

Leszek Jażdżewski*
2010-05-13, ostatnia aktualizacja 2010-05-13 13:49

Tragedia w Smoleńsku i śmierć Lecha Kaczyńskiego przekreśliły to, co było przekleństwem obu braci Kaczyńskich, a więc obciachowość, która uczyniła ich niewybieralnymi. Tragedia nie może być obciachowa.

Leszek Jażdżewski - publicysta, politolog, członek stowarzyszenia Projekt: Polska, redaktor naczelny liberalnego magazynu
Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Leszek Jażdżewski - publicysta, politolog, członek stowarzyszenia Projekt...
Lech Kaczyński
Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
Lech Kaczyński
ZOBACZ TAKŻE
Największym problemem PiS były panująca wobec tej partii i będącego jej uosobieniem Lecha Kaczyńskiego niechęć, wręcz wrogość. Kaczyński irytował, wywoływał u znacznej części wyborców poczucie zażenowania. Swoim niewyraźnym i niejasnym sposobem przemawiania, sztucznym patosem, z jakim celebrował wyraźnie przerastającą go funkcję, skłonnością do obrażania się, brakiem zręczności w poruszaniu się po europejskich salonach. Prezydent nie potrafił się zdobyć na jakikolwiek dystans wobec macierzystej partii, a jego nieustanna skłonność do krytykowania i wchodzenia w spory z rządem koalicji PO-PSL była odbierana jako niesprawiedliwa i małostkowa.

Wartości prezydentury Kaczyńskiego: podkreślanie polskiej suwerenności, znaczenie jakie przywiązywał do historii, społeczna wrażliwość, zamiast stać się jego atutami w oczach wciąż dość konserwatywnych i przywiązanych do narodowej symboliki Polaków i zapewnić mu reelekcję, realizowane przez niepopularnego polityka same traciły społeczną nośność.

Wszystkie wcześniejsze próby zmiany wizerunku, czy to przez partię i jej prezesa, czy przez prezydenta, kończyły się fiaskiem. Jednak tragedia w Smoleńsku i śmierć Lecha Kaczyńskiego przekreśliły to, co było przekleństwem obu braci Kaczyńskich, a więc obciachowość, która uczyniła ich niewybieralnymi. Tragedia nie może być obciachowa.

Wojna czy pokój?

Jaką kampanię powinien prowadzić w tej sytuacji Jarosław Kaczyński? Uczynni suflerzy z prawicowych mediów podpowiadają walkę aż do całkowitego wyniszczenia przeciwnika, wykorzystanie Lecha Kaczyńskiego jak tarana, którym wyważy się drzwi do prezydenckiego Pałacu, miażdżąc po drodze PO i wysługujące się jej salonowe media.

"Wykształciuchy" i wszyscy inni przeciwnicy IV RP powinni się modlić o to, żeby liderzy i spin doktorzy PiS wsłuchali się w głos Terlikowskiego, Rymkiewicza czy Krasnodębskiego, z których wola mocy w tygodniu żałoby wylała się w postaci tekstów wieszczących odnowioną, zmartwychwstałą Polskę. I wezwań do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy wcześniej, bezczelnie drwiąc z prezydenta, moralnie odpowiadają za jego śmierć.

Nie jest przypadkiem, że na podjazdową wojnę, jaka zaczęła się w związku z Wawelem między gazetami i publicystami, nie zdecydowali się politycy. Oni mają świadomość, że opinia publiczna nie oczekuje rytualnej wymiany ciosów, ale zgody, żeby "politycy się nie kłócili".

Walkę o władzę w Polsce - inaczej niż w kowbojskich pojedynkach na Dzikim Zachodzie - wygra ten, który strzeli drugi, wykazując, że konkurencja złamała niepisany pakt o nieagresji. Oczywiście znacznie łatwiej w roli ofiary będzie występować kandydatowi PiS, dlatego podstawowym interesem tej partii jest utrzymanie stanu, jaki wytworzył się podczas żałoby, kiedy krytykowanie PiS, a szczególnie zmarłego prezydenta, stało się nie na miejscu, będąc uważanym wręcz za brak patriotyzmu i elementarnego taktu w obliczu tragedii.

Szkodliwa hipokryzja

Niestety, polski zwyczaj niemówienia źle o zmarłych ma tym razem dalekosiężne skutki polityczne. Szacunek wobec tragicznej śmierci głowy państwa myli się u nas z wystawianiem laurki, jak gdyby przypadkowa i nieoczekiwana śmierć, choć przez wielu traktowana jako akt heroicznego poświęcenia, oznaczała konieczność napisania historii prezydentury Lecha Kaczyńskiego od nowa, z pominięciem jej jednoznacznie krytycznej oceny w ostatnich czterech latach. Taka niekonsekwencja sprawia, że ludzie słusznie tracą zaufanie do mediów, zastanawiając się, kiedy próbowano wcisnąć im kit - wcześniej, kiedy jechano po Kaczyńskim jak po łysej kobyle, czy teraz, kiedy czyni się z niego męża stanu?

Media, goniąc za zyskiem i tanią popularnością, same kręcą na siebie bicz. Można by ich nie żałować, gdyby nie to, że zacierając granicę między uhonorowaniem zmarłego prezydenta a oceną jego dorobku, szykują grunt pod pisowską ofensywę, która - jeśli będzie skuteczna - odbije się także na nich. Kiedy się ockną, będzie już za późno, ponieważ kolejna zmiana frontu i przejście do uczciwej, a więc surowej, oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego będzie w panującej atmosferze politycznym i komercyjnym harakiri.

Polacy nie lubią triumfalizmu, cenią cierpienie z godnością (to nasz narodowy sport), współczucie wobec prezesa PiS jest czymś naturalnym, tylko człowiek pozbawiony serca mógłby być go pozbawiony w takim momencie, pozostaje mieć nadzieję, że te emocje nie zostaną cynicznie wykorzystane. Jednak w tym celu Jarosław Kaczyński musiałby charakterologicznie stać się kimś innym, kimś takim jak Maciej Łopiński, minister w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, który łamiącym się głosem wspominał na placu Piłsudskiego swojego szefa i zmarłych kolegów, a autentycznie wzruszony tłum, wbrew polskiej tradycji i poważnemu nastrojowi, nagrodził go spontanicznymi brawami.

Schowanie Jarosława Kaczyńskiego jest pierwszym krokiem na ścieżce do kampanii PiS pod hasłem: "Podziękujmy Lechowi i Marii Kaczyńskim". Nie są przypadkiem rozdawane przy stolikach, gdzie PiS zbierała podpisy poparcia, pocztówki ze śp. parą prezydencką.

Czy taka kampania może zapewnić zwycięstwo Kaczyńskiemu? Wydaje się to mało prawdopodobne, mimo tendencji zwyżkowej Jarosława Kaczyńskiego w publikowanych ostatnio sondażach. Paradoksalnie mogą one mobilizować uśpiony nieco elektorat PO, a zwłaszcza samego kandydata i jego sztab. Platforma musi teraz umiejętnie prowadzić politykę strachu - z której dotychczas słynął jej konkurent - strachu przed powrotem PiS do władzy, przypominając o realnym, a nie mitycznym dorobku i spuściźnie IV RP. Największym sojusznikiem na tej drodze może być sam prezes PiS, który musi kiedyś zaprezentować się publicznie, a nie słynął on dotychczas z nadmiaru koncyliacyjności.

Jarosławowi Kaczyńskiemu najłatwiej jest zdyskontować gigantyczny symboliczny kredyt, jaki wiąże się z pamięcią po tragicznie zmarłym bracie. Jednak jeśli przegra mit Lecha Kaczyńskiego, na którym można by budować tożsamość prawicy w Polsce, otrzyma potężny cios, być może nawet cios śmiertelny.

*Leszek Jażdżewski - publicysta, politolog, członek stowarzyszenia Projekt: Polska, redaktor naczelny liberalnego magazynu "Liberté!"

  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':