Popołudnie 8 kwietnia. W Sejmie przemawia minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Prezydent składa wizytę na Litwie, komentarze mówią, że w ten sposób głowa państwa unika udziału w debacie o priorytetach polityki zagranicznej kierowanej przez nielubianego ministra. W Sejmie Radosław Sikorski atakowany przez polityków PiS retorycznie pyta, po co prezydent udaje się z 16. wizytą na Litwę?
Po południu konferencja prasowa prezydent Litwy Dalii Grybauskaite i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, oboje mają skonsternowane miny. W trakcie wizyty litewski Sejmas odrzucił rządową ustawę umożliwiającą pisanie polskich nazwisk w oryginale.
To nie tak miało być. Prezydent był przekonany, że tę sprawę, która mimo jego świetnych relacji z litewskimi prezydentami toczyła się przez lata, uda się wreszcie załatwić. To miał być sukces, który prezydent chciał przywieźć do Warszawy - przeciwstawić politykę czynów polityce słów i gestów, którą jego zdaniem prowadzili premier Donald Tusk i szef
MSZ Radosław Sikorski.
To zdarzenie ukazuje problem polityki zagranicznej prezydenta: błędne założenia, fałszywe kalkulacje, niewłaściwie wybrane chwile i brak czegoś, co w polityce zagranicznej trzeba mieć - odrobiny szczęścia.
Polityka zagraniczna - opowieść o Polsce Prezydent Lech Kaczyński traktował swoją politykę zagraniczną jak misję. Chciał opowiedzieć światu o Polsce, przenośnie i dosłownie. Gdy podczas pierwszego spotkania na dziedzińcu zamku Charlottenburg prezydent Niemiec Horst Köhler zwrócił się do niego grzecznościowo na powitanie kilkoma zdaniami po polsku, dziennikarze usłyszeli, jak na trasie przejścia do kompanii reprezentacyjnej Lech Kaczyński opowiadał mu o Kresach i Kijowie, dokąd sięgała Rzeczpospolita. Prezydent Köhler słuchał tej niezrozumiałej dla niego opowieści z niepewnym wyrazem twarzy.
Prezydentowi Bushowi w Jastarni w 2008 r. długo tłumaczył, jak doszło do II wojny, przedstawiał dzieje Ukrainy oraz Gruzji. Najbardziej lubił wspólne długie rozmowy z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem, który świetnie znał historię, a do tego język polski.
Te seminaria, jakie prezydent urządzał rozmówcom, miały ich przekonać, że Polska z racji historycznego doświadczenia miała szczególne prawo do zajmowania ważnego miejsca w polityce światowej.
Anna Fotyga, bliska przyjaciółka prezydenta i minister spraw zagranicznych, mówiła, że prezydent miał fascynującą wizję polityki zagranicznej. Ta polityka miała jeden wspólny mianownik. Ograniczenie roli Niemiec w Europie oraz stworzenie przeciwwagi dla putinowskiej Rosji, która jego zdaniem odzyskiwała imperialny pazur. Choć początkowo polityka zagraniczna zdawała się prezydenta nie interesować. Nie znał języków obcych. Maria Kaczyńska na balu dziennikarzy żartowała, że obchodzi 30. rocznicę próby nauczenia go języka angielskiego. - On ma fenomenalną pamięć do słówek, ale nie potrafi ich w zdania poskładać - narzekała. Po świecie zaczął więcej podróżować, dopiero jak został prezydentem Warszawy. Do polityki światowej wchodził z reputacją eurosceptyka, nieufnego wobec Niemiec i Rosji.
Usiłował z taką opinią walczyć, ale niezręcznie. Podczas pierwszej wizyty w Niemczech w 2006 r. powiedział na Uniwersytecie Humboldta, że w relacjach z Niemcami "można wyobrazić sobie spór, ale nie można obecnie wyobrazić sobie konfliktu zbrojnego". Kaczyński uważał, że w ten sposób przełamuje stereotypy. Efekt był odwrotny. Niemieccy dziennikarze pytali. - O jaką wojnę waszemu prezydentowi chodzi?
Centrum przeciw Wypędzeniom i idea budowy Rurociągu Północnego - prezydent postanowił w tych sprawach nie cofać się nawet o milimetr. Zerwał z dotychczasowym kanonem, według którego Niemcy są pierwszym sojusznikiem Polski w UE, ale równocześnie uświadomił, że między obu krajami jest wiele niezałatwionych spraw.
Traktat - gra o znaczenie Z czasem Lech Kaczyński ocenił, że Polska ma szansę, by odegrać istotną rolę wewnątrz europejskiej wspólnoty. - Skoro nowy traktat europejski jest korzystny dla Francji i Niemiec, to one muszą próbować nas do niego przekonać - kalkulował. W czasie negocjacji traktatu lizbońskiego postanowił rozegrać partię, którą Anna Fotyga nazwała "oscarową rolą".
W 2007 r. na negocjacje traktatu europejskiego do Brukseli oficjalnie z kraju wyjeżdżał jako zwolennik pierwiastkowego liczenia głosów w Radzie Europy. Zaraz po przyjeździe do Brukseli Kaczyński porzucił jednak system pierwiastkowy, czym zdumiał nawet doradców. Uznał, że w interesie Polski jest utrzymanie jak najdłużej nicejskiego systemu liczenia głosów i jego różnorodnych zabezpieczeń, a "pierwiastek" najbardziej służy Niemcom. Zagubiona w polskiej grze i zirytowana kolejnymi żądaniami kanclerz Merkel stwierdziła, że w takim razie Polska będzie wyłączona z systemu lizbońskiego, co wywołało opór mniejszych państw, w tym Litwy.
Kaczyński popsuł triumf Merkel, bo jej rolę rozjemcy przejął prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Podpisanie traktatu lizbońskiego, wsparte taktycznym sojuszem z prezydentem Sarkozym, było największym sukcesem Lecha Kaczyńskiego w polityce unijnej.
Jednak okazało się, że prezydent Kaczyński chce nadal odgrywać rolę języczka u wagi europejskiej polityki. Chciał, aby Europa zabiegała teraz o to, by traktat podpisał. Ale wielkim tego świata nie uśmiechała się rola petentów. Szybko zraził do siebie prezydenta Sarkozy'ego, który ratyfikacją traktatu chciał uświetnić francuską prezydencję UE. Gdy Kaczyński stwierdził, że po odrzuceniu traktatu w irlandzkim referendum traktat jest "bezprzedmiotowy", Sarkozy replikował, że wierzy, iż Kaczyński wypełni swoje honorowe zobowiązanie i traktat podpisze.
Efektem było zmarginalizowanie Polski. Jej smutnym i bolesnym dla Kaczyńskiego następstwem było wyeliminowanie go z relacji z najważniejszymi państwami Unii. Ustały bilateralne wizyty w najważniejszych krajach Unii, stałym kierunkiem podróży głowy państwa stały się Litwa, Gruzja i Ukraina. Szczyty Unii Europejskiej stały się praktycznie jedyną płaszczyzną, gdzie prezydent Kaczyński mógł spotykać się z wielkimi UE.
Komiczny spór o krzesło był nie tylko walką o prestiż. Prezydent uważał, że Donald Tusk jest zbyt miękki w relacjach z państwami Unii. Podczas naszej ostatniej dłuższej rozmowy na seminarium w Lucieniu tłumaczył, że gdyby on był na szczycie, gdzie wybierano przewodniczącego Rady Europejskiej i szefa unijnej dyplomacji, kandydatury Hermana van Rompuya i lady Catherine Ashton nigdy by nie przeszły. - Bo ja potrafiłbym powiedzieć "nie", ale złożyła mnie ciężka grypa - tłumaczył.
Lech Kaczyński sformułował inny program unijnej polityki zagranicznej. Podczas spotkania ambasadorów zimą 2008 r. twierdził, że Polska musi budować "koalicję słabych", gdyż Unia jest obecnie obszarem dominacji Niemiec i Francji. Okazało się jednak, że niewielu było chętnych, by ktoś ich za słabych uznawał.
Właśnie chęcią obrony praw mniejszych państw przed dominacją większości uzasadniał opór przed podpisaniem traktatu lizbońskiego przed pozytywnymi wynikami referendum w Irlandii. Gdy Irlandczycy powiedzieli "tak" traktatowi, prezydent traktat w 2009 r. podpisał. Niestety, ta zwłoka spowodowała, że traktat lizboński, który był jego negocjacyjnym sukcesem, stał się w ten sposób jego propagandową porażką.