http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zarządzanie zbiorowym żalem

Teresa Bogucka Gazeta Wyborcza
2010-04-26, ostatnia aktualizacja 2010-04-26 14:42

W TVP1 pokazywano Pierwszą Damę i ciepłe zdjęcia prezydenckiej pary, ale ten motyw czułości i dobroci był kontrapunktem dla tezy o Wielkim Kłamstwie mediów na temat Lecha Kaczyńskiego.

11 kwietnia, Warszawa. Wozy satelitarne przed Pałacem Prezydenckim
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
11 kwietnia, Warszawa. Wozy satelitarne przed Pałacem Prezydenckim
Niegdyś, przed czasem internetu i telewizji non-stop na żywo - wielkie, poruszające wydarzenia przeżywało się w rytm wydań gazet i godzin wiadomości, w rytm słów napisanych lub odczytanych, ale przemyślanych i wyważonych, będących zamkniętym komunikatem. Pomiędzy nimi był czas na przeżycie sprawy, przemyślenie, rozmowy.

Dziś telewizja hipnotyzuje nieustającym ciągiem relacji filmowych, dając złudzenie uczestniczenia w wydarzeniach. Tyle że towarzyszy temu cały zestaw sterowników emocji: muzyka wznosząca uczucia, impresje ściskające za gardło, zwolnione czarno-białe zdjęcia przypominające, że pokazanych osób już nie ma. A do tego nieprzerwany potok słów. Narracja, komentarze, wywiady, wspomnienia osób znających ofiary, wspomnienia własne dziennikarzy, mikrofon podtykany ze strasznym pytaniem: co pan/pani czuje? I odpowiedzi - z początku nieporadne, potem coraz bardziej banalne, już przez sytuację wyuczone. Przez tydzień w kółko to samo - zdania niby słuszne, emocje usprawiedliwione, ale ginące w zalewie słów coraz mniej znaczących.

Uderzające było zatarcie granicy między przekazem informacji a całą sferą wyrażania uczuć, czy też może operowania nimi. Po pierwsze - brak ramówki. Widz już po paru godzinach wiedział, że otwierając telewizor, trafi na żałobę. Po drugie - nawet serwisy nie różniły się od tła: też te same zwolnione zdjęcia, te same motywy melodyczne, a pomiędzy nimi rozsiane najnowsze przekazy tyczące żałobnych obchodów. Telewizja wyraźnie zawiesiła swe zwykłe funkcje i przejęła od państwa zarządzanie zbiorowym żalem. Ci, którzy mieli potrzebę wyłamania się ze zbiorowości sterowanej emocjonalnie z ekranów i zapragnęli się spotkać z innymi ludźmi, wkrótce zostali przez telewizje skonsumowani - jako obraz, jako materiał do zadawania ciągle tych samych pytań, jako zjawisko do wyjaśnienia przez znawców.

O czasie trwania żałoby narodowej zdecydował marszałek Sejmu, ale o jej formie przesądziła telewizja. W tym o wizerunku głównej postaci dramatu - prezydenta, który do katastrofy miał poparcie ograniczone.

Wszystkie kanały podstawowy wzór miały podobny i dosyć oczywisty: podjęły jego rolę symboliczną, jaką jest uosabianie państwa, ale w akcentach szybko zaczęły się różnić. Zdaje się, że dla TVN bliższa była była koncepcja primus inter pares. Tu widz częściej trafiał na sylwetki pozostałych ofiar, także tych mniej znanych, tu każdorazowo pokazywano powitanie przez premiera kolejnych trumien na lotnisku, tu wreszcie wykonano ważny zabieg - wysunięto na pierwszy plan Panią Prezydentową, o której z dawna wspominano, że w PR-owskich planach ma ocieplić wizerunek Lecha Kaczyńskiego.

Jak wiadomo, był on wobec zabiegów wokół swego image'u niechętny, ale teraz rzeczywiście Maria Kaczyńska ów image rozświetliła. W parę dni obraz prezydenckiej pary, jej wzajemnej czułości i serdeczności stał się ikoną wiążącą dobre zbiorowe emocje. Zapytywani na Krakowskim Przedmieściu do tej ikony się odwoływali, postrzegali małżonkę prezydenta jako osobę pełną zrozumienia i życzliwości dla zwykłych ludzi, szybko to się zresztą przenosiło na oboje, i tak para prezydencka wchodziła w rolę dobrotliwych i zatroskanych monarchów. Wawel stawał się oczywistym miejscem pochówku.

Odmiennie rzecz wyglądała w Programie 1 telewizji publicznej. Tu również pokazywano Pierwszą Damę i ciepłe zdjęcia prezydenckiej pary, ale ten motyw czułości i dobroci był kontrapunktem dla tezy o Wielkim Kłamstwie mediów na temat Lecha Kaczyńskiego. Otóż ich powszechna zmowa miała na celu ukrycie zalet prezydenta, ośmieszenie jego patriotyzmu i oddania wartościom. Co to dokładnie miało znaczyć i jakim cudem do spisku wciągnięte zostały media życzliwe PiS, czyli parę ogólnopolskich gazet i cała TVP - nie wiadomo. Wiadomo, zdaniem „Jedynki", że jakaś zasadnicza prawda została ukryta i dopiero teraz się ludziom otwierają oczy. Tragicznie zmarły prezydent jawi się zatem jako ofiara katastrofy znaczącej miejscem i terminem, zapętlającej się z zbrodnią sprzed 70 lat, ale i jako postać niedoceniona i niezrozumiana za życia, której prawdziwą wielkość społeczeństwo dopiero teraz odkrywa.

Ludzie, którzy tłumnie gromadzili się pod Pałacem Prezydenckim ze zniczami i kwiatami, pytani przez reporterów, powtarzają, że teraz dopiero dowiadują się prawdy o prezydencie i zastanawiają się, dlaczego wcześniej im tego nie mówiono. Co dzień pojawiają się coraz bardziej wyraziste i kategoryczne osądy winnych - np. że oto "lud wymierza sprawiedliwość swoim duchowym oprawcom i odkłamuje rzeczywistość". Potępienie oprócz oprawców obejmuje też tych, którzy prezydenta nie popierali, i tu odmawia się im nie tylko patriotyzmu, wręcz przynależności do rodzącej się na naszych oczach nowej wspólnoty obywatelskiej.

Deklaracje wyławianych z tłumu zwolenników prezydenta lub tych, którzy właśnie poznają prawdę o nim, na bieżąco analizowali i podsumowywali propisowscy komentatorzy. Oto więc tysiące ludzi, którzy palą tu znicze i stoją po kilkanaście godzin w kolejce, by oddać hołd prezydenckiej parze, tworzą nową obywatelską więź, domagają się prawdy o sobie, o swoich wartościach, o swoim patriotyzmie. O tym wszystkim, co reprezentował Lech Kaczyński, a co im zostało odebrane przez wiadomo kogo. W uszczegółowieniach wskazywano posłów PO, lewicy, wiadome media i tych, którzy do rodzącej się wspólnoty nie dołączają. Wszystko to działo się pod żałobnym logo TVP - "Bądźmy razem"

Czy to, co robiła "Jedynka" (w pozostałych kanałach TVP nie było jednopartyjnej linii), można uznać za wykorzystanie żałoby do agitacji wyborczej, co się czasem słyszy? Otóż z punktu widzenia nadchodzących wyborów było to raczej działanie samobójcze. PiS ma wierny elektorat (ok. 20 proc.). Jego jedyną szansą jest otwarcie się na nowe środowiska. Tragedia spowodowała wstrząs i żal, który objął wszystkich, także tych, których prezydent Kaczyński do siebie nie przekonywał, mówiąc oględnie.

Z falą współczucia mogła też przyjść większa uwaga i otwartość na przekaz z PiS, formacji związanej z prezydentem. Tymczasem szczególność chwili nie zmieniła obrazu PiS. Wprawdzie politycy milczeli, ale tę ciszę zapełniły głosy wyznawców - rozliczaniem, wykluczaniem z żałoby i wspólnoty smutku, egzaminowaniem z patriotyzmu.

Jakby formacja ta nie odpowiedziała sobie ciągle na pytanie, jakie w demokratycznym państwie jest miejsce tych, którzy się z nią nie zgadzają. Tych, którzy mają prawicowe poglądy gospodarcze lub lewicowe przekonania ideowe, albo są liberałami w dziedzinie obyczajowej, albo ateistami lub uważają, że Kościół ma za duże wpływy, albo są przekonani, że Powstanie Warszawskie było niepotrzebną ofiarą. Albo po prostu nie obchodzi ich historia ani patriotyzm, chcą się zajmować swoimi sprawami i o tyle interesuje ich państwo.

Czy oni wszyscy błądzą, grzeszą, szkodzą Polsce? Z punktu widzenia partii, która uznała, że wyłącznie reprezentuje wartości, także moralne - tak. Większość błądzi ogłupiana przez tych, którzy z wartości wyzuci chcą szkodzić. Ich wpływy trzeba ograniczać, odzyskując ważne instytucje życia zbiorowego.

W odzyskanym kanale telewizji co raz padało pytanie, czy wielkie zbiorowe przeżycie żałoby coś zmieni. Komentatorzy na ogół przekonywali, że tak, że ludzie zobaczyli prawdę, odzyskali ją i już się od niej nie odwrócą.

Trudno ocenić, czy to przekonanie się sprawdzi. Po wielkiej narodowej żałobie po Janie Pawle II nadzieje na to, że się zmienimy, były tyle warte, ile porozumienie Wisły z Cracovią; życie publiczne weszło w fazę brutalności, przedtem niespotykaną.

TVP pokazywało narastanie żałobnej wspólnoty, tłumy przybywające na pogrzeb z krańców Polski. Ale ani w Warszawie, ani w Krakowie nie było miliona ludzi. A sądząc po transparentach, oklaskach - uczestników łączyła więź, z której inni poczuli się wykluczeni.

Nic się w Polsce nie zmieni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 109 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    167 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':