Marcin Bosacki: Dostał pan list zza grobu. Robert Kupiecki: W tamtą straszną sobotę tydzień temu obudzono mnie przed 4 rano, pojechałem do ambasady. Przez kilkanaście godzin przyjmowałem telefony z wyrazami współczucia od Amerykanów, potem też gości, którzy zaczęli przybywać, by się wpisać do księgi kondolencyjnej, prowadziłem konsultacje z Warszawą, tłumaczyłem sytuację w Polsce władzom
USA.
Do domu wróciłem o północy. Wchodząc przez furtkę, otworzyłem skrzynkę na listy [w USA w soboty poczta działa]. I znalazłem spóźnione o kilka dni życzenia wielkanocne od Władka Stasiaka, o którym od 20 godzin wiedziałem, że nie żyje. Chciało mi się płakać.
Nie byłem jedyny. Stasiak był w lutym w Waszyngtonie na spotkaniach z czołowymi urzędnikami i analitykami. W ostatni wtorek szef jednego z waszyngtońskich instytutów badawczych zadzwonił do mnie, że właśnie dostał list od Stasiaka z podziękowaniami za spotkanie. Listy zza grobu...
Władek taki był - sumienny, uprzejmy, wzór dżentelmena i urzędnika państwowego.
Znał się pan z nim od bardzo dawna. - Poznaliśmy się 18 lat temu w Krajowej Szkole Administracji Publicznej, która z założenia miała być kuźnią kadr urzędniczych dla odradzającego się niepodległego państwa. Władek był w pierwszym roczniku szkoły, ja w drugim.
Trzeba pamiętać, jaki to był moment - bardzo ideowy, wszyscy chcieliśmy sukcesu nowej, niepodległej RP. Ogłoszenia o naborze do KSAP były mniej więcej takie: "Chcesz służyć Ojczyźnie, poświęcić jej swe życie i pracę - KSAP to miejsce dla Ciebie". I Władek był taki jak ten wzór z ogłoszeń - nie tylko wtedy, ale przez kolejne lata, do końca.
On się już w szkole wyróżniał.
[wspomnienia absolwentów KSAP o Stasiaku: http://www.ksap.gov.pl/ksap/content/view/433/88/]. Nie tylko wzrostem, ale przede wszystkim zachowaniem - był koleżeński w takim staroświeckim stylu. Na co dzień zwracał się do rozmówców czy podwładnych: "Mości dobrodziejko...", "Czy waćpan mógłbyś...". W jego ustach to nie brzmiało śmiesznie, po prostu taki był. Potem, gdy już zajmował wysokie stanowiska, ta jego maniera archaicznego zwracania się do ludzi często wręcz pomagała rozładowywać napięcie. A przecież pracował w miejscach bardzo trudnych - w
NIK, był szefem
MSWiA, BBN, w końcu szefem Kancelarii Prezydenta.
Ja zajmowałem się sprawami obronności w
MSZ, on - w NIK. Nasze drogi się często krzyżowały, np. gdy on działał w strukturach kontrolnych NATO w Brukseli, a ja byłem zastępcą ambasadora w naszej tam misji. Znałem NATO ciut lepiej i pamiętam z tamtych czasów jeszcze jedną cechę Władka - słuchał, zadawał pytania, by się jak najlepiej przygotować do tego, co robi.
To rzadka cecha u polityków. - Władek nigdy, także później, na najwyższych stanowiskach, nie uważał się za polityka. Nigdy nie przestał być przede wszystkim urzędnikiem państwa, a dopiero potem człowiekiem określonej, prawicowej opcji politycznej. W wywiadach czy niedzielnych sesjach gadających głów w telewizji bardzo rzadko atakował. Raczej bronił, wyjaśniał, starał się o znalezienie kompromisu. Mam nawet wrażenie, że z tego powodu w grze politycznej bywał zagubiony. Z naszych licznych rozmów sądzę, że mógł być niekiedy rozdarty między lojalnością wobec instytucji, którą reprezentował, a tym, co niekiedy pojmował jako szerszy interes państwa.
Przykład? - Nawet ta jego ostatnia wizyta w Waszyngtonie i spotkanie z polskimi dziennikarzami. Wyście go próbowali skierować na modne tory konfrontacji między Pałacem Prezydenckim a rządem i MSZ w polityce zagranicznej. A on cierpliwie tłumaczył i podkreślał, że jego wizyta jest uzgodniona z MSZ, że reprezentuje kraj, a nie urząd prezydencki, że nie ma dwóch polskich polityk zagranicznych.
Z tej wizyty pamiętam też moment, który świetnie pokazuje jego stosunek do ludzi. Przyleciał akurat między dwoma gigantycznymi śnieżycami w Waszyngtonie. Na ulicach leżał metr śniegu, nic nie działało. W Kongresie odwołano niemal wszystkie spotkania ze Stasiakiem, bo senatorowie i kongresmeni nie mogli przylecieć do stolicy. Nasz przedstawiciel w Kongresie Artur Orkisz szedł na spotkanie z ministrem jak na ścięcie. A Stasiak spojrzał na mnie, na Artura i powiedział mu tylko: "Następnym razem się panu uda".
Naraził się kiedyś swym przyjaciołom politycznym? - Choćby w ostatnich tygodniach życia, gdy starał się tak wszystko zorganizować, by do Moskwy na obchody 65. rocznicy zakończenia II wojny gen. Wojciech Jaruzelski leciał razem z prezydentem Kaczyńskim. To oczywiście nie podobało się wielu ludziom w
PiS. A na lewicy też mało kto to docenił.
Natomiast dla Stasiaka ta sprawa nie była problemem. Starał się na nią patrzeć w kategoriach "co dobrego może z tego wyniknąć". Rozumował tak: "W porządku, Rosjanie zaprosili i prezydenta Jaruzelskiego, i prezydenta Kaczyńskiego, więc co można zrobić, by Polska odniosła z tego korzyść, np. w stosunkach z Rosją?".
Władek taki był. Jego pasją była historia II RP. I on starał się być, nie - on był takim patriotą najlepszego przedwojennego typu. Nie mówił bez przerwy o Polsce, tylko robił dla niej tyle, ile mógł.
*** Rozmawiał w Waszyngtonie Marcin Bosacki