Przed dziesięcioma laty w
MSWiA przeglądałem materiały archiwalne. Natrafiłem na informację o skazaniu na karę śmierci młodego człowieka. Został aresztowany w lipcu 1940 r. przez NKWD, a następnie był więziony przez długie miesiące. Proces sądowy trwał dwa dni. 1 lutego 1941 r. ten człowiek, stojący na progu życia, został skazany na śmierć przez Najwyższy Sąd Białoruskiej Republiki Sowieckiej. Jego wina polegała na tym, że był harcerzem i pozostał wierny Rzeczypospolitej. Przez ponad trzy miesiące czekał w celi śmierci na wykonanie wyroku. W maju 1941 r. zamieniono karę śmierci na dziesięć lat gułagu. Został zesłany na Kołymę.
To Ryszard Kaczorowski, w sierpniu 1939 r. zastępca Komendanta Pogotowia Harcerskiego w Białymstoku, powołanego przez władze harcerskie do służby pomocniczej na wypadek wojny. Po agresji sowieckiej - zastępca hufcowego w tajnym hufcu, który w listopadzie 1939 r. wszedł w skład Szarych Szeregów. Należy do pierwszego pokolenia, które urodziło się i wychowało w niepodległej Polsce.
Przywołując historię mieszkańców wschodnich województw II Rzeczypospolitej sprzed 70 laty, można powiedzieć, że los obszedł się łaskawie z harcerzem Kaczorowskim. Mogło stać się z nim to samo, co z oficerami i podoficerami wojska polskiego, policjantami, inteligencją, uczestnikami wojny polsko-bolszewickiej, osadnikami wojskowymi i tysiącami Polaków, którzy po 17 września 1939 r. stali się wrogami Związku Sowieckiego.
Po podpisaniu w 1941 r. umowy Sikorski-Majski bez wahania zgłosił się do wojska tworzonego przez gen. Władysława Andersa. Jako żołnierz 2. Korpusu w batalionie łączności 3. Dywizji Strzelców Karpackich odbył kampanię włoską, walcząc m.in. pod Monte Cassino. To Ryszard Kaczorowski nadał w świat wiadomość o zajęciu przez oddziały polskie klasztoru-twierdzy na Monte Cassino.
Po decyzji w Jałcie postanowił wraz z tysiącami rodaków pozostać na Zachodzie. W Londynie rozwinął pracę wychowawczą z młodzieżą. Pracował w wielu organizacjach, ale działalność harcerska była zawsze na pierwszym miejscu. Będąc przewodniczącym ZHP, współpracował z gen. Andersem na rzecz utrwalenia historii walk 2. Korpusu we Włoszech. To jego zobowiązał generał, żeby podtrzymywał pamięć o żołnierzach polskich, spoczywających na Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino.
Emigracja dla Niego nie była wyborem łatwiejszego chleba, lecz potrzebą przeciwstawienia się sowieckiej dominacji w Polsce. W rządzie prof. Edwarda Szczepanika był ministrem do spraw krajowych. Utrzymywał bliskie kontakty z ojczyzną, wspierał duchowo - a jak trzeba - także materialnie tych ludzi, te podziemne organizacje, które nie godziły się z narzuconym, obcym Polakom systemem politycznym. Jednocześnie On i cała niepodległościowa emigracja cieszyli się z każdego sukcesu Polski i narodu polskiego.
Mocniej im biły serca, gdy do Polonii przyjeżdżały zespoły Śląsk lub Mazowsze, gdy na olimpiadzie w Montrealu polscy siatkarze wygrywali z drużyną radziecką i zdobyli złoty medal olimpijski. Gdy wybuchały strajki w Poznaniu - a potem Radomiu, Ursusie, Gdańsku - rosła nadzieja, że Ojczyzna może być wolna.
Z wielką energią tworzył Fundusz Pomocy Robotnikom, potem Funduszu Pomocy Kulturze Polskiej. Pragnął, aby spełniło się jego marzenie powrotu do niepodległej Polski.
W 1989 r. po śmierci Kazimierza Sabatta został ostatnim prezydentem RP na Uchodźstwie. W grudniu 1990 r. byłem świadkiem historycznego wydarzenia na Zamku Królewskim w Warszawie. Prezydent Ryszard Kaczorowski przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie. Spełniło się marzenie Jego i wielu tysięcy rodaków żyjących na obczyźnie. Polska była wolna.
Ostatni raz spotkałem się z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim 24 listopada 2009 r. w 90. rocznicę urodzin. Jubileusz ten był także świętem całej emigracji niepodległościowej, wszystkich Polaków, którzy żyjąc na obcej ziemi, przechowali pamięć o bohaterskich zmaganiach z sowieckim i niemieckim okupantem. Był świętem tułaczy, którzy są symbolem ciągłości niepodległego państwa polskiego. Uroczystość ta była hołdem dla pokolenia emigracji wojskowej.