Niedawno
TVN pokazał film Tomasza Sekielskiego pt. "Władcy marionetek". Wśród przykładów mających świadczyć o zepsuciu polskiej polityki jest scena, gdzie Tomasz Kalita, rzecznik
SLD, prezentuje, jak działa program komputerowy, którym rozsyła się SMS-y do posłów Sojuszu.
Kalita wpisuje do komputera tekst, poprawia błędy, wciska enter. I wtedy na sali sejmowej rozlegają się dźwięki przychodzących wiadomości. A później politycy SLD mówią przed kamerami zdaniami wyjętymi z SMS-a. - I tak to działa - kwituje Kalita. Choć zapewnia "Gazetę", że nie chodzi o "ręczne sterowanie" posłami, tylko o "uporządkowanie przekazu" po uprzednim przedyskutowaniu spraw w klubie, ta scena wiele mówi o tym, jak wygląda polska polityka.
Nie opasłe programy są najważniejsze, ale krótka wiadomość wysłana z komórki. Rozsyłane SMS-ami "setki" (krótkie wypowiedzi dokładnie wyjaśniające, o co politykowi chodzi) lekko ubarwione zamieniają się w setki, które pokazuje telewizja czy puszcza radio.
Partie informują swoich ludzi nie tylko o własnych stanowiskach. - Od rana dostajemy SMS-ami informacje o tym, co w porannych rozmowach mówili nasi ludzie. Ale również najważniejsze cytaty naszych przeciwników, do których w ciągu dnia będziemy się odnosić. I informacje, co która stacja telewizyjna pokazała w wiadomościach i w jakim kontekście pokazywano naszą partię - wylicza jeden z często obecnych w mediach posłów PiS. Ile jest takich wiadomości? Kilkanaście, a u tych, którzy są na pierwszej linii medialnego frontu - więcej. - To nic złego. Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym i musimy mieć dostęp do informacji - przekonuje nasz rozmówca.
Skrzynki się zapychająInformacyjne ADHD polityków nasila się przed wyborami. Wiadomości od polityków i ich biur zapychają telefony i skrzynki pocztowe dziennikarzy. Niedawno po raz pierwszy oprócz informacji prasowej, jakie rozsyłają mailem partie, dostałem gotową "setkę" z wypowiedzią
Marka Jurka, kandydata na prezydenta Prawicy Rzeczypospolitej. Coraz częściej informacyjna działalność partii przybiera formy, które z poważną polityką mało mają wspólnego - np. klub PO zapraszał na "losowanie kolejności wystąpień kandydatów w debacie prawyborczej PO".
Im bliżej wyborów, tym częściej politycy uznają, że warto zbliżyć się do wyborców, nie tylko licząc na nagłośnienie ich przekazu przez dziennikarzy, ale wchodząc z nimi w interakcję w internecie. W ostatnich tygodniach konta na
Facebooku i
Twitterze założyła spora grupa znanych polityków (Marek Jurek, Radosław Sikorski, Tomasz Nałęcz, Ryszard Kalisz, Jerzy Szmajdziński).
Politycy żyją w przekonaniu, że celnie rzucone zdanie otworzy im drogę do mediów. A stamtąd bliżej do serc wyborców. Częściowo mają rację. Niewiele znaczące newsy z Twittera (krótkie wiadomości długości 140 znaków) okazują się w portalach internetowych wiadomościami dnia: np. to, że Sikorski chce, żeby Palikot przeprosił go sto razy, pisząc "Nasz kandydat Radosław Sikorski". Choć nie zawsze wszystko idzie po myśli polityków - niechciany rozgłos zyskał np. wpis
Pawła Poncyljusza (PiS), który na Twitterze skrytykował kongres swojej partii. Przez pomyłkę uczynił to publicznie.
Ale co z tego ma zwykły internauta? Politykom nie jest łatwo przyciągnąć go na swoje strony. Wśród zainteresowanych są przede wszystkim "fani gatunku": dziennikarze, polityczni blogerzy, partyjni działacze. Kiedyś ci ostatni robili sobie z Wałęsą zdjęcie. Dziś mogą pochwalić się tym, że znanego polityka mają w kontaktach na Facebooku czy w Naszej-klasie. Dlaczego tak jest?
Niewielu polityków z pierwszej półki rozumie na razie, że internet to nie tylko prezentowanie własnego stanowiska, ale również wsłuchiwanie się w głosy z zewnątrz. Pomysły PiS na filmiki obśmiewające rząd Tuska już się trochę przejadły. Ile można je oglądać?
Do wyjątków należy
Ludwik Dorn, który zaprosił blogerów do współpracy przy wyjaśnianiu sprawy lobbingu przy ustawie hazardowej, a później w czasie sejmowych wystąpień ich cytował. Ostatnio zainteresował się historią jednej z internautek, która skarży się na prześladowania ze strony wymiaru sprawiedliwości.
Kobieta napisała w blogu, że jej bratowa chciała w 1999 r. kupić na kredyt komputer dla syna. Nigdy go nie dostała, ale bank, który udzielił kredytu, zaczął domagać się jego spłaty, powołując się na rzekomo poświadczoną przez brata umowę. Grafolog ocenił, że to nie brat ją podpisał, ale dostawca sprzętu zaczął się bronić, że wprawdzie nie dostarczył rodzinie komputera, ale zmodernizował stary. Prokuratura mu uwierzyła i oskarżyła małżeństwo o próbę wyłudzenia bankowego kredytu.
Sąd cztery razy odrzucał wnioski rodziny o umorzenie sprawy. W końcu wydał nakaz aresztowania brata za utrudnianie postępowania. Mimo wielokrotnych odwołań i tego, że za małżeństwem wstawiał się senator PiS Czesław Ryszka, sprawa trwa.
W lutym 2010 r. - jak pisze blogerka - do ich domu wkroczyła policja. Skończyło się awanturą i zabraniem brata do aresztu, a matki do szpitala. Ona sama została odwieziona do szpitala psychiatrycznego. Po przewiezieniu do komendy próbowała podciąć sobie żyły, a policjanci mówią, że była wobec nich agresywna. Poruszony Dorn wystąpił o sprawdzenie jej historii do ministra sprawiedliwości, po czym zaraportował o tym blogerom. Nie tylko "nadawał", ale i słuchał, a nawet interweniował w interesie szarego internauty.
Większość polityków korzysta jednak z Facebooka czy Twittera dość jednostronnie. Plan minimum to poinformowanie o audycji, w której wystąpią. Czasem dyskutują ze sobą. Np. Marek Jurek i Bartosz Arłukowicz (SLD) spierają się o IPN. Innym - np. Adamowi Bielanowi z PiS - Twitter służy do podszeptywania politycznych scenariuszy dziennikarzom i żartów z konkurencji. A czasem Twitter to miejsce pokazania swojej ludzkiej twarzy (np. gdy posłowie przeżywają zwycięstwa klubów piłkarskich).
Ilu wolontariuszy uzbiera Olechowski?Politycy powtarzają często: "Chcemy zrobić kampanię w internecie jak Barack Obama". Obecny prezydent
USA przed wyborami przez specjalną stronę zaprosił do współpracy internautów: mogli działać na jego rzecz, dostawali od sztabu materiały, mogli wpłacać drobne sumy na kampanię. Czy polscy politycy mają szansę, aby uzyskać podobny efekt?
Może być ciężko, bo Polacy nie garną się do polityki i trudno liczyć, że będą reagować na przekaz polityków równie żywiołowo jak w Stanach. Tam Obama zjednoczył wokół siebie sporą grupę osób, które w republikańskiej Ameryce nie czuły się dobrze, a jego zwycięstwo traktowali jako osobistą szansę na lepsze życie.
W Polsce takiego zaangażowania nie udało się wyzwolić żadnej partii. Nawet w 2007 r., kiedy toczyła się zażarta walka o odsunięcie PiS od władzy, a wiele osób zaangażowało się w internetowe akcje. Były to jednak akcje organizowane nie przez polityków, ale przez organizacje pozarządowe (np. "
Zmień kraj, idź na wybory").
Niedługo PiS i
Andrzej Olechowski, licząc na zdobycie wolontariuszy w internecie, otworzą specjalne portale. W odróżnieniu od partyjnych stron, na których internauci mogą co najwyżej podyskutować na forach (często cenzurowanych z nadmiernej krytyki wobec partii, która rządzi portalem), nowe strony mają zachęcać do zaangażowania.
Portal MyPiS (czytane po polsku lub angielsku) nie chce od razu wciągnąć użytkownika do współpracy z partią Jarosława Kaczyńskiego, ale pokazać mu, że PiS to nie tylko ludzie owładnięci szukaniem układu i rozpamiętujący przeszłość, lecz także myślący o przyszłości, zainteresowani gospodarką czy tym, by dzieciom było łatwiej trafić do przedszkola.
Użytkownicy mają w portalu dyskutować nad projektami ustaw, które później w ich imieniu składaliby posłowie PiS. Jeśli strona zacznie działać już teraz, to na wybory samorządowe i wybory do Sejmu w 2011 r. będzie jak znalazł.
PiS ma w tej sprawie dużo większe szanse niż Olechowski. Może liczyć na aktywność w internecie partyjnej młodzieży. Olechowski, choć intensywnie promuje się w internecie i chętnie pojawia się w mediach, w sondażach wypada na razie podobnie jak Waldemar Pawlak (
PSL), który nawet nie ogłosił jeszcze, że chce kandydować.
Zdobycie wolontariuszy to dla Olechowskiego sprawa życia i śmierci, bo SD to za mała partia, by zorganizować mu kampanię z rozmachem. Czy znajdzie ludzi, którzy będą go promować, kleić plakaty, robić za tłum na wyborczych wiecach?
O nowym społecznościowym portalu nic nie słychać w SLD i Platformie. Lewica zaczęła - na wzór PiS - promować Szmajdzińskiego kreskówkami, na których występuje on m.in. jako miś. Tylko czy państwo chcieliby mieć za prezydenta człowieka, który
przebiera się za niedźwiedzia?
PO z kolei ograniczyła się na razie do wykorzystania internetu wewnętrznie - w swoich prezydenckich prawyborach. Do tej pory można było rozliczać PO z tego, że obiecywała Polakom głosowanie przez internet i tej obietnicy nie zrealizowała. Teraz będzie mogła przynajmniej mówić, że doprowadziła projekt do "fazy testów" i ofiarnie dokonuje eksperymentu na własnym organizmie partyjnym.
Co z tych wszystkich prób wyjdzie? Miejmy nadzieję, że politykom uda się wykorzystać potencjał internautów lepiej niż tylko do walki o dominację na forach internetowych.
Sterowanie dyskusją w internecie to jeden z najpilniej strzeżonych partyjnych sekretów. Wszyscy zaprzeczają i obwiniają o to konkurencję, czasem tłumaczą, że nasilenie przed wyborami dyskusji na forach jest naturalne, bo ludzie mocniej interesują się wtedy polityką, a partyjna młodzież chce pomóc starszym kolegom. Otwarcie o tym, że partie za pieniądze angażują ludzi do walki na forach w internecie, mówił we wspomnianych już "Władcach marionetek" b. premier Kazimierz Marcinkiewicz.
Najwyraźniej w partiach jest z tą sprawą trochę tak jak z oglądaniem w internecie seksu. Nikt się do tego nie przyznaje, ale statystyki pokazują, że prawie wszyscy to robią.