Jacek Pawlicki: Jak się pan czuje jako Polak w Irlandii Północnej. Czy już pogodził się pan z określeniem emigrant? Maciej Bator: Nie czuję się emigrantem. Uważam się za Polaka, który po raz pierwszy w historii miał możliwość wolnego podróżowania po krajach Europy. Polak, który wyjechał z kraju, by poznać nowe kultury i nawiązać nowe kontakty...
Ale przecież większość z was nie wyjeżdżała do Szkocji, Anglii czy Irlandii po to, by poznawać nowe kultury, ale by lepiej żyć. Nikt was w Polsce nie prześladował ani nie wyganiał... Uciekliście przed brakiem perspektyw w Polsce. - Tak, podążyliśmy za mitem Zachodu miodem i mlekiem płynącego. Większość z nas wyjechała za chlebem, ale także by pomóc rodzinom, które zostały w kraju. Przyjechawszy, mogliśmy skonfrontować ten mit. Okazało się, że zarobki są owszem większe, ale nie wszystko jest lepsze...
A jak było w pana przypadku. Przecież Irlandia Północna z podłym klimatem i renomą krwawego do niedawna konfliktu między protestantami a katolikami nie jawiła się chyba jako raj na ziemi? - Ściągnął mnie przyjaciel, który mieszkał w Dublinie. Poradził, abym znalazł pracę jeszcze przed wyjazdem w agencji rekrutacyjnej w Polsce. Tak znalazłem się w fabryce kurczaków w Irlandii Północnej. Pięć dni w tygodniu po osiem godzin przy maszynie przewracałem piersi kurczaka w temperaturze minus jeden minus dwa stopnie. Gumowce na nogach, na rękach gumowe rękawiczki, czepek na głowie.
Znudził się chyba panu drób? - Dwa lata nie mogłem patrzeć na kurczaka. Ale wracając do tematu - na początku nie podobała mi się ani Irlandia Północna, ani praca. Chciałem tylko przeżyć trzy miesiące i uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, by pojechać gdzie indziej. Ale z biegiem czasu ten kraj mnie wciągał. Do dziś nie mogę uwierzyć, że mieszkam tu już prawie sześć lat.
Owszem, może nie jest tu superbezpiecznie i klimat jest fatalny, ale za to można spotkać wielu życzliwych i otwartych ludzi.
Demograf profesor Krystyna Iglicka mówi o was "stracone pokolenie". Z 2 mln ludzi, którzy wyemigrowali z Polski do Wielkiej Brytanii i innych krajów UE po 2004 roku, do Polski wróciło niewiele. Dla kraju jesteście straceni. Czy czuje się pan straconym Polakiem? - Nie, choć z punktu widzenia statystyki rzeczywiście 2 mln są stracone dla Polski. Zdecydowana większość z tych, co wyjechali, zdecydowała się zostać. Emigranci, którzy wyjechali np. do Wielkiej Brytanii bez znajomości angielskiego, do dziś mają trudności w odnalezieniu się, nie potrafią się zintegrować z nowym środowiskiem...
Mają kłopoty, ale nie wracają do kraju... - Każda pierwsza fala emigracji czy to z Polski, czy z innego kraju jest stracona. Bo pierwsze pokolenie emigrantów zawsze stara się, by następne, czyli ich dzieci, miały lepiej.
Polacy nie mieli chyba łatwo, znajdując się nagle w miejscu starego konfliktu między protestantami, zwolennikami pozostania Irlandii Północnej w Zjednoczonym Królestwie, a katolikami, zwolennikami zjednoczenia z Irlandią Północną? - Oj tak, przez pierwsze trzy lata pobytu było bardzo ciężko. Dla przeciętnego protestanta z Irlandii Północnej każdy katolik był z miejsca republikaninem, czyli zwolennikiem zjednoczenia Irlandii Północnej z Irlandią, czyli przeciwnikiem. Kiedy protestanci dowiedzieli się, że ponad 90 proc. Polaków to katolicy, pomyśleli sobie, że Polacy przyjechali do nich, by wesprzeć ich wrogów - katolików. Dochodziło do wielu awantur i napadów na Polaków.
Czy na pana ktoś kiedyś napadł z tego powodu? - Nie. Ale w 2005 i 2006 roku kilka razy zdarzyło mi się słyszeć wyzwiska od ludzi stojących pod pubami: - Polaku, wracaj do domu! Zabierasz nam pracę i mieszkania!
Czy nie obawia się pan, że nie tylko pan, ale również pana dzieci będą miały tę samą skazę, czuły się trochę na rozdrożu, jedną nogą w Irlandii Północnej, drugą w Polsce? - Na razie nie mam dzieci, ale chcę je mieć i dochować się wnuków. Wszystko zależy od wychowania. Znam rodziny, które choć nie mówią płynnie po angielsku, zdecydowały się na zmianę imienia i nazwiska z myślą o przyszłości swych dzieci. Moja koleżanka, nazwijmy ją Natalia Kowalska, zmieniła imię i nazwisko na Julia O'Neil. Twierdzi, że to pomoże jej dzieciom w lepszym starcie.